FOT. GOSIA WYWROT
komentarzy

Wygoda nie jest kusząca – Ten Typ Mes o nowej płycie i nie tylko (rozmawia Tymoteusz Milas)

Tymoteusz Milas: Płyta „Trzeba było zostać dresiarzem” tak jak poprzednie twoje płyty, została wydana nakładem Alkopoligamii. Odwołując się do tej nazwy wytwórni – neologizmu – co jest z tych dwóch członów dla ciebie ważniejsze: wiele kobiet czy wiele alkoholi?

Ten Typ Mes: Ten neologizm od początku nie odnosił się do tego, że musisz mieć w życiu wiele alkoholu i wiele kobiet naraz. Wierzę, że potrzebna jest forma odrealnienia i zakrzywienia rzeczywistości i z tych znanych mi form nie wybieram jointów, a przed twardymi narkotykami bardziej ostrzegam niż im hołubię. Uważam, że do tego zakrzywienia rzeczywistości najlepszy jest alkohol. A poligamia? Nie namawiam do tego, żeby każdy był afrykańskim królem, który ma wiele żon, tylko raczej, żeby spojrzał z dystansem na ten ciągle mocno obecny w Polsce dziewiętnastowieczny rytuał ślubu i następującej po nim monogamii, ponieważ wszelkie statystyki pokazują, że to często się nie udaje. Czyli żeby przejść przez życie potrzebujesz kontaktu z wieloma kobietami, by odnaleźć np. miłość, jeśli jej szukasz. Prawdopodobieństwo, że od razu znajdzie się tą jedną kobietę i wszystko będzie „mono”, jest małe. Tylko tyle.

Wielu słuchaczy chyba jednak inaczej zrozumiało ten neologizm, dlatego spytałem. Mówiłeś o ślubie. Żyjemy w kraju, gdzie zdecydowana większość to wyznawcy chrześcijaństwa i jakiekolwiek próby udowodnienia, że jest inaczej…

W najlepszym wypadku kończą się niczym.

Mimo to zajmijmy się tym wspomnianym rytuałem kościelnym. Ślub cywilny czy katolicki jest według ciebie bardziej atrakcyjny, bardziej odpowiadający do dzisiejszych czasów?

Kiedy patrzę na swoją rodzinę, przyjaciół, na siebie — a mam już 31 lat i pewne refleksje na temat ślubów — to myślę, że regulacja prawna kwestii majątkowo−dzieciowych czy mieszkaniowych jest przydatna ludziom, którzy się kochają i którzy mają potomstwo, by było wiadomo, kto bierze odpowiedzialność za nowopowstałą jednostkę. Cała reszta, poza tymi regulacjami, jest dodatkową otoczką, która mnie zupełnie nie interesuje. Śluby w tej katolickiej formie są cały czas istotne dla rzeszy rodzin, a niekoniecznie tak bardzo dla nowożeńców, bo w pewnym wieku te ciotki, pociotki, wujowie, stryjowie mają mało rozrywek, nie mają pracy, być może mają tylko telewizję. I na tym etapie życia chrzciny, pogrzeby, śluby są okazją do tego, żeby się upić, wzbogacić swoje życie towarzyskie o świeże ploty, dostać darmowe żarcie, a właściwie wyjść na zero, bo jest za to, co daje się w kopercie. Odbywa się to kosztem młodych ludzi, którzy może nie są jeszcze gotowi na ślub i wspólne życie, mieszkanie. Rodzice, ciocie naciskają, żeby to się odbyło w tym porządku ślubnym, weselnym. Ksiądz też lubi przyjąć opłatę za ślub i w ogóle mam wrażenie, że to wszystko bardziej potrzebne jest ludziom wokół. Miłość, zgodność charakterów, dojrzałość – to jest gdzieś na piątym miejscu.

Twój styl od początku kariery ciągle ewoluuje i to, o czym rapujesz, a więc o typie dresiarza, o noszeniu dresu, charakteryzowało cię tylko na początkowych produkcjach, np. na teledysku „Ten typ” z Redem. Już w pierwszej piosence „Trze’a było” wyjaśniasz, jakie są korzyści z bycia dresiarzem. Czemu więc nie zostałeś dresiarzem?

