da8ccb802b49ab513bd0e2032cc607bd.1000x1000x1
komentarzy

Unknown Mortal Orchestra – Multi-Love [Jagjaguwar; 2015]

Nowozelandzka/amerykańska ekipa pod przewodnictwem niepozornego Rubana Nielsona ma to coś, co potrafi przyciągnąć słuchaczy przed odbiornik, czego dowodzili już dwukrotnie długogrająco przed wydaniem Multi-Love. Pozytywnie przyjęte Self-titled oraz II odznaczały się wielokształtnością i elastycznością kompozycji tłumnie atakujących słuchacza wszystkimi barwami psychodelii i oldschoolowego miksu (nie gryzącego się przy tym, co niebywale istotne) popu i rocka. Utwory na ich albumach były przepełnione pozytywną energią, a szczególnie zachwycały partie gitarowe samego Nielsona, który w dziedzinie tego instrumentu sięgał mistrzostwa i mógłby się równać bodaj z mistrzem „andergrandu” grającym wiośle – DeMarco. Wszystko to było okraszone słodką nastrojowością silnie oddziałującą na psychikę słuchacza swoim optymistycznym wydźwiękiem – jakkolwiek tekst nie byłby smutny, warstwa melodii zawsze czarowała wdziękiem i emanowała pozytywami. Po dwóch ciepło przyjętych wydawnictwach nic nie zapowiadało spadku formy i tragicznej w skutkach zmiany stylistyki i jakości muzyki tworzonej przez ten wyjątkowy zespół. I wiecie co? W dalszym ciągu nic tego nie zapowiada, bo trzeci krążek na koncie UMO zatytułowany Multi-Love trzyma poziom, a moim zdaniem także przewyższa swych prekursorów.

Jest taka tendencja w karierach wielu zespołów (która, niestety, przejawia się stosunkowo rzadko), do widocznego progresu zespołu na przekroju danej dyskografii. Tutaj jest podobnie, z każdym kolejnym krokiem/albumem muzycy z Unknown Mortal Orchestra przejawiali coraz większą pewność siebie w obranym przez nich kierunku, przy czym pierwsze dwa albumy skupiały się raczej na rockowej stronie psychodelii. Mowa tu o gitarze, która tłumnie pojawiała się na poprzednich dwóch płytach i nie będzie kłamstwem, jeśli powiem, że wielokrotnie to ona kradła chwałę danego utworu – była po prostu najbardziej wyróżniającym się aspektem i to ona stanowiła o psychodeliczności samego zespołu, co – jakkolwiek dobrze nie byłoby zrobione – w zasadzie było dość marnym aspektem. Choć napawałem się bijącym od II ciepłem i pewnym hipnotycznie euforycznym klimatem, brakowało mi jakiegoś przełomu, coby się Unkown Mortal Orchestra nie okazało zespołem opartym na jednym motywie, co jest już chyba najgorszym pomysłem na siebie. Przy odsłuchiwaniu poprzednich płyt wpadałem w konsternację odnośnie tego problemu, przy tegorocznej już zbierałem się do przemyśleń na ten sam temat, jednak z pierwszymi sekundami brzmień tytułowego utworu (który – co przemyślane – reprezentuje dumnie całe Multi-Love, a także otwiera album) rozwiewa wszelkie moje wątpliwości. Albo Ruban Nielson czyta w moich myślach, albo zna procedurę prowadzącą do zabezpieczenia się przed klątwą trzeciego albumu – niemniej jednak, trzeci album obrazuje sięgnięcie po zgoła nowe rozwiązania, a także uwypuklenie innych, które wcześniej już się pojawiały, jednak były bezpardonowo spychane na drugi plan przez dominującą do tej pory gitarę. Sprawdźcie to chociażby na przykładzie Ur Life One Night, które w zasadzie ciężko skojarzyć z poprzednimi płytami, a jednak ma w sobie coś ze znajomego nam już klimatu. Muzycznie rozpoczyna się niczym ścieżka dźwiękowa do Tronu nagrana przez Daft Punk, by za chwilę oczarować dziwaczą, a przy tym barwną perkusją. Najlepsze zostawiam jednak na koniec, bo mowa o gitarze, ale… nie tylko! Co spodobało mi się tutaj, i co sprowadziło gitarę na jeden poziom z całą resztą, to perfekcyjny kompromis syntezatorów i bogactwa efektów gitarowych, dzięki czemu wszystko zajmuje swoje konkretne miejsce w utworze, wszystko doskonale odgrywa swoją rolę i we współpracy z resztą daje fenomenalną całość.

