IMG_4487
komentarzy

Z Lanthierem pod rękę, czyli Cinema Strange + The Deadfly Ensemble cz.1

Lucas Lanthier, rocznik 1977, obywatel Los Angeles, osobowość wyjątkowa, lider uśpionego Cinema Strange i prężnie rozwijającego się The Deadfly Ensemble, odpowiedzialny za szereg płyt długogrających i singli obu tych bardzo solidnych marek, kilka dni temu opublikował wieść o comiesięcznym udostępnianiu jednego utworu z retrospektywnego albumu. W jego skład wchodzić będą alternatywne wersje utworów z płyt The Deadfly Ensemble. Wszak to już dziewięć lat ich istnienia. Najwyższa więc pora, by przedstawić szerszemu gronu dokonania tego obywatela i jego dziwacznych przyjaciół. Dziś będzie o początkach Cinema Strange i pierwszej płycie, kolejna część w kolejny weekend. Zaczynamy.

Różnice pomiędzy zespołami Lanthiera są widoczne. Spajającą rzeczą, jest oczywiście jego bardzo charakterystyczny wokal, który sam zainteresowany nazywa określeniami shrieks and sqaws. To co różni oba zespoły, to zupełnie inna kadra muzyków, brzmienie, instrumenty. Cinema Strange to bas, gitara, perkusja (żywa dopiero na 10th Anniversary…) i trochę syntezatorów czy udziwnień w rodzaju akordeonu (Quatorze…). Dwie pierwsze płyty powstały przy udziale kolaboracji Lucasa z braćmi Ribiat, do których na trzeciej płycie dotarł perkusista Danny Walker (znany choćby z Exhumed). Obu zespołom od zawsze towarzyszył człowiek-widmo – Bonzo von Ecke, o którym informacji jest potwornie mało, to tez o nim zaledwie wspomnę.

Chłopaki grać zaczęli w 1994r. tworząc mroczny punk, w ich ocenie brzmiący niczym Misfits. Grupę tworzyli wtedy Colin O’Donnell, Daniel Ribiat, Alex Restrepo oraz Lucas. Po opuszczeniu Cinemy przez Alexa Restrapo, który był ich pierwszym pałkerem i odpowiadał min za kompozycje „The Nocturnal” (znaną z pierwszego i trzeciego albumu jako Nightfalls) oraz „Golden Hand”, już po fakcie wyłożył z Lucasem pieniądze na wydanie siedmiocalowego winylu. Rzecz może i błaha, ale dająca zespołowi rzeczywisty start.

Trzy lata po tym wydarzeniu, ujrzała światło dzienne pierwsza, pełna płyta zespołu, o tym samym tytule. Zawierała materiał sklasyfikowany wtedy, jako rock gotycki. Dziś posiadałby jednak dużo rozleglejsze adnotacje.

Muzyka zawarta na płycie, jak najbardziej niesie ze sobą gotyckiego ducha, jednak podlanego bardzo schizofrenicznym i chorym sosem. Sporo w materiale szybkich i motorycznych temp (Nightfalls, Greensward Grey), szaleńczych galopad gitar (Hebenon Vial), a zderzone jest to z bardzo walcowatymi i przygnębiającymi historiami, toczonymi przez Lucasa (Laughing Bloody Murder). Zagadką jest, co roi się w jego głowie, kiedy słyszy się teksty (a raczej je czyta – wokalista ma tendencje do wycia, płaczliwych intonacji i dziwnych wrzasków, co zniekształca czytelność) choćby z pierwszego utworu (notabene sztandarowego i najlepiej klasyfikującego „pierwszy etap” działalności zespołu) Aboriginal Anemia czy też Lindsay’s Trachea, mający charakter wręcz dyskotekowy? Uwierzcie mi jednak na słowo, że nie są to jednostkowe elementy zaskoczenia, mające za zadanie przyciągnąć potencjalnych freaków.

Druga płyta zespołu, to materiał dużo trudniejszy w odbiorze od poprzedniczki. Duszniejszy, więcej w nim zgnilizny i depresji niż w gotyckich hymnach z debiutu.

Płyty, mimo, iż zaczynają się podobnie – trzaskami płyty analogowej – to pojawieniem się fortepianu „dwójka” zwiastuje już zupełnie inną stypę, tfu, płytę. Owa się zrywa i słychać tylko nucenie dobiegające z bardzo, bardzo głębokiej studni…