Bo spędzałem, na szczęście lub nieszczęście, mniej czasu z dresiarzami, a więcej z ludźmi, którzy wyewoluowali w innym kierunku. Choć hiphopowcy potrafią namówić do zła, np. lenistwa. „Trzeba było zostać dresiarzem” – jest to tylko gdybanie, lecz o tyle ciekawe, że uważam dresiarzy za ludzi pełnych zalet dla swojej rodziny, dla siebie samych, dla swojego plemienia. I zazdroszczę im tej życiowej beztroski.

A czy tytuł tej płyty i pomysł na tę piosenkę nie został zapożyczony z „Wojny polsko–ruskiej pod flagą biało–czerwoną” Doroty Masłowskiej, w której Silny, też dresiarz, jest głównym bohaterem? Nie inspiruje cię ta siła prostoty, którą miał on i pewnie wielu podobnych polskich dresiarzy?

Zastanawiam się jakie elementy subkultury dresiarskiej nie pasują bądź pasują do mojego życia. Wielu ludzi porywało się na ten temat, a ja zrobiłem to z klucza, jednego konceptu, mianowicie nagrałem płytę, na której piosenki jak „Głupia, spięta dresiara”, „Ochroniarz Patryk”, „Oni wciąż biegają” – kawałek o ludziach, którzy wybrali jogging jako styl życia i nie mają nic wspólnego z dresiarzami poza strojem – są oparte na prostych tematach. Czy dopatrzysz się w tym inspiracji „Wojną polską–ruską”, której nie czytałem chyba z osiem lat, a w międzyczasie nagrałem szereg różnych płyt, dopatrzysz się inspiracji „Domem złym” Smarzowskiego, albo książkami Marka Nowakowskiego to tylko na poziomie podświadomym.

Na tej płycie jest wiele motywów polskich, obracasz się wokół nich przez prawie cały album. Dresiarz, dresiara, autobus Ikarus w piosence „Ikarusałka”, obsługa kuchni w piosence „Nuda”, „Janusz Andrzej Nowak”, „Będę na działce”, „Autobus z cmentarza” i inne, wymienione wcześniej przez ciebie. Czy tak jak bohater komiksu „Jeż Jerzy” uważasz, że: Polska jest mistrzem Polski”? czy może raczej cenisz to, co swojsko−polskie, ten polski folklor?

Z zaburzonego myślenia o Polsce biorą się dwa mylne prądy. Jeden jest taki: właściwie zostawmy to wszystko w cholerę po studiach i zróbmy wszystko, żeby ten kraj opuścić, nie próbujmy zmienić go na lepszy, właściwie zostawmy tę dziurę za sobą. To myślenie między kompleksami a lekceważeniem skąd się jest i co jest naprawdę tutaj w porządku. Drugi prąd myślenia to kompleks, że to my jesteśmy najważniejsi i nic się w Europie bez naszego udziału nie wydarzy. Możemy powstrzymać Rosję, przejąć Europę jako lider, w ogóle jesteśmy największymi kozakami, sarmatami i Chrystusem Narodów. Nie są to moje podejścia do Polski. Powstrzymam się jednak od gulgoczącej, hejterskiej oceny. Uważam, że mamy te wszystkie niesamowicie ciekawe doświadczenia od II Wojny Światowej przez PRL po zostanie młodą demokracją. Mamy też unikatowe rzeczy jak ogródki działkowe, dobrze rozwinięty transport publiczny. Możemy, nie mając samochodu, przemierzyć Polskę wzdłuż i wszerz. W takim Los Angeles bez samochodu nie można nic zrobić. Mamy też za sobą pierwsze lata transformacji, kiedy wszyscy chcieli po prostu zarobić pieniądze, zrobić to w taki naznaczony dolarem i kantorami sposób. Ten znaczek dolara przyświecający nam wówczas, zupełnie jakbyśmy byli odpryskiem Ameryki, a nie krajem w Europie, gdzie jest szereg innych wartości, a nie tylko: „czy dobrze zarobiłeś?”, „jaki masz iphone?”. Staram się spojrzeć na Polskę pozytywnie, realnie, pomiędzy tym, że trzeba ten kraj zostawić, a tym, że Polska jest najlepsza. I tak naprawdę o tym jest ten album. Warto by było, żeby Państwo go posłuchali, wtedy będziecie mieli pełną moją opinię na ten temat.


