IMG_4487
komentarzy

Z Lanthierem pod rękę, czyli Cinema Strange + The Deadfly Ensemble cz.2

Dziś, w drugiej części odsłony spacerów pod rękę z Lanthierem, stosunkowo potężna lektura jak na nasze Magnetoffonowe warunki, o następczyni debiutu o enigmatycznym tytule – Astonished Eyes of Evening.

Druga płyta zespołu, to materiał dużo trudniejszy w odbiorze od poprzedniczki. Duszniejszy, więcej w nim zgnilizny i depresji niż w gotyckich hymnach z debiutu.

Płyty, mimo, iż zaczynają się podobnie – trzaskami płyty analogowej – to pojawieniem się fortepianu „dwójka” zwiastuje już zupełnie inną stypę, tfu, płytę. Owa się zrywa i słychać tylko nucenie, które zdaje się dobiegać z dna studni. Zarzucić braku mocnego wejścia, to jak nazwać tą płytę monotonną – a to grzech śmiertelny, za który, jeśli nie Lucas, to ja – ucinam obie dłonie w nadgarstkach.

Mimo, iż jest to w mojej ocenie najlepsza płyta zespołu, obecnie sięgam do niej rzadko, a gdy już – pochłaniam w całości. Materiał trwa równe czterdzieści dziewięć minut, a wdarcie się do jego jądra i poznanie sensu tych, wydawałoby się, przypadkowych zderzeń utworów, na pierwszy odsłuch jest przeprawą wymagającą ofiar. Szukałem odniesień, nie ograniczając się jedynie do muzyki. Najadekwatniejszym dla mnie porównaniem do tej płyty, są fotografie Rogera Ballena, jego album, który leży w mojej prywatnej biblioteczce na samym dnie, pod stertą innych. Nie traktuję go tak, dlatego, że jest to album, którego należy się wstydzić. Jest to rzecz uznawana przeze mnie za przeklętą, z racji treści, jakie posiada. Podobne bzdury wygadywano za czasów rzekomych czarownic, ich magicznych ksiąg i podobnych rzeczy uznawanych za herezje. Nijak jednak nie wytłumaczę w inny sposób faktu, że podczas słuchania drugiej płyty Cinema Strange i oglądania zdjęć Ballena, aura w pomieszczeniu się zmienia, a nastrój zmienia obrany kierunek – nie ważne, czy przed chwilą zjadłem fantastyczny obiad, słuchałem zawsze pozytywnie mnie nastrajającej „Grandy”, czy też znalazłem stówę na ulicy.

Biorąc pod uwagę konstrukcje utworów, ich formę – odnosi się wrażenie obcowania z koncept albumem. ‘Ere the Flowers Unfold, będący właściwym już utworem po wybudzeniu ze snu, brzmi jak wyrwany track płyty Deadfly. Akustyczna gitara, której towarzyszy Lucas, wlekący na plecach worek z szaleństwem. Po jego rozdarciu, obcujemy z czymś, co jest martwe, a oczy ma otwarte.

Wydawać by się mogło, że po otwierającym album ‘Ere, logicznym wydaje się być zdynamizowanie płyty. Nic bardziej mylnego, zwłaszcza, że nie obcujemy z tworem mającym być płytą w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Kolejne skojarzenie zabłądziło w kierunku wydanej w tym samym roku płyty naszych rodaków z Sui Generis Umbra. Mimo, że gatunkowo ich śpiączka, to zupełnie inna bajka, przeświadczenie obcowania z czarną magią, podszytą szaleństwem jest dostrzegalne.

Przepiękny, transowy, brukowany obłędem majstersztyk tekstowy w bardzo ascetycznej kompozycji. Tym właśnie był Dead Eyes Open.

Catacomb Kittens, uchodzący za kolejny sztandarowy utwór, to już galopada znana z debiutu. Z początku zagmatwana, potem stająca się starym dobrym Cinema Strange. Wyraziste, rozpoznawalne gitary, automat perkusyjny i maniera wokalna, to bardzo smaczna przystawka przed apogeum aranżacyjnym w postaci Speak, Marauder!

Utwór ten najbardziej skomplikowany, niedorzeczny i absurdalny; jednocześnie będący jednym z tych, które męczą niemiłosiernie… chwytliwością. Przepiękna partia syntezatorów, kakofonicznego automatu i wybornej linii basu schowanej za bardzo „komnatowym” brzmieniem znanym z debiutu. Pełna paleta temp wykorzystanych w tej niemalże hymnowej kompozycji napawa szaleństwem.

Mathilde in a Dirt to coś na modłę kabaretowych poczynań Tiger Lilies. Płaczliwa, pijacka sonata, mająca urocze apogeum w połowie.

Legs and Tarpaulin przypomina dynamiczny taniec na linie w chorym cyrku, któremu akompaniuje tekst inspirowany poezją Edgara Alana Poe (King Pest).

Finger Broken Branches, to kolejna izolatka, tym razem instrumentalna, zawierająca wyłącznie linie gitar akustycznej, elektrycznej i basowej, podobnie zresztą jak kolejna – Tomb Lilies, będącej kolejną frapującą i jednocześnie absolutnie szaloną wariacją tekstową Lucasa.

Zaskakujący jest utwór zamykający płytę, zaczynający się od transowego syntezatora, odśpiewany przez Lanthiera głosem małej dziewczynki (nie, nie, to nie próba podrabiania Kinga Diamonda), mający w środkowej części rewelacyjną solówkę gitarową, rzężącą donośnie, ale bardzo smakowicie.

Trio Lanthier i bracia Ribitat stworzyło w mojej ocenie dziwaczne opus magnum, niezwykle trudne w odbiorze za pierwszym razem, posiadające jednak macki tak oślizgłe i paraliżujące, że do płyty się wraca, ale na pewno nie z powodu przebojowości, lekkości.

Podobny poziom obłędu niósł wypuszczony w 1995r. album Marilyn Manson – Smells Like Children, uznawany za wypadkową kolaboracji Mansona z Reznorem (nazywaną również świadomym zżynaniem ucznia od mistrza, kolejność oczywista). O ile jawnym było obcowanie muzyków MM z wszelkiego rodzaju dragami, tak w przypadku Lucasa i jego ekipy zrzucałbym to raczej na karb szczególnej osobowości twórców. A może po prostu bezkrytycznie wynoszę na piedestał ten klejnot, obleczony w przepiękną okładkę i książeczkę? Kto nie robił tego samego, podczas przedstawiania swoich ideałów grupie chcącej go wysłuchać, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Dalszy ciąg już za tydzień, kiedy przedstawię album wydany z okazji dziesięciolecia zespołu. Do The Deadfly Ensemble zbliżamy się nieuchronnie. Niech ojciec Lanthier nawiedza was wieczorami.