The Burning Hell
komentarzy

The Burning Hell – Plastikowe koty w sukienkach

Na scenie czują się jak ryba w wodzie. W trasie są nieprzerwanie od kilku miesięcy, a to dopiero początek ich długiej podróży. The Burning Hell – szaleńcy z Kanady, którzy jak sami stwierdzają, tworzą muzykę inspirowaną modelami mózgu, a na scenie pojawiają się w wyjątkowym składzie, opowiadali nam o sobie, wygrzewając się pod katowickim niebem. Leader Mathias Kom i Ariel Sharratt w rozmowie z Marceliną Paul.

Magnetoffon: Mathias, skąd Ty bierzesz pomysły na swoje teksty? Większość z nich jest dość niezwykła i pokręcona, np. fragment „Love is like a monster track”.

Ariel Sharratt: Biorą się głównie z jego dość niezwykłego i pokręconego umysłu (śmiech).

Mathias Kom: Cóż, zwykle teksty rodzą się po nieprzespanych nocach, nad ranem wpadają do głowy najlepsze pomysły.

Czy to prawda, że na scenie jest Was czasem nawet trzynaścioro?

Mathias: Tak, gdy koncertujemy w Kanadzie, zdarza się to dość często. Chciałbym, żeby Ci wszyscy ludzie mogli być tutaj z nami, ale to po prostu zbyt kosztowne. W związku z tym na trasę zabieramy zwykle pięciu, siedmiu muzyków. Jedna dziewczyna nie mogła przyjechać, bo niedawno została mamą i ma teraz trochę inne rzeczy na głowie, choć również chciała wyruszyć w tę podróż.

Na miłość boską, co tylu ludzi robi na scenie, przecież  to już mała orkiestra!

Mathias: Cóż, wtedy tworzymy chaos (śmiech).

Ariel: Tak naprawdę to zdarza się niezwykle rzadko.

Mathias: Dokładnie. Jesteśmy z bardzo różnych części Kanady i spotykamy się w pełnym składzie przy wyjątkowych okazjach. Zwykle grając koncerty na miejscu staramy się je tak rozplanować, żeby muzycy z północy nie musieli jeździć na drugi koniec kraju. Umawiamy się więc, że wtedy i wtedy będziemy grać koncert i najlepiej będzie, jeśli dojadą konkretne osoby, bo mieszkają najbliżej.

Muzycy z The Burning Hell nie są ściśle związani z jedną grupą, jak choćby Shotgun Jimmie, który wystąpił dzisiaj solo na małej scenie. Czy w takim razie wszyscy mają własne projekty?

Mathias: Tak. Wydaje mi się, że chyba nie ma w zespole ani jednej osoby, która nie pracowałaby dodatkowo nad swoim własnym dzieckiem, które dopieszcza i rozwija w mniej lub bardziej wolnych chwilach.

Mam taki ulubiony fragment na waszym myspace’owym profilu. Otóż według tego, co piszecie, waszą muzykę zainspirowały m.in. plastikowe koty ubrane w sukienki lalek i modele mózgu. Macie więcej tego typu inspiracji?

Mathias: No tak, faktycznie jest tam taka informacja (śmiech). Już w trochę poważniejszym tonie: u mnie wszystko zaczęło się od historii. Byłem nauczycielem tego przedmiotu w szkole. To było strasznie nudne i dołujące zajęcie, ale tak naprawdę inspiracją do napisania wielu tekstów były różne fragmenty dziejów. Kiedy przyszedł czas, posadę nauczyciela rzuciłem dla muzyki.

Ile minęło lat odkąd stałeś się zwierzęciem scenicznym?

Mathias: Teraz mijają już cztery lata.

Możesz powiedzieć, że to praca na cały etat?

Mathias: Tak, z całą pewnością. Oczywiście nie zawsze przekłada się to na zarobki, niektóre dni są lepsze od pozostałych. Nie prowadzę wystawnego życia, ale to co robię, daje mi ogrom satysfakcji. I oczywiście to właśnie koncerty stanowią podstawę utrzymania, natomiast jakieś dwadzieścia pięć procent to pieniądze ze sprzedaży płyt.