No i klimat, bo i o nim również wcześniej wspomniałem – melodyjnie, jak już mówiłem, jest to już bardziej psycho-pop niż psychodeliczny rock, ale jednak ten radosny nastrój i barwny wydźwięk podkreślają, że to wciąż stare dobre UMO, jednak po kilku potrzebnych i korzystnych modyfikacjach. Świetnie sprawuje się także Multi-Love, o którym wspomniałem nieco już wcześniej – no ma coś w sobie ten uroczy motyw przewodni w popowej tonacji, a do tego o fantastycznej tematyce w kwestii tekstu – opisuje miłość jako uczucie cenne samo w sobie, bez względu na podmiot kochający i jego cechy. UMO porusza ten temat dobrze, pasuje on do ich muzyki, a to wszystko oprawia perfekcyjnymi rozwiązaniami w kwestii melodii. Jak poruszać podobne tematy, to tylko w ten sposób. Like Acid Rain nasuwa mi jeszcze jedno skojarzenie – zabawa muzyką. Gdy tak słucham tej kompletnie luźnej i niezobowiązującej konwencji o przepełniającej energią tonacji, przypomina mi się jedna konkretna postać w podobny sposób podchodząca do własnej twórczości – Ariel Pink. Ten człowiek w podobny sposób zaskakuje i eksperymentuje z poszczególnymi partiami muzyki, co w zasadzie rzadko przynosi negatywne efekty – głównie kompozycje ratują się swoją odmiennością – i podobnie jest tutaj, z tym że w przypadku Unknown Mortal Orchestra wszystko brzmi bardziej składnie i jakkolwiek zachowuje ducha ich muzyki, podczas gdy Ariel Pink przez lata twórczości zdołał zatrzeć wszelkie granice rozsądku i może pozwolić sobie praktycznie na wszystko. Multi-Love, o czym również już wspomniałem, niesie za sobą fajny przekaz w kwestii merytorycznej – a raczej wiele przekazów. Tak jak już napisałem – porusza temat miłości i tolerancji (Necessary Evil również porusza ten problem, jednakże od strony akceptacji podmiotu naszych uczuć), sięga też po bardziej rzeczowe, globalne problemy dotykające każdego nas w każdej chwili – The World is Crowded, jak mogłoby się zdawać, wyjaśnia mój tok rozumowania samym tytułem. To dość smutny i na swój sposób bluesowy żal do wszystkich nas, za niewykorzystywanie sprezentowanego nam przez los daru, jakim jest egzystencja i w zasadzie bezpodstawne „zaśmiecanie” globu swoim istnieniem. Motywujące, a w dodatku w przemiłej oprawie melodii – idealna fuzja tekstu z muzyką.

Ostatnimi czasy dostrzegam coraz więcej grup, które w przeciągu niewielu lat dość widocznie zmieniły swój wizerunek na lepsze i postawiły pewny krok w stronę dojrzałości. Szczęśliwie, mogę z czystym sumieniem do takiej grupy zespołów zaliczyć Unknown Mortal Orchestra, które już niemal kompletnie wyrosło z kolorowych utworów opatrzonych psychodelicznymi riffami (co, choć kunsztowne, na dłuższą metę nuży), by stać się pełnoprawnym bandem wyznaczającym własne nurty i kierunki przy jednoczesnym zakotwiczeniu się gdzieś na granicy psych-popu i rocka, a przy tym propagując bardzo pozytywne i skłaniające do refleksji hasła. Tak trzymać – zdecydowanie najdojrzalsza i najbardziej dopracowana pod względem wykonania płyta grupy Rubana Nielsona.