FOT. GOSIA WYWROTW piosence z Olafem Deriglasoffem „Tul petardę” po raz kolejny ustosunkowujesz się do szkoły. „Szkoła przygotowała mnie do życia w szkole / tak jakbym miał niej nie wyjść nigdy, pod tablicą polec”. Czy w ten sposób nawołujesz do samodzielnego myślenia bez wzorców szkolnych? Czy może szkoła jako niedemokratyczna forma edukacji jest niepotrzebna?

Zinstytucjonalizowana edukacja jest jak najbardziej potrzebna. Ten wers, który zacytowałeś, odnosi się do niedoskonałości systemu nauczania. Odkąd byłem uczniem podstawówki do teraz, gdy już obserwuję szkołę z dystansu, widzę, że potrzeba wielu reform, takich jak selekcja dzieci pod względem predyspozycji i pogłębione badanie na temat tego na co dzieciak ma chęć i możliwości, odsianie dla niego przedmiotów, które są odwieczną męką, np. wyższej matematyki niepotrzebnej umysłowi humanistycznemu i na odwrót, niepotrzebnego dla umysłu ścisłego rozszerzonego języka polskiego, na którym są rozbiory zdań czy interpretacje wierszy, które mają po dwieście lat i nie zachęcą do lepszego czytania i pisania. Gdybym miał wpływ na kształt edukacji, rozwijałbym talenty u dzieciaków poprzez tworzenie bardzo wyspecjalizowanych profili klas. Zacząłbym od przebadania dzieci, w której dziedzinie im idzie, a w której nie idzie kompletnie. Poza tym mniej testów.

To są moje trochę fantastyczne pomysły artysty na to, co można zrobić z edukacją. Zająłbym się tym kształtem edukacji i niskimi płacami nauczycieli, które sprawiają, że niekoniecznie najlepsi garną się do tego trudnego zawodu. A teraz słyszę i widzę, że ludzie, którym nie wyszły kariery naukowe, mogą bez przeszkolenia pedagogicznego zostać nauczycielami. Tylko dlatego, że np. umieją język angielski, mogą go uczyć w szkole. A co z całym wielkim zagadnieniem: czy umiesz uczyć? Znam ludzi, którzy skończyli anglistykę, a nie lubią dzieci albo tłumaczą katastrofalnie. A nie ma problemu, żeby tacy ludzie dostali pod swoją opiekę trzydzieści osób. Niesamowite!

Nagrałeś piosenki z kilkoma wykonawcami spoza światka hip-hopu. Raper musi się bardzo starać o to, żeby instrumentalista, wokalista tworzący w innym gatunku, wystąpił gościnnie na jego albumie? A może te relacje między raperami a jazzmanami, rockmanami, piosenkarkami pop w Polsce są obecnie lepsze i łatwiej o kontakt? W Stanach Zjednoczonych powszednie jest to, że piosenkarka nagrywa z raperem, np. Jayem-Z.

W Stanach kryterium podstawowym są pieniądze, również kryterium w kulturze. W związku z tym, jeżeli raper sprzedaje milion płyt, milion i–tunesów w bardzo krótkim czasie, a ta piosenkarka musi się mocno napracować, żeby zarobić tyle, to od razu lgnie do rapera, niesiona podpowiedziami menadżerów. Nagrywa więc z nim piosenkę, żeby zabrać mu trochę fanów.

