0002786973_10ff
komentarzy

Z Lanthierem pod rękę, czyli Cinema Strange + The Deadfly Ensemble cz.5

Cała szafa zwątpienia i niepewności (An Entire Wardrobe of Doubt and Uncertainty), czyli debiut the Deadfly Ensemble, to mapa zawierająca wszelkie rozdroża obłędu Lanthiera. Jeżeli Cinema Strange było świadomym wytworem trójki ludzi, zakotwiczonym w konkretnym gatunku muzycznym, z delikatnymi odchyłami od normy, to the Deadfly Ensemble jest już bardzo osobistą skrzynią doświadczeń solowych, w realizacji, których pomógł Lucasowi Powell, grający na basie i wspomagający go wokalnie. James Powell, bo o nim mowa, jest do dziś stałym członkiem Deadfly.

Pierwsze, od czego należy zacząć, to fakt, że jedynym wspólnym mianownikiem w Cinema i Deadfly jest Lucas (plus wspomniany już, w którejś z poprzedniej części menago – Bonzo von Ecke). Żeby jednak nie odsuwać na bok kilku oczywistych podobieństw obu projektów, przedstawię naleciałości i inspiracje – te widoczne jak i niewidoczne gołym okiem.

Trisol od wielu lat przyciągał mnie znakomitym wachlarzem artystów z kręgów około industrialnych/gotyckich/neofolkowych. Żeby nie być gołosłownym wymienię tu oczywiście Cinemę, Rosa Crux, Spiritual Front czy Rome. Trisol trzymał chłopaków w garści przez dwie płyty, natomiast najnowszy materiał wypuszczony został przez niemiecki Projekt. Singiel promujący przewodnik dla początkujących podpalaczy wydał Somnambulist Productions, o którym nawet discogs milczy.

Czuje się w obowiązku przypomnieć, że pierwszy longplay The Deadfly Ensemble, to w około siedemdziesięciu procentach efekt pracy Lanthiera, a nie pełnoprawnego zespołu, jakim był Cinema. Już sine zwierzęta pokazują jednak, że ten podział pracy absolutnie wystarczył, aby wytworzyć niesamowitą, klaustrofobiczną i odrealnioną atmosferę, którą artyści pokroju Current 93 czy Death in June przedstawiają już od bardzo wielu lat. Muzyka brzmi jakby była ścieżką do filmów o dekadenckim klimacie, rodem z karczmy pełnej bardów i smrodu piwa (nie mylić z heavymetalowymi podrygam w typie wilków morskich z Running Wild). Ów film widzę nagrany w czerni i bieli, momentami bogaty w scenografię rodem z gangsterskich filmów z lat trzydziestych (ach ten Kriminaltango), innym razem zaś prezentujący stroje wyjęte ze starego kabaretu, będące odzwierciedleniem czegoś sztywnego i sztucznego.

Wspomniane już Posiniaczone zwierzęta to absolutna faza REM postaci z ww filmu filmu. Przepięknie zawodzący refren, w którym pierwsze skrzypce odgrywa wokal, czaruje i pęta w sidłach. Dobitnym tego przykładem ilustracyjności utworów, jest kolejny na płycie Midsummer William czy Black Capped Chaplains. Oszałamiające wrażenie daje podłożenie utworów, pod jedne z pierwszych kreskówek Disneya, np. z Myszką Miki. Oszałamiające i przy tym bardzo surrealistyczne wrażenie, zapewniam.

Kabaretowo-folkowe podrygi z tą charakterystyczną poetyckością Lanthiera, są rzeczą bardzo ciężko przyswajalną na pierwszy odsłuch. Nawet mimo dość zróżnicowanych kompozycji, nieraz dość chwytliwych, nie mogę być nie szczery i powiedzieć, że brzmienie płyty jest bogate. Dominuje gitara akustyczna, klasyczna i perkusja (pomijam dziwadła mające miejsce na ww Improwizacji). Do tego czasem wkracza bas (znakomity Horse on the Moor oraz bonusowy Kriminaltango, zaśpiewany z Andim z Sex Gang Children). Unikatowość zabaw LL wokalizami jest absolutna i jedyna w swoim rodzaju, czego dowód daje w wywołującym ciarki Tee Mit Honig, w kontraście do iście pirackiego Dirty Weather. Magiczny to debiut solowy jest, to pewne.