12074960_780616982064464_1672007870030317401_n
komentarzy

XXIV Festiwal Ars Cameralis Medusa’s Bed: Lydia Lunch / Mia Zabelka / Zahra Mani

Meduza, z greckiego Μέδουσα Médousa – w mitologii greckiej była najmłodszą i przy tym najgroźniejszą z trzech Gorgon. Miała być piękną dziewczyną, która ośmieliła się rywalizować urodą z Ateną. Ta zamieniła więc Meduzę (i jej siostry, Steno i Euriale) w skrzydlate, okropnie brzydkie potwory ze żmijami zamiast włosów i szponami u dłoni.

Nie o urodę się tu rozchodzi, nie o rywalizację. W przypadku tria Lunch – Zabelka – Mani – nie można mówić o rywalizacji. Raczej o siostrzanym współzawodnictwie, tworzeniu jednego organizmu, bardzo ciężkiego, monumentalnego, brzydkiego na tyle, że pękają lustra (i kieliszki). To gniazdo gorgon, do którego wpełzliśmy nieświadomi niebezpieczeństwa.
Czym jest projekt „Medusa’s Bed” wg samej Lydii? W wywiadzie wspomina ona o tym, że w improwizowanej, nacechowanej ideologicznie muzyce stanowczo zbyt wiele jest powagi, że przyda się wpleść w historię trochę rockowej energii, zabawy, elementu zaskoczenia.
Tutaj zatrzymam się na chwilę.

Sama oprawa zaskakiwała – teoretycznie dopasowana do samego festiwalu, gdzie dominuje kontrast zieleni i czerwieni – wypełniając aulę Domu Oświatowego Biblioteki Śląskiej trupią atmosferą. Jazz, który nacechowany jest muzyką improwizowaną, kojarzy się ze skupieniem i napięciem. Napięcia nie brakowało, ale skupienie występowało chyba tylko wśród publiki. Trzy osobowości wypełniły salę tworząc prawdziwą relację z piekła, podbijaną wspaniałymi wizualizacjami, przebitkami zdeformowanych zdjęć, będącymi doskonałym uzupełnieniem misterium projektu tych trzech pań.

O ile płyta wydana w 2013 roku przez Monotype Records wydaje się być naprawde hermetycznym tworem z pogranicza eksperymentu, nagrań terenowych, dark ambient, spoken words i glitchu – tak w przypadku sztuki jaka miała miejsce 23 listopada, można śmiało wypleść z tego kokonu gatunków dojrzały okaz nazywany po prostu Medusa’s Bed.
Miażdżące od pierwszych nut wrażenie obcowania z czymś nieokiełznanym, dzikim, chorym.

Lydia Lunch nie patyczkowała się. Zdzierając gardło (i obcasy), wypluwała z siebie opowieść niepokojącą, druzgocącą, nieprzyjemną. Wtórowała jej Mia Zabelka wypuszczając z trzewi całe spektrum przedziwnych wrzasków, kwileń i jazgotów, operując jednocześnie skrzypcami w momentami dośc niekonwencjonalny sposób. Uśmiechnięta przez całą sztukę Zahra Mani stała za sterem komputera i gitarami zdając się być nadzorcą tego piekła. Nadzorcą nie nadzorcą, wszak w pewnym momencie, gdy rozległ się szalony śmiech Lunch i Zabelki – nie można było mówić o jakiejkolwiek kontroli tego, co tam miało miejsce.

Wiele rzeczy było tam ukrytych, słyszalnym jedynie wtedy, gdy skupiło się dużo bardziej. Lydia grała całkiem sporo partii na gitarze; bawiła się także przedmiotami, którymi uderzała o statyw. Mając do dyspozycji dwa mikrofony potęgowała wrażenie szaleństwa, tracenia kontaktu z rzeczywistością, których efektem było miotanie się czy kontrolowane (?) krztuszenie. Performatywnie, ale z naprawdę wielką klasą.

Ociągając się po występie tria , nadstawiłem ucha by usłyszeć kilka słów od reszty publiki. Odniosłem wrażenie, że nie każdy lubi masochizm na poziomie widzialnym i słyszalnym. Niebezpieczeństwa w końcu nie było, bo jak powiedziała na sam koniec LydiaMedusa’s Bed is over. I tak to pozostawmy.

Relacja fotograficzna Radosława Kaźmierczaka pod tym linkiem:
https://www.facebook.com/media/set/?set=a.10153853185978816.1073741857.158751338815&type=3