To jest myślenie amerykańskie, na szczęście jeszcze nie obowiązujące w Europie. Tu z kolei muszę się nabiegać, namęczyć, zasugerować ludziom z innych światów muzycznych, żeby zechcieli się połączyć z tym światem hip-hopu. Wynika to z wzajemnej izolacji. Muzyka popowa, to śpiewanie dla korporacji, kontrakty na bankiety, gdzie za grube dziesiątki tysięcy złotych dani artyści wyśpiewują swoje songi dla trzystuosobowej firmy.  Jest zupełnie gdzie indziej niż muzyka punk rock, jazz, grane w zadymionych klubach. Z kolei jazz jest dotowany przez budżety państwowe, jazzmani nie za bardzo znają sytuację, gdy gra się za bilety fanów danej płyty. Inaczej jest z hip-hopem, co wynika z tego, że hip-hop lubi być w hip-hopie i kisić się we własnym sosie oraz wydaje się innym ludziom głupi, agresywny, niefajny, spięty. Myślę, że jednak warto łączyć światy muzyczne, choć oczywiście nie za wszelką cenę.

Uważasz, że tą płytą możesz zmienić to myślenie, że hip-hop jest muzyką odizolowaną, hermetyczną, tylko dla pewnej subkultury? Czy może należy robić swoje, raperzy mają grać w swojej konwencji, nadal tworząc muzykę niszową?

Nie lubię tej izolacji. Jest tyle wspaniałych technicznie, poetyckich tekstów, pomysłów, opowieści i refrenów w polskim hip-hopie od co najmniej 12 lat, które pozostają w izolacji, dlatego, że hip-hopowcy są wsobni, a światu zewnętrznemu jest dobrze z tą wsobnością. Polska piosenka autorska, czy jest to rock’n’roll czy pop, ma się obecnie bardzo źle, jeżeli chodzi o teksty. Gdyby autorzy tych piosenek poświęciliby choć trochę czasu w skali roku mistrzom polskiego hip-hopu, bo wielu z nich jest kozakami pracy z piórem, z pomysłem na piosenkę, to pewnie by się dwa razy zastanowili nim by popełnili fatalny, fatalny tekst, którym po raz kolejny obniżą poziom polskiego popu i rock’n’rolla. Mogliby się naprawdę sporo nauczyć.

Dlaczego ci muzycy nie chcą z wami współpracować?

Dlatego, że ludzie są wygodni. A im dalej zagłębiamy się w konsumpcyjny świat, tym trudniej tę wygodę przełamywać. Popowej wokalistce jest wygodnie, że gra koncert na bankiecie Volvo czy Samsunga, jej żaden raper czy songwriter nie jest potrzebny. Jazzmanowi jest dobrze w jego akademickim świecie, bo to jest pewna posada. Może uczyć na uczelni. A raperowi jest dobrze, nagrywając wiecznie młode piosenki dla wiecznie młodej publiczności. Czasami wydaje się to już dość karykaturalne, że raperzy w konkretnym, niemal średnim wieku, nie zmienili palety swoich obserwacji. Ale to też dlatego, że wygodnie im tkwić w swoim sosie. Dla mnie wygoda nie jest kusząca, lubię ją przełamywać. Jestem otwarty na współpracę.

Jesteś raperem, który na każdą płytę nagrał jakąś piosenkę o twojej osobistej, niefikcyjnej relacji z kobietą. Tym razem na „TBZD” opowiedziałeś o typie kobiety – dresiary. Mimo wyjaśnień w tej i innych piosenkach, czemu tyle miejsca zajmują kobiety, także ich krytyka, nie bywasz posądzany o szowinizm, przedmiotowe traktowanie kobiet?

Nie traktowałem kobiet przedmiotowo chyba, że chciały tego i tak samo traktowały mnie. Ale oczywiście łatwo mi przykleić taką łatkę. Moje nastawienie na przygodne spotkania, one night standy mogły w oczach niektórych czynić ze mnie seksistę? Oj, nie jest tak. Bo tak samo jak można powiedzieć, że wykorzystywałem kobiety, tak te kobiety wykorzystywały mnie. Była to obopólna, mam nadzieję, korzyść. Tyle o przeszłości.

