IMG_7042
komentarzy

Z Lanthierem pod rękę cz.6 (Deadfly Ensemble – A Seed Catalog for Extinct Annuals)

Dziś o drugiej płycie Deadfly Ensemble w słowach dużo bardziej zwięzłych niż zwykle. Ale zanim przejdę do prezentacji płyty: chwilowy powrót do „jedynki”.

Nie wspomniałem ostatnio o utworze, który przelatywał w głowie, nie trącając komórek nerwowych. Nie chodzi mi tu bynajmniej o szarganie nerwów, prędzej o zwracanie na siebie uwagi. Dotąd przeze mnie niezauważony – In Defense of a Threepenny Purse doczekał się w tym tygodniu ponownego nagrania, które teraz brzmi świeżo, jest dużo silniejsze brzmieniowo od pierwowzoru, oraz jest odrobinę przearanżowane. Do odsłuchania na bandcamp zespołu.

A Seed Catalog for Extinct Annuals kontynuuje drogę obraną przez jedynkę. O ile w przypadku An Entire utwory są rozrzucone i zaledwie kilka pozostaje na dłużej w uszach, z „dwójką” jest odrobinę lepiej.

Uderzenie apokaliptycznego intra uruchamia ciąg spokojny, skondensowany do  formy utworów-duchów, nie tyle bladych i bez wyrazów, co nieobecnych, albo półprzezroczystych.

Frapujące historie podróżnicze Lucasa dobrzerozkładają się na poszczególne utwory. Niezły przykładem jegogadulstwa, jest na przykład Meaty Bones and Porridge z ciekawą aranżacją wiolonczeli Marzii Rangel.

Natura barda odzywa się w wokaliście jeszcze wielokrotnie, między innymi w przepięknym The Adventures of Jonas Mauken, z potwornie przygnębiającą partią fortepianu Christiana Nortona, której rozkosznie wtóruje w refrenie nucenie LL. Po nim następuje bardzo nośny Dirty Weather będący epicką opowieścią wyrwaną żywcem z pokładu statku.

Drugim obok niej utworem świetnie zaaranżowanym, nośnym i piekielnie delikatnym jest Ursusarktos the Bachelor, z jak zwykle – wysypem bardzo emocjonalnej i schizofrenicznej poezji, do której podkładem jest bardzo ciekawa partia perkusji , basu i wiolonczeli. Utwór będący niejako sztandarem Deadfly – zawierający w idealnych proporcjach to, co w zespole najcenniejszego.

Płyta wydana jest w formę przypominającą Quatorze Examples Cinema Strange. Gruby digipack z ilustracjami i ogromnym niezgrabnym fontem, którym wypisano wszystkie treści na płycie. Wszystko to leżące na aplach wyjętych żywcem z poradnika zielarskiego. Jedynym taka forma przypadnie do gustu – mnie ona razi potwornie.

Sentymentu jednak do tego albumu nie mam wielkiego. Wyrywkowe trzy utwory zgrane na odtwarzacz to wszystko, co z niej pamiętam. Płyta jest trudna, tak jak i wszystkie dokonania Lucasa. Nic nie wskazywało jednak, że po wydaniu drugiej płyty, na kolejną przyjdzie czekać pięć lat.

Zabawne, że kiedy fascynacja Cinema Strange przenosiłą się na Deadfly w 20012r. – Lucas z ekipą powrócił, prezentując zespół w przepięknej kabaretowo-noirowej stylistyce za sprawą ciosu między oczy instruktażowym przewodnikiem dla aspirujących podpalaczy.

O tym będzie za tydzień, w napisanej zupełnie od nowa recenzji płyty przemielonej przeze mnie dostatecznie dużo razy, by wydać już teraz samosąd na sobie – okropnie zignorowałem tą płytę, podszedłem do niej po macoszemu i bardzo ją skrzywdziłem.

Spoglądający na mnie z krążka pies kiwa głową, ale po chwili puszcza oko. Przecież plakat z autografami wisi nad łóżkiem, prezentując się dumnie i będąc od tygodnia cenniejszą rzeczą, niż wydana w 100 egzemplarzach limitowana płyta Black Sun Productions z tego samego roku, co A Seed Catalog.

O nich też będzie.