tedetłeder
komentarzy

The Dead Weather – Dodge and Burn [Third Man; 2015]

Pięć lat już minęło od premiery Sea of Cowards zespołu The Dead Weather, czyli „kolejnego bandu Dżeka Łajta i Alison Mosshart”. I w zasadzie nic w ich muzyce się nie zmieniło, wskaźnik licznika nie odchyla się za bardzo ani w jedną, ani w drugą stronę. Ale fakt, iż na pewien czas kompletnie siadło napięcie związane z kolejnymi wydawnictwami The Dead Weather sprawił, że Dodge and Burn jest niebywale miodną i chwytliwą płytą, a podobnej dozy fuzzu, buzzu i okołorockowej energii ze świecą szukać w tym roku.

The Dead Weather to projekt, którego muzyka od pierwszych już dźwięków kojarzyła się zawsze z osobą najjaśniejszej persony kwartetu – Jacka White’a. Pracoholizm w postaci kolejnych bandów rosnących jak grzyby po deszczu nierzadko w efekcie objawiał się średniawymi wydawnictwami, w których zawsze jednak wyczuwalne były najbardziej charakterystyczne cechy muzyki White’a, a rzeczony zespół o nazwie widniejącej w tytule recenzji okazał się być przypadkiem szczególnym. Sam White widnieje tu głównie na liście członków/producentów, choć oczywiście dokłada tu swoje trzy grosze przy obsłudze instrumentaliów. Co najbardziej rzucało się w uszy (i nadal rzuca, o czym za moment) to kilotony łajtowego fuzzu i pospiesznych, cholerycznych zagrywek na wiośle, a także – co istotne – łajtowy wokal w osobie nie-łajta. Alison Mosshart nadal bywa niezwykle łatwa do pomylenia z Jackiem, kiedy już stoi przy mikrofonie. Do czego dążę – nie uświadczymy tu żadnej dźwiękowej rewolucji – to stare i sprawdzone Dead Weather, które ponownie ucieka się do sprawdzonych sztuczek, jednak w jakby bardziej wymasterowanej odsłonie – każda kompozycja wydawała mi się mniej „ociężała”, bardziej łagodna niż zawartość poprzednich płyt – jakby zespół z pewną dozą rezerwy powracał do nagrywania płyt. Jest tu też znacznie więcej zwyczajnie spokojnych utworów, w których najwięcej pola do popisu pozostawiono instrumentom, z (ponownie) ogromnym naciskiem na fantastycznie psychodeliczną gitarę Deana Fertity z Queens of the Stone Age (na którym w pewnej części TDW ponownie się wzorowało – podobnie jak na całej rzeszy oldschoolowych psychodelicznych bandów) – tutaj na czoło wysuwa się sztandarowe i singlowe Buzzkill(er) z tymi dziko zawodzącymi dźwiękami bezlitośnie szarpanych strun. Paradoksalnie podobnie silne wrażenie robi Lose the Right ze świetnie sprawdzającym się duo klawisze/gitara – paradoksalnie, bo to znacznie spokojniejszy utwór, nieco okrojony z rockowej zadziorności, co – jak zresztą słychać – wcale mu nie szkodzi.

Dla ścisłości – to zdecydowanie nie jest kandydat na płytę roku, nie jest to też arcydzieło muzyki rozrywkowej. To, jak można by uszczypliwie rzec, odcinanie kuponów nie tylko od wszystkiego, co The Dead Weather wcześniej nagrało, ale i dorobku innych znacznie bardziej popularnych zespołów z dużo większym wpływem na rozwój muzyki. Ale czuć jakąś pasję w kwartecie z Nashville w stanie Tennessee. Bo trzeba być prawdziwym pasjonatem, a do tego profesjonalistą, by umieć zaserwować to samo, żeby ponownie słuchało się tego przyjemnie. A do takiej grupy na pewno należą muzycy z The Dead Weather.