A propos dresiary, jest sporo o dresiarach na tej płycie i można by sądzić, że popadłem w różowookularyzm, dresiarofilię i że to, co jest, w większości, na „TZBD” wydaje się zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Chciałem więc dodać przeciwstawne klimatem piosenki, „Ochroniarz Patryk” i „Głupia, spięta dresiara” – o kobietach, z którymi nie wiadomo co robić, bo są agresywne wobec otoczenia, natomiast nie można użyć przemocy fizycznej i psychicznej, ponieważ wyjdzie się na nie−gentlemana, prostaka, chama, damskiego boksera. I kiedy się nie reaguje, to one stają się jeszcze bardziej rozwydrzone. Ta głupia, spięta dresiara może być małolatą, która chce zaimponować dziewczynom w klasie, twoją współpracownicą w robocie czy ekspedientką w sklepie osiedlowym, która ma koło sześćdziesiątki, ale jest stuprocentową dresiarą, wykorzystuje agresję i pozycję, bo myśli: „No w sumie co mi on zrobi?”. Każdy zna kogoś takiego i nie zostałem jeszcze na szczęście posądzony o seksizm za ten utwór. Wręcz przeciwnie, dziewczyny są wdzięczne. Jest tam taki wers: „nie będę się do nich wdzięczył/tyle głupich dresiar krzywdziło legiony świetnych dziewczyn”.

Na poprzednim albumie, w piosence „The Chauvinist” wspomniałeś o kwestii gender. Jaki jest twój stosunek do tej teorii, o której do niedawna media dyskutowały z polskim kościołem?

Utwór, o którym mówisz, powstał przed całą medialną burzą na temat gender. Kojarzyłem to hasło z równouprawnieniem i z zamieszaniem wokół fundacji Masculinum i pofolgowałem sobie teoretyzując, że skoro instynkt macierzyński jest instynktem numerem jeden kobiety, to instynktem mężczyzny numer jeden jest chęć zapylenia tylu kwiatów, ile spotka na swojej drodze. Jednak świat jest urządzony w ten sposób, że taki mężczyzna jest piętnowany, doczepia się mu łatkę kurwiarza i jeśli ktoś popełni jeden błąd względem monogamii, zawsze przegra w sądzie sprawę rozwodową i może zapomnieć o opiece nad synem czy córką, tylko dlatego, że raz poświęcił czas, powiedzmy 20 minut kobiecie, której nigdy wcześniej i później nie zobaczył. Cały ten utwór dotyczył równouprawnienia kobiet i mężczyzn na poziomie instynktów, ale nie miał nic wspólnego z kwestią dwóch tatusiów czy dwóch mam dziecka, na którą szczególną uwagę zwraca teraz kościół. Nie stoję w tym sporze po stronie kościoła, ani nie ukończyłem gender studies. Jestem zafascynowany tym, że kobiety rządzą światem.

A co kryje się za tytułem twojej piosenki „LOVEYOURLIFE”? Wcześniej nie słyszałem na twoich albumach takiej bezpośredniej afirmacji życia.

Ta piosenka opowiada historię dwóch ludzi zapatrzonych w świat celebrytów. Gość marzy o Edycie Herbuś i nagle spotyka kogoś pomiędzy wróżką a czarodziejem – specjalnego Misia, który spełnia jego życzenia. Gość zostaje facetem Edyty Herbuś i okazuje się, że to życie celebryckie, ta cielesność, salony SPA, liczne bankiety zupełnie mu się nie podobają. W końcu prosi swojego brata, żeby zabrał go z tego świata celebrytów, który jest karykaturą życia. Druga historia jest o dziewczynie, która marzy o tym, by mieć bogatego chłopa i mieszkanie w Warszawie, natomiast ciąg dalszy tej historii też jest tragiczny, ale całości nie opowiem, odsyłam czytelniczki i czytelników do piosenki.

A co znaczy tam refren: „odminować duszę”?

Odminować duszę z kompleksów ułożonych w niej jak bomby – marzeń o tym cudzym życiu. Szybki samochód, mieszkanie w wielkim mieście, kobieta po operacji plastycznej, z nieruchomym biustem, ustami, kośćmi policzkowymi albo bogaty mężczyzna, w drogim garniturze, podróżujący po świecie. Ten Miś jest właśnie superbohaterem zaminowanych dusz. Było dla mnie wyzwaniem, żeby do imprezowego bitu napisać historię o ważnych sprawach, która ma początek, środek i koniec. Chciałem pokazać, że można to zrobić, nie opowiadając o fantazmatach w banalnym tekście, że komuś smutno i patrzy w niebo.

