29478-english-graffiti
komentarzy

The Vaccines – English Graffiti [Columbia; 2015]

Od czasów dołączenia The Vaccines do line-upowego spisu wykonawców tegorocznego Open’era, z niecierpliwością wyczekiwałem właściwego momentu ich występu na żywo. Całkiem niedawno miałem okazję zapoznać się z ich trzecim już długogrającym wydawnictwem (którego tytuł widnieje na samej górze), z czego w zasadzie wynikły dwie rzeczy. Pierwsza: English Graffiti z pewnością zawita na którymś z moich rankingów płyt roku (przynajmniej na ten moment), drugą jest natomiast fakt, iż moja niecierpliwość względem ich koncertu sięga obecnie zenitu.

Jak bardzo fachowo opisać muzykę The Vaccines, by nie owijać zbytecznie w bawełnę? Bezpośrednia, skoczna, chwytliwa, energetyczna. Niby nic nowego, jednakże słowa te tracą jeszcze bardziej na znaczeniu, gdy już przyrówna się je do rzeczywistego wydźwięku muzyki tego brytyjskiego bandu – oddaje ona bowiem każdy z podpunktów, o których wspomniałem nieco wyżej, jednakże robi to w tak cudownie elastyczny sposób, balansując gdzieś pomiędzy niuansowymi rockowymi rozwiązaniami stanowiącymi miks elektroniki z gitarowym graniem, a retro klimacikiem drugiej połowy lat 70′. Każde z ich poprzednich wydawnictw potrafiło od pierwszej do ostatniej nuty trzymać odbiorcę w napięciu, w tym niepokojącym wyczekiwaniu odnośnie kolejnych kilku minut, czy aby nie zaskoczy nas jakiś wesoły motyw wiercący nam dziurę w czaszce, czy może jakiś senny fragment wciągający nas w niesamowity świat oniryzmu. Nie inaczej jest w przypadku English Graffiti, tym razem jednak odsłuchowi wydawnictwa towarzyszy uczucie pewnego profesjonalizmu, dopracowania, jakby właśnie ten album miał być magnum opus The Vaccines, jakby lata pracy właśnie do niego prowadziły i on miał być efektem końcowym. Ba, to właściwie nie jest wrażenie! Śmiem twierdzić, że najnowszy album The Vaccines jest zarazem najlepszym w ich dorobku, skupiającym w sobie wszystkie zalety poprzedników i wykluczającym ich wady – a to wszystko w niewiele ponad 35 minut!

Brytyjczycy pod przewodnictwem Justina Haywarda-Younga mają jakiś niebywały talent do kondensowania swoich kompozycji do kilku krótkich minut, w których i tak zawsze udaje im się zawrzeć jakiś konkret – nie inaczej jest też tutaj, a całość zaczyna się z grubej rury. Zarówno pierwszy jak i drugi utwór to single promujące płytę, które – szczęśliwie – nie okazały się wyczerpywać idei całości już na początku. Klamra otwierająca, Handsome, cechuje się idealnie indierockowym tempem, refrenem, dźwiękiem gitary i biciami perkusji. To wzorcowy gatunkowo kawałek, który nie bez kozery został obrany singlem – zwyczajnie w pierwszych minutach albumu uspokaja słuchacza, że to wciąż to starzy i dobrzy The Vaccines, którzy wciąż potrafią porwać do zabójczo-hipsterskiego-indie-pogo. Drugi z singli to Dream Lover, któryco zdarza się niezwykle rzadko, ale również jest przyjemnym smaczkiem – posiada idealnie oddający całość tytuł. To chyba najbardziej leniwy, ale zarazem chwytliwy album na płycie, który w pierwszej fazie trwania kojarzy mi się z wczesnym Black Rebel Motorcycle Club, by za chwilę wybuchnąć bardziej żwawym i hałaśliwym refrenem. Wracając jednak do tytułu – tak, po kilkukrotnym przewałkowaniu tego utworu pokochałem sny, bo już zawsze będą kojarzyć mi się z tym utworem i jego ulotną, nienamacalną atmosferą. Pojawiają się też wyżej wspomniane retro viby – posłuchajcie chociażby Denial, które ma coś w sobie z „arielpinkowskiej” melodyki i swobody kompozycyjnej – wymuszone lo-fi na wokalu i „wzburzona” gitara w późniejszych fazach tonąca w reverbie daje się lubić, a nawet jeszcze intensywniej niż poprzednie wydawnictwa kreuje pewną konotację z przeszłością. Niebywale ciekawą metamorfozę przeszły również dźwięki gitary na English Graffiti – od teraz już nie będzie się ona kojarzyła jedynie z prostym i przesterowanym łupaniem i banalnymi akordami – ciekawie obrazuje to chociażby Radio Bikini, które nie tylko prosi się o bycie koncertowym hiciorem na występach The Vaccines, ale jest symbolem dość innowacyjnego (jeśli chodzi o ten akurat band) podejścia do wiosła jako instrumentu – szczególnie cechuje to druga połowa utworu, która zahacza gdzieś o psychodelię, tylko że… bardzo skrajnie zahacza – gitara brzmi tu bardziej jak syntezator niż instrument strunowy, co w efekcie brzmi niesamowicie! Doskonale została wybrana również klamra zamykająca całość – to Undercover, które klimatycznie jest jakby poza tym wszystkim i stanowi dość niespodziewaną codę albumu, przez co pierwsze jej dźwięku będą już zawsze wzbudzać u mnie konsternację popartą pytaniem: „co, już, tak szybko?”.  To ponownie dość leniwy utwór, jednak tutaj dźwięki brzmią jak standardowo zagrane w studiu, a następnie odwrócone tyłem do przodu i wepchnięte na płytę. Wszystko ma formę pop-rockowej balladki w tonacji radiowej, która w dość oczywisty sposób kojarzy mi się z ostatnimi podrygami The Horrors. Miłe i nie czuć, że na siłę.

Muzycy z The Vaccines podejmują dość odważne kroki w kwestii eksperymentów na muzyce i  póki co, szczęśliwie udaje im się to robić bezbłędnie. English Graffiti to najbardziej chwytliwe i niepowtarzalne w swej formule wydawnictwo, które przyniósł nam bieżący rok – idealny miks klasycznego modernistycznego rockowego grania z innowacyjnymi zagrywkami, które szybko stały się znakami rozpoznawczymi zespołu. Tak jak nic nie zapowiadało tak dobrej płyty, tak teraz nic nie zapowiada, by cokolwiek w tym roku mogło ją – przynajmniej gatunkowo – pobić.