communion-b-iext29190478
komentarzy

Years & Years – Communion

Jeśli posługiwać się tylko gatunkowymi określeniami-szufladkami, debiutancki album Years & Years prawdopodobnie kwalifikuje się jako sympatyczna, radio-przyjazna elektronika. Innymi słowy – stuprocentowo grzeszna przyjemność dla kogoś, kto w ostatnim czasie zajeżdżał na śmierć dyskografię Have a Nice Life. Po dogłębnym rozkminieniu kwestii guilty pleasure dochodzę jednak do wniosku, że można tą etykietką opisać absolutnie wszystko, w zależności od momentu dziejowego, związanych z nim fascynacji i pobocznych wydarzeń.

Kto wie, może niesiona falą pozytywnych odczuć w związku z rosnącą akceptacją dla LGBT postanowiłam dać szansę tej brytyjskiej grupie. Zanim przesłuchałam jakikolwiek utwór, natknęłam się bowiem na wywiad, w którym wokalista Y&Y, Olly Alexander, opowiadał o drugim dnie poszczególnych tekstów. O tym, że te wszystkie romantyczne historie traktują o relacjach męsko-męskich. Sytuacja może nie bezprecedensowa, ale dosyć nietypowa; oto do mainstreamu przebija się wątek do tej pory przemilczany bądź zatuszowany warstwą metafor. Zainteresowanym nie trzeba mówić o tak ikonicznych postaciach gejowskiego undergroundu jak Mykki Blanco czy Le1f, także trangenderyczna Antony Hegarty od dobrych paru lat działa z powodzeniem w rozmaitych przedsięwzięciach muzycznych – z tym, że to ciągle jednak pewna nisza. Years & Years łączą miękki, trochę altdżejowy chillout z melodyjnym popem, zapewniając sobie tym samym sympatię zarówno miłośników alternatywy jak i tych, którzy słuchają radia w charakterze tła. Przebojowy potencjał cechuje promujące album single. Take Shelter z trochę kanciastą, niską częścią rytmiczną kojarzy się bardzo mocno z alt-J, podobnie Ties. Shine – początkowo stłumione w sposób godny The xx, rozwija się w świetny, melodyjny refren. Nie jest Olly Alexander wybitnie charakterystycznym wokalistą, co rusz zapożycza sobie manierę wokalną kogoś, kogo już słyszeliśmy (początek Worship – ewidentny Michael Jackson; frazowanie w Eyes Shut – prawie, prawie Antony Hegarty z zaszczepioną zdrową dawką zaraźliwej melodyjności). Brak oryginalności zostaje nadrobiony godną podziwu skalą głosu.

Warto też wspomnieć o wideoklipach, jakie powstały na okoliczność premiery Communion. Jeśli do tej pory ktoś usiłował wyrzucić z głowy myśl o otwartym homoseksualizmie Olly’ego Alexandra – po zobaczeniu teledysków nie będzie w stanie. TE PIOSENKI SĄ O BYCIU GEJEM. Kropka. Moim osobistym faworytem jest King, w którym choreografia nawiązuje do wewnętrznej walki: poddać się, wyrzec własnych skłonności, czy narazić na śmieszność, ulegając im. Wątek pojawia się również w Desire.

Te dwa wideoklipy zadziałały na mnie na tyle mocno, że od tygodnia katuję Communion, wgryzając się z osobna w każdy tekst, w każdy bit. Nie jestem LGBT, ale odnajduję się w warstwie lirycznej, bliskie jest mi ukrywanie uczuć i opinii w obawie przed czymś/kimś z zewnątrz. I dlatego, słuchając Olly’ego, przypominam sobie moją ulubioną Małgorzatę Halber i jej „trzeba mieć w kurwę odwagi”. Trzeba, niestety, nawet teraz, kiedy małżeństwa gejów stają się w wielu krajach legalne. Trzeba mieć w kurwę odwagi – i talentu, i wyczucia – żeby nagrać album będący otwartym manifestem homoseksualizmu i jednocześnie z miejsca złapać za gardło mainstreamowy światek popu, mówiąc przy tym: tak wygląda miłość między facetami. Może być tak samo mroczna i niszcząca, jak związki hetero. Albo tak samo piękna.