Czemu mają służyć takie nagrania ze znanymi jazzmanami i instrumentalistami jak Andrzej Dąbrowski, Zbigniew Jakubek? Czy chcesz dowartościować rap i siebie samego poprzez zapraszanie na płytę takich gości, którzy zapisali się w historii polskiej muzyki?

Oczywiście, bez względu na to, ile razy bym zaprzeczał, to jest dowartościowanie. Wspaniale jest włączyć przycisk „record”, potem „stop” i podziękować za nagranie w studio w moim mieszkaniu panu Andrzejowi Dąbrowskiemu. Natomiast chodzi głównie o przełamywanie barier muzycznych, których istnienia nie rozumiem. Wygodnictwo raperów i nieraperów mnie nudzi i irytuje. Dlaczego tylko młodzi hiphopowy mają nagrywać z młodymi hiphopowcami? Popowi wykonawcy z popowymi wykonawcami, pisząc sobie nawzajem teksty? Pan Andrzej Dąbrowski nie pasuje do mnie wiekowo, stylistycznie, pod każdym względem różnimy się. Tym bardziej chciałem z nim stworzyć coś, co będzie współgrało. Bo najważniejsze jest to, że pan Dąbrowski to niewiarygodnie sprawny as wokalu i reszta jest bez znaczenia!

Ostatnia piosenka ma metaforyczny, niejasny tytuł „Wyjdź z czołgu”. Co to znaczy?

„Wyjdź z czołgu” to nie jest wbrew pozorom żadne metafizyczne otwarcie. Utwór traktuje o moim koledze taksówkarzu, który praktycznie nie wychodzi z czołgu, czyli z samochodu, bo pracuje, żyjąc fascynującym dla jednych, a nudnym dla drugich życiem warszawskiego cierpiarza. Ale też inni pracoholicy mogą przesłuchać ten utwór i pomyśleć, że czasami trzeba aż zadedykować piosenkę, żeby nasz kumpel wyszedł na imprezę, napił się drinka i porozmawiał. Myślę, że wielu chciałoby potrząsnąć swoimi pracoholicznymi znajomymi, lecz nie mają takiej możliwości, żeby dla nich nagrać piosenkę, więc może mogą puścić im „Wyjdź z czołgu”, do czego gorąco zachęcam.

Mówiłeś o izolacji hip-hopu. Nie wynika jego niszowość z niechęci do tych tekstów opartych na banalnych rymach w dominującym nurcie tej muzyki w mediach?

Nie zgadzam się z tym, bo ta opinia wynika z tego co się zasłyszało. Jeżeli utwór hiphopowy może napisać każdy, to przykro mi, z ramienia całego hip-hopu. Natomiast nie należy sobie wyrabiać zdania o całym gatunku na podstawie jednego utworu. Mógłbym powiedzieć, że muzyka popowa jest zła, bo kiedy słucham Madonny, Akona czy Jennifer Lopez, to myślę, że ich piosenki każdy mógłby napisać i zagrać na pianinie ze słuchu. W związku z tym mam gardzić całym popem? Nie, oczekuję trochę szerszego spojrzenia na sytuację, bo tak samo pop to jest też Kate Bush, a w latach PRL-u – Agnieszka Osiecka i Wojciech Młynarski. Polecam za to spytać dziennikarza lub swojego najbardziej muzykalnego kolegę swojego dziecka w klasie, kto jest najlepszym polskim raperem. Albo poprosić o skompilowanie pięciu najbardziej szanowanych polskich zespołów, przesłuchać je i wtedy mówić jaki jest hip-hop. O to apeluję.

A gdybyś usłyszał, że jesteś jednym z pięciu najlepszych raperów w Polsce?

To oczywiście byłoby mi miło, ale nie byłbym zaskoczony.

 

                                                                                                          Warszawa, 12.05.2014

foto: Małgosia Wywrot