unnamed-22-580x580
komentarzy

Wire – Wire [Pink Flag; 2015]

W niemal czterdziestoletniej karierze scenicznej Wire nie zdarzyło się jeszcze, by na którąkolwiek z ich płyt słuchacze musieli czekać na darmo. Interwały między poszczególnymi wydawnictwami, chociażby te dwunastoletnie, po premierze kolejnego z nich okazywały się być uzasadnionymi, a wszystkie grzechy otrzymywały natychmiast status przebaczonych. Pomijając aspekt sumienności tego legendarnego już bandu, nie zapominajmy o tym, że ich początkowe wydawnictwa na stałe zapisały się w kanonie kultowych płyt szeroko pojętego rocka (Pink Flag; Chairs Missing), a ich wejście w XXI wiek miało klasę, jakiej brakuje wielu zespołom niepamiętającym chociażby lat ’90 – i to nie jest też tak, że przyczepili się do jednego pomysłu jak pijawki i tak już zostali, bo ludzie to i tak kupią. Kolejne roszady w zespole i liczne zawiasy działalności odbiły się dosyć na pierwotnej stylistyce Wire – początkowo był to dość klasyczny rocko-punk z gatunku tych łagodniejszych, Brytyjczycy mieli też dance’owy epizod (na który od razu spuśćmy zasłonę niepamięci), by wraz z rozpoczęciem milenium skupić się na manipulowaniu rockiem i obracać się głównie w tych sferach (co pomogło im odzyskać dobre imię). Najmłodszy produkt ze stajni Wire nie bez powodu nazywa się tak, jakby miał być debiutem – to symbol zupełnie nowej stylistyki, ostatecznie całkiem stabilnej po licznych perturbacjach. Ale! Usłyszycie tu sporo starego i dobrego Wire’u.

Jeśli jesteście psychofanami poprzednich odsłon grupy, to powinniście rozpocząć odsłuch od Blogging i In Manchester. To klasyczne już duo pod względem stylistyki – charakterystyczna retro-indie rytmika garnków, łagodny wokal Colina Newmana, garść repetatywnych akordów i luźna tematyka w warstwie lirycznej – zwróćcie uwagę na tekst Blogging, które obrazuje bolesną, ale niestety prawdziwą sytuację obecnego człowieka, zależnego od nowinek technologicznych. Wszystko byłoby raczej mało oryginalne, tyle że tutaj jest to zobrazowane na bazie… Biblii (Three kings researchers, use Google star maps). Jeśli chodzi o drugi z tych utworów, to myślę, że Ian McCulloch mógłby wziąć swoje Meteorites z zeszłego roku i po odsłuchu In Manchester, natychmiast wrzucić tę płytę do pieca, a najlepiej to do czynnego wulkanu. Ten utwór brzmi jak zaginiony track z Ocean Rain od Echo & The Bunnymen. I w ogóle mnie ta podobna stylistyka nie razi – propsy za granie takiej muzyki teraz i brzmienie jak wtedy (to zdanie naprawdę podsumowuje moje odczucia na temat tego utworu). Niewiele inaczej brzmi High, ze swoją świetnie zarysowaną gitarą elektryczną i barwnym rozedrganiem dźwięków syntezatora. I ten wokal – dowód na to, że Wire w ogóle się nie zestarzało. Owszem, brakuje tu tego punkowego pazura, ale to przecież zgoła odmienna stylistyka, więc porównywanie ich do siebie ujmuje każdej z nich. W tej kategorii i gatunku Newman radzi sobie co najmniej tak dobrze (a może lepiej?) jak w epoce Pink Flag.

Na Wire pojawia się też spory ewenement, obcy dotychczasowym dokonaniom zespołu. Obrazują go dwa kawałki – Sleep-Walking i Harpooned, które są albo bardzo alternatywne-rockowo, albo po prostu instrumentalnie już zahaczają o – co może być dość radykalnym stwierdzeniem – post-rock. Przede wszystkim, wyłamują się spośród zbioru dwu/trzyminutówek swoją długością – oba, wedle klasycznej dla post-rocka formuły trwają około ośmiu minut, a rozwojem utworu i tempem zbliżają się jedynie do zdefiniowania ich gatunkowo w ten właśnie sposób. Oba z nich płyną swobodnie w dość jednolitym rytmie, czarując przy tym monotonnym bzyczącym przesterem i poetyckim wokalem – nie jest to jednak zbity i chaotyczny przester – łatwo wyłapać zmiany akordów, przez co wszystko brzmi bardziej składnie i harmonicznie – w odpowiednim stopniu wyłamuje się także bas i nie ginie pod natłokiem hałasu. Szczęśliwie, także wokal Newmana nie jest tak miękki jak na niektórych z poprzednich utworów, niczym kameleon dostosowuje się do warunków, przechodzi miniaturę ewolucji muzyki Wire w ciągu kilkunastu minut. I abyście nie zapomnieli, który właściwie zespół wydał tę płytę, posłuchajcie Octopus. To już nawet nie ma dać wam złudzenia retro-rocka pokroju Blogging czy In Manchester. Z tyłu mojej głowy pojawiało się kilkakrotnie takie uporczywe uczucie, że być może to jakiś niepublikowany wcześniej materiał z pierwszych wydawnictw. Oczywiście, mówię to wszystko jedynie w żartach, ale nie zdziwiłbym się, gdyby taki news w końcu się pojawił.

Co tu dużo mówić – Wire wciąż trzyma poziom. Ich najnowsza płyta okazuje się zawierać w sobie przyjemny i różnorodny przegląd gatunkowy, który obecny był na płytach zespołu oddzielonych od siebie latami produkcji – to jakby streszczenie tego, co było do tej pory, a co może jeszcze być. A będzie na pewno, ponieważ w wielu wywiadach Newman zdradza, iż kompozycje na Wire to zaledwie niewielka część tego, co zespół miał w zanadrzu. I na całą tę resztę czekam ze zniecierpliwieniem, bowiem Wire okazało się być apetycznym preludium.