a3122257667_10
komentarzy

ZNALEZISKA: Volkova Sisters – Hope [EP; 2012]

Dzisiejsze znalezisko zawdzięczam pewnej Pszygodzie. Pszygoda jest żoną kuzyna mojego chłopaka, mamą małej Jadwigi, hungarystką i świetną kobietą. Niewątpliwie znaczną część świetności Pszygody stanowi jej miłość do przerozmaitej muzyki, w efekcie której powstał niedawno blog Kawałek Dnia. I tam właśnie wyłowiłam siostry Volkowe.

Tak naprawdę Volkova Sisters nie opiera się na żadnym pokrewieństwie. Ten węgierski zespół podkradł swoją nazwę z powieści Pattern Recognition Williama Gibsona. Nazwa o tyle trafna, że związana z kompletnie enigmatycznymi postaciami. Jedna z nich, Nora, ledwie przeżyła napaść i od tamtej pory przelewa lęki w filmy, które publikuje anonimowo w internecie. Mroczna elektronika Węgrów wydaje mi się muzycznym ekwiwalentem wiwisekcji prowadzonej przez Norę. Sama Dalma Berger, wokalistka, w wywiadzie dla Electronic Beats opowiedziała o nadziei i uldze, z jakimi kojarzyła się wszystkim członkom zespołu praca nad epką.

W tych utworach emocjonalny ciężar znajduje ujście raczej w bardziej noise’owych momentach, w podziemnym pogłosie, niż w samym wokalu. Niski śpiew Berger ma większą siłę przebicia, wsparty przez typowo nowofalowe, chłodne bity; raczej oscyluje wokół basowych partii niż wychodzi na pierwszy plan (a jeśli już, to z niezbyt oszałamiającym efektem – jak w Prince Migdale). Trochę jak koronkowe wykończenie ogromnej, czarnej szaty. W tekstach Volkovych zachwyt i wysubtelnienie pojawiają się na równi z mrocznymi emocjami, jak pierwotne pożądanie, zwierzęcy lęk albo pragnienie ucieczki wbrew sobie (rewelacyjne Shiny Fay of Sorrow, gdzie ambiwalencję dodatkowo akcentuje zniekształcony męski wokal).

Sam tytuł kolejnej piosenki, Das Mädel und Die Dunkelheit (Dziewczynka i ciemność), to w ogóle klimat epki w pigułce. Gorzka, ponura melodia bazuje na monotonnym overdrivie, Berger z każdą minutą brzmi coraz bardziej jak zagubione w lesie dziecko. Efekt ten potęguje zaskakujący zwrot akcji w refrenie, gdzie zamiast się spiętrzyć – napięcie opada niemal do zera. Niezupełnie, powraca jednak konsekwentnie, niosąc z sobą arktyczny chłód.
Hope jest epką bardzo krótką, jakby naderwaną, zostawia za sobą mocny niedosyt. I, paradoksalnie, sporo satysfakcji. Całe to stężenie lirycznego śpiewu i podchodzącego do gardła mroku średnio się nadaje do maniakalnego zapętlania. Za to powrót do Hope w odpowiednim momencie może Wam zrobić dzień, malując go – po rolingstonsowemu – we wszystkie odcienie czerni. Całkiem przyzwoity to soundtrack na jesień, zarówno bezsłoneczny październik – żeby trochę wznioślej się przez niego przemierzało, jak i idealne, złote dni – żeby zbyt miodowy nastrój zaprawić goryczką ambiwalencji.