ArticleSharedImage-46825
komentarzy

Turbowolf – Two Hands [Search and Destroy; 2015]

Nie sądziłem, że czas od wydania debiutu Turbowilka aż do premiery drugiego długograja będzie dla mnie czasem tak intensywnego wyczekiwania. Ot, kiedyś przy okazji nadchodzącego Soundrive’a 2013 postanowiłem nieco szerzej zapoznać się z twórczością tego brytyjskiego bandu rockowo-punkowego i przepadłem w nim kompletnie – mowa o Self-titled z 2011. Prawda, kompozycje były chaotyczne, nie jest również fałszem stwierdzenie, że były dość nierówno ze sobą przeplecione i praktycznie niepowiązane ze sobą w żaden sposób dźwiękami, rytmem, ani chociażby tekstami obracającymi się w jednej tematyce. Co liczyło się w nim na plus, to ogromna dawka rockowej energii upakowanej w kilku prostych i porywających riffach silnie odwołujących się do lat 90′ – sami muzycy wyglądali jak wyrwani z innej epoki, szczególnie frontman-wokalista, Chris Georgiadis, czyli człowiek o aparycji młodocianego Franka Zappy cierpiącego na przewlekłą anoreksję. Utwory zawarte na albumie okazywały się jeszcze silniej oddziałującymi na słuchaczy w wersji na żywo – zespół nie miał żadnych problemów, by porwać do dzikiego transu całą publikę już od pierwszych brzmień kawałków. Soundrive jednak minął i ja na jakiś czas upchnąłem Turbowolfa z tyłu głowy czekając na kolejne słuchy o następnych poczynaniach zespołu. Jak się okazało w okolicach premiery Two Hands, miałem tę wiadomość tak silnie zakodowaną w pamięci, że już przy pierwszym odsłuchu surowo podchodziłem do oceny płyty, mając na uwadze poprzednie wydawnictwo. I – o bogowie wszelkich panteonów – gdyby poszukiwano przykładu „dojrzewania” zespołu na przełomie lat, to już teraz bez zawahania rzuciłbym Turbowolfem.

Two Hands jest połowicznie kalką pierwszej płyty, jednak nie powiela jej błędów, a szczęśliwie obraca je w pył. Tutaj od pierwszej sekundy do ostatniej wszystko trzyma się kupy, daje się ze sobą luźno powiązać, a przy tym idzie o krok dalej, nie bazuje jedynie na bezkształtnym hałasie, obfituje w więcej smaczków pokroju elektronicznego motywu z Read & Write z pierwszego długograja. Zaczynam od Invisible Hand i już czuję ten automatyczny skurcz mięśni mojej twarzy kreujących uśmiechopodobny wyraz. Turbowolf potrafi być spokojny, gdy tego chce – pierwsze kilka akordów nie zapowiada niesamowitego wybuchu następującego kilka sekund potem – chwytliwy wokal Georgiadisa, fenomenalny riff i bicia, a to wszystko pulsujące basem, przechodzące w groove’owy bridge wspomagany a’la funkowymi klawiszami w stylu lat ’70 – tak dobrze, tak wiele, a to wszystko w zaledwie dwie i pół minuty. Dalej jest przynajmniej tak samo dobrze, a z pewnością nie gorzej. Świetnie brzmi Rabbit’s Foot poświęcone – jak wskazuje tytuł – szczęściu. Ma w coś w sobie ten przewodni motyw w tonacji dum-dum-dum, przechodzący w barwne pasaże wraz z refrenem. Wyjątkowo zaskoczyło mnie także Solid Gold (a także Twelve Houses, które kojarzy mi się Head Like a Whole od Nine Inch Nails, sprawdźcie sami), które ma jakiś taki gorący elektroniczny vibe, który łatwiej jest mi skojarzyć z …Crystal Castles! Brak tu typowego wokalu, przynajmniej w pierwszej partii, intro ma doskonały emanujący rytmiką motyw, by następnie przerodzić się w stricte Turbowolfową rozwałkę o kompletnie spokojnym i zwiewnym bridge’u. Nie wiem skąd pomysł na taką kombinację, ale właśnie tego brakowało mi w debiucie grupy – jakiejkolwiek odskoczni od dość pospolitego i hałaśliwego łojenia budowanego na schematach. American Mirrors wręcz MUSI brzmieć dobrze w wersji koncertowej – to proamerykański „hymn” jakby skonstruowany wedle wymogów grania na żywo, ma idealnie skoczny rytm, melodyjny riff i wokal, hipnotycznie przejścia i zmiany tempa, a także idealną, niepowodującą nudy długość. Wisienkę dla tortu tego albumu stanowi singlowe Nine Lives, które – jak wspominałem we wstępiema w sobie najwięcej retro rockowego vibe’u, do którego grupa ewidentnie dąży na tym albumie. To utwór, który chcesz usłyszeć w swym samochodzie, najlepiej niech to będzie oldschoolowy muscle car w pustynnej scenerii na drodze numer 66. To hard rock,  o którym – co smutne – niewiele już się słyszy. A tutaj czuć go wiele i jest zrobiony profesjonalnie.

To fenomenalne doświadczać na dźwiękach tak ogromnej przemiany, jaka zaszła na przełomie czterech ostatnich lat w muzykach z Turbowolf. Z banalnego i dość schematycznego (ale całkiem świeżego w paru rozwiązaniach) bandu przetransformowali się w solidną kapelę, która – jak mniemam po odsłuchu Two Hands – może mieć jeszcze wiele do powiedzenia, i to nie tylko w offowych środowiskach. A pomysłów im nie brak, więc o to się nie martwcie. Lepiej idźcie słuchać Two Hands i nadrabiajcie zaległości, bo aż wstyd pominąć płytę tego kalibru.