maxresdefault
komentarzy

ZNALEZISKA: Pino Placentile – Wooden Girl

Facet znany z jednego wiszącego na jutubie utworu, zilustrowanego rozpikselowanymi niewyraźnym zdjęciem. I z tego, że był dobrym ziomem innego, trochę bardziej znanego faceta. Ponoć mieli w planach założenie folkowego zespołu, nie wyszło, bo pierwszy z nich, Pino Placentile, pewnego dnia zasnął i już się nie obudził. Ten drugi – Ethan Kath z Crystal Castles – zadedykował przyjacielowi trzy albumy i w dziesiątą rocznicę jego śmierci udostępnił w sieci kawałek Wooden Girl.

Trzy smętne, bardzo lo-fi minuty. Z małym haczykiem. I zamazany profil Pino na czerwonawym tle. Tylko tyle? Melodia zapuszcza korzenie w głowie, umysł chciałby posłuchać więcej. Ale nie, więcej nie ma. Nie ma już Pino. Guglam po więcej i trafiam na opowieść jego narzeczonej.
Kilka dni przed feralnym 13 czerwca 2003, kiedy to Placentile zmarł z powodu niezdiagnozowanego wcześniej tętniaka, spotkał się z ukochaną i nad gorącą czekoladą snuł z nią plany na przyszłość. Ból głowy i wymioty stłumił środkami przeciwbólowymi. Poszedł spać, zostawił za sobą dziewczynę sparaliżowaną smutkiem i tęsknotą na następne lata. Zostawił też piosenkę o kochaniu zbyt mocno, a jednak niewystarczająco. I w sumie tyle.

Cała ta niewesoła historia uruchamia mi wyobraźnię, tak jak odpala się mechanizm złożony z wielu malutkich trybików. W jakiś sposób pourywane wspomnienia, kilka słów Ethana o tym, jak bardzo brakuje mu Pino i szybka prośba o zmianę tematu, Wooden Girl na zniszczonej taśmie i niewyraźny portret wydają mi się kwintesencją duchologii, ang. hauntology. Ów termin polskim internetom przybliża od paru lat nieoceniona Olga Drenda, która na facebookowym fanpejdżu publikuje fotografie reliktów przeszłości. Zdjęcia starych, zapomnianych restauracji, okładek książek i kaset VHS zaprawione są nostalgią i nutką dziwnej goryczy, jakby ciągle drzemały w nich żywe duchy, które straszyły nas w dzieciństwie. Kto nie bał się czołówki Z archiwum X? A Twin Peaks? Ta piękna i dziwnie smutna melodia,w niezrozumiały dla kilkulatka sposób połączona z melancholijnymi ujęciami tartaku przykleiła się w pewnym momencie do mojego dzieciowego rozumku i nieraz nie pozwalała spać, przywołując długi łańcuch innych straszności. A oglądanie przewijanego w magnetowidzie filmu z pokracznie biegającymi do tyłu postaciami? W takich momentach niejeden dzieciak ulegał wrażeniu, że oto jakieś niewidzialne duchy robią sobie żarty i wkraczają w wizualną warstwę filmu, sterując występującymi w nim osobami. Wykorzystując powyższe chwyty, jakiś czas temu twórcy kanału Kraina Grzybów nieźle skopali podświadomość tysiącom widzów. Najlepsze, że ta pokręcona dziwaczność praktycznie nie dawała się zdefiniować, bazowała na nielogiczności i randomowych obrazach, które może już kiedyś gdzieś widzieliśmy. A może nie.

Siła uderzeniowa takich duchologicznych fenomenów polegała – jak mi się wydaje – na dezinformacji lub w ogóle na braku informacji. Czego dziecko nie wie, to sobie dowyobrazi, czego logicznie nie skojarzy, to powiąże jakoś z potworami spod łóżka. A taka straszność, niesamowitość paradoksalnie przyciągają (patrz: czytanie strasznych historii na kolonii i oglądanie horrorów pod nieobecność rodziców). Prawdopodobnie na tej samej zasadzie Wooden Girl uwięzło mi w pamięci i trochę też w gardle, w postaci zaciskającego się supła. Pino już więcej nie nagra demówki na trzeszczącej taśmie, ale zapętlając jego piosenkę nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jego duch o twarzy z białych i różowych pikseli zaraz zamigocze gdzieś między moją twarzą a ekranem laptopa. Niby wiem, że nie. Może dziecinada, może nadmiar wyobraźni. Może Pino nie istniał, może sfotoszopowane zdjęcie, podrobiona historyjka. You never know. Osobiście wolę swoją skrzywioną, mało prawdopodobną, całkiem duchologiczną wersję.