a2087214102_10
komentarzy

Wolves in the Throne Room – Celestite [2014; Artemisia Records]

Uwielbiam surowy, mroczny i posępny black metal. Jednak gatunek ten w czystej formie dosyć szybko się wyczerpał. O ile z przyjemnością powracam do pierwszych nagrań Burzum, Mayhem, Darkthrone czy Marduk, to już albumy w tej stylistyce wydane w nowym tysiącleciu zwyczajnie są dla mnie wtórne i nudne. Ileż można nakładać na twarz corpse paint i ganiać w bojówkach po pokrytych śniegiem lasach? Raczej nie mam już ochoty wysłuchiwać muzyki tworzonej przez takich infantylnych nieco osobników. Z dużo ciekawszą inicjatywą wychodzą zespoły, które wykorzystują niektóre elementy ekstremalnej odmiany metalu, łącząc je z gatunkami takimi jak post-rock, shoegaze, ambient i drone. Przedstawiam jedną z takich kapeli, Wolves In The Throne Room.

Amerykańska formacja już na początku swojej działalności odżegnywała się od większości pozamuzycznej warstwy black metalu. Muzycy nie stosowali corpse paintu, nie przybrali złowieszczo brzmiących pseudonimów, a na koncertach odradzali moshing, podkreślając duchowy charakter tworzonej przez nich sztuki. Stawia ich to w opozycji do mnóstwa innych blackowych kapeli, które skupiają się wyłącznie na negatywnych emocjach – mowa tutaj o rozpaczy, nienawiści do świata, rozczarowaniu i wszechogarniającej pustce; co nadaje muzyce typowo dekadenckiej otoczki. Wilki chcą zapoznać słuchaczy z alternatywną wizją. Ich propozycja to afirmacja życia: powrót do bliższego kontaktu z przyrodą i nawoływanie do rozważań metafizycznych. Black metal ma być portalem do innego, ukrytego świata, co jest bliskie rozumieniu tej muzyki przez Varga Vikernesa, twórcę Burzum.

Pierwsza płyta zespołu, Diadem Of 12 Stars, zdradza wspomniane idee muzyków. Długie, kilkunastominutowe kompozycje, wypełnione hipnotyzującymi gitarowymi popisami, wprowadzają nas w medytacyjny nastrój.  Dalsze rozwinięcie pomysłów następuje na płycie Two Hunters. Podczas sesji nagraniowych formacja zaczyna eksperymentować z syntezatorami, co stanie się kluczowym elementem ich późniejszego brzmienia. Ambientowy black metal niesłychanie pociąga. W dźwiękach zawarty został zachwyt amerykańskich kontestatorów nad krajobrazem północno-zachodnich stanów. Słychać liczne nawiązania do pierwszych płyt Emperor i Blut Aus Nord.

Wolves in the Throne Room przez następne kilka lat serwują fanom zbliżone dźwiękowe pejzaże. Coraz bardziej jednak oddalają się od korzeni gatunkowych, chyląc się raczej ku (bardzo zresztą dobrze przemyślanych) post-rockowym wpływom. Eksperymenty kapeli osiągają apogeum podczas nagrywania longplaya Celestial Lineage. To już prawdziwe arcydzieło formy naszkicowanej zaledwie na Diadem Of 12 Stars. Znajdziemy tutaj potężny growl czy rozrywające na strzępy perkusyjne dudnienia (klasą niewiele ustępujące dokonaniom Frosta ze słynnej grupy Satyricon), ale naszą uwagę przykują zapewne inne elementy. Kilka razy usłyszymy przepiękny, anielski głos Jessiki Kenney, która już wcześniej współpracowała z Wilkami. Gdzieś tam pobrzmiewa w tle flet, a niepokój zmierzchu zwiastują delikatnie poruszane przez wiatr dzwoneczki. Syntezator również odzywa się co jakiś czas. Najpiękniej wypadło to w kawałku Woodland Cathedral – tytuł doskonale oddaje zawartość dźwiękową tej onirycznej kompozycji.

Trzy lata później Amerykanie wydają krążek całkowicie ambientowy – Celestite. Nazwa albumu oznacza minerał z grupy siarczanów, przybierający zazwyczaj barwę błękitnego nieba. To muzyka całkowicie instrumentalna, nie uświadczymy nigdzie śpiewu, zarówno growlu, jak i łagodniejszych form wokalnych. Zamiast tego dostajemy zaproszenie do śnieżnej krainy, w której czas zatrzymał się setki lat temu. Większość kompozycji złożona jest z łagodnych syntezatorowych posunięć pędzlem wrażliwego artysty, który pragnie przekazać odbiorcom wizję mroźnego piękna. Przesterowane gitary elektryczne nie mają na celu wprowadzenia linii melodycznej, lecz wzmocnienie ambientowego tła. Muzykom wychodzi to znakomicie – spokojne, aczkolwiek wiejące arktycznym chłodem kawałki przywodzą na myśl monumentalne szczyty gór. Niekiedy z grani zsuwają się lawiny gitarowego śniegu, wzburzone przez wiatr dmiący z syntezatorów. W przepięknej symfonii Północy usłyszymy też flet, instrument nieczęsty w tym gatunku muzycznym. Pod względem dźwiękowym to wszystko – nawet nie zauważamy, że spędziliśmy z Wilkami 46 minut.

Niemniej był to czas spędzony przyjemnie – rozwiązania artystyczne proponowane przez amerykańską kapelę przemawiają do moich gustów estetycznych. Przejście od black metalu do ambientu wypadło bardzo korzystnie. Mam nadzieję, że Wolves in the Throne Room w najbliższych latach pokażą „wilczy” pazur kolejnymi rewelacyjnymi nagraniami.