IMG_4487
komentarzy

Z Lanthierem pod rękę, czyli Cinema Strange + The Deadfly Ensemble cz.4

Przed nami przedostatni wywód o płytach sygnowanych marką Cinema Strange. Przedostatni, bo rozbiłem go na dwie części z racji jego obszerności.

Quatorze Exemples Authentiques Du Triomphe De La Musique Decorative, czyli czternaście autentycznych przykładów triumfu muzyki dekoracyjnej, rozbijemy na kawałki poczynając od formy wydania albumu. Posiadam wersję rozbudowaną, w grubaśnym digipacku, na który składają się trzy książeczki i dwie płyty. Na niej się oprę.

Jeszcze o tym nie wspominałem, a ważna to kwestia, że nasz zakręcony wokalista i lider pisze nie tylko szalone teksty utworów, ale tworzy też mini powieści – to je – Needlefeet oraz The Toad Curse and How it Perished in FLames – zawiera druga płyta.
Lucas czyta opowiadania bardzo monotonnie, co utwierdza w przekonaniu, że ta płyta to gratka tylko dla największych fanów, gdyż jest wyłącznie bardzo krótkim (10 minut) audiobookiem.

Płyta właściwa to zlepek utworów powstałych na przestrzeni tych kilku lat (i tylko kilka z nich to owe dosłowne przykłady triumfu muzyki dekoracyjnej). Wiadomym jest, że traktowanie na serio poczynań Lanthiera mija się z celem, warto jednak zwrócić uwagę, że tytuł nie jest przypadkową abstrakcją słowną. Wróćmy jednak do zawartości namacalnej.

Pierwsza książeczka to liryki – jak zwykle – na najwyższym poziomie paranoi Lanthiera. Wspomnę tutaj zaledwie o ciotce Yvonne, zmarłej na skutek zakrztuszenia bekonem, zębach trzonowych czy niekochanym dziecku, poniewieranym po dywanie. Pominę może, w jakim stanie owe dziecko się znajdowało…
Druga książeczka to spis treści, podziękowania, lista konspiratorów oraz cztery strony z… no właśnie. Każdy z muzyków otrzymał stronę. Zasada chyba była taka, by wrzucił na nią co chce, tak więc Lucas podarował nam zdjęcie pudla, pana na motocyklu, autoportret oraz list, śmierdzący z daleka obsesją znaną z wkładki do Astonished Eyes of Evening. Bracia Ribiat podarowali nam rysunki, ludzika z papieru, nuty, martwą naturę czy gitarę na łące. Danny zaś przedstawił siebie w dwóch odsłonach, dziecięcy bębenek oraz kartę, która wygląda jak okładka kasety demo Cinemy.
Trzecia książeczka – jak można się domyślać – zawiera teksty czytanych na drugiej płycie opowiadań.

Całość oblekają wzory ornamentalne, przypominające wyhaftowane/nadrukowane na materiał kwiaty.
Przeglądając sieć, natknąłem się na okładkę w bardzo niskiej rozdzielczości, przedstawiającą muzyków w odświętnych strojach, a następnie dotarłem do całego zbioru fotografii w podobnym klimacie. Wiadomość na jednej ze stron, niegdyś oferującą sprzedaż albumu utwierdza mnie w przekonaniu, że wersje okładek są dwie.

Utworów w pełnym tego słowa znaczeniu jest dziesięć. A właściwie dziewięć plus dekoracyjne Intermezzo oraz przerywniki instrumentalne.
Jest to płyta, którą doceniłem najpóźniej, na początku zaś odrzucając ją właściwie w całości, prócz jedenastej kompozycji Molars (która notabene jest najdłuższym i jednym z najbardziej transowych utworów Cinemy). Po bardzo długim mierzeniu wzrokiem płyty, w końcu zacząłem ją chłonąć, odkrywając co chwila nowe smaczki. Poznawanie jej trwa do dziś, bo oto po dwuletnim obcowaniu z nią, całkiem niedawno popadłem w zachwyt słuchając jednej z ostatnich kompozycji… Ale o tym będę smędził za tydzień.