W Polsce tylko nieliczni utrzymują się z koncertów…

Mathias: Podobnie jest w Kanadzie, nie każdemu zespołowi udaje się zorganizować  finansowo. Przede wszystkim sporym utrudnieniem są olbrzymie odległości, które trzeba pokonać, wydać kasę na benzynę i podróże. Ale wydaje mi się, że to wszystko jest w zasięgu ręki, jeśli tylko wystarczająco zależy zespołowi.

Czy jest coś, co chcielibyście przekazać światu waszą muzyką?

Mathias: To dobre pytanie, bo przez długi czas wydawało mi się, że nie mam nic szczególnego do przekazania i po prostu coś tam sobie pobdrzękuję dla przyjemności. Tak naprawdę mam wyjątkowo ponure zapatrywanie na świat, dość depresyjne, można powiedzieć. Ale w muzyce tego nie słychać, koniec końców wychodzi więc chyba nieźle. Myślę, że właśnie to chciałbym przekazać słuchaczom – z pozoru sprawy mogą wydawać się beznadziejne, ale jeśli wystarczająco długo będziemy się im przyglądać, okażą się znośne, a nawet wesołe.

To ciekawe, co mówisz, bo wasza muzyka jest też bardzo rock’n’rollowa.

Mathias: To prawda. Ale właśnie o to chodzi, żeby dobrze się bawić, nawet jeśli nie wszystko układa się po twojej myśli. Zresztą sama muzyka jest u nas żywiołowa, ale teksty przedstawiają drugą stronę medalu. Tak naprawdę one wzajemnie się wykluczają, ale zderzenie tych przeciwieństw w naszej twórczości jest właśnie najbardziej charakterystyczne.

Ariel: Z jednej strony wydaje się, że już nie ma nadziei, że sprawy wyglądają naprawdę kiepsko, ale do tego obrazka soundtrack jest  na przekór wszystkiemu radosny. Ostatnie teksty Mathiasa wydają mi się natomiast jeszcze mroczniejsze, niż poprzednie, a cały album This Charmed Life trudno zaszufladkować, najlepiej spróbować poznać ten materiał. Odnoszę też wrażenie, że mimo iż na tej płycie jest więcej rozpaczy, to jest ona mądrzejsza i dojrzalsza.

Mathias: Chcesz powiedzieć, że dojrzewam (śmiech)?

Ariel: Jako tekściarz na pewno.

Dzisiaj nie graliście nic z This Charmed Life.

Mathias: Kawałki na tym albumie są zbyt ciche, żeby wykonywać je na dużej scenie, nadają się bardziej na kameralne występy. Może będziemy mieli okazję jeszcze jutro [w Ostrzeszowie – dop.red.].

Jesteście znudzeni współczesną sceną muzyczną?

Mathias:  Muszę pomyśleć. Będę mówił teraz głównie o Kanadzie, bo nie orientuję się aż tak bardzo w europejskich klimatach. U nas od jakiegoś czasu scena staje się niezwykle bogata i interesująca. Wciąż powstają nowe zespoły, bo teraz każdy chce grać i założenie kapeli jest sprawą banalną, głównie dlatego, że muzyka się zdemokratyzowała i otworzyła na ludzi, a oni na nią. Między innymi dzięki Internetowi.

Ariel: W mieście, z którego pochodzimy, Peterborough, w którym żyje około siedemdziesiąt tysięcy ludzi, w tym momencie istnieje przynajmniej 70 zespołów.

Mathias: To bardzo dużo, ale zdarza się też, że niektóre z tych kapel powstają na tydzień, później się rozpadają, bo ktoś się znudzi, albo nie odnajduje się w stylistyce. Cały czas coś się jednak dzieje, muzyka żyje. Nikt na tym nie zarabia, to akurat smutne, ale ludzie są tak pięknie kreatywni, że miło na nich patrzeć i czuć w powietrzu działanie.

Jak zatem udało się wam wydostać poza miasto z waszą muzyką?

Mathias: Zaczęło się od tego, że przechodziłem ciężki okres w moim życiu – rozwód i przeorganizowanie wszystkiego od początku. To stało się  głównym impulsem do podjęcia decyzji, żeby zająć się tylko muzyką. Wtedy wyruszyłem w trasę i okazało się, że ludziom podoba się moje granie, a ja daję sobie radę. Tak jak wcześniej mówiłem, to właśnie wtedy porzuciłem stare życie i nie wróciłem już do uczenia w szkole.

Wszystko wywróciłeś do góry nogami.

Mathias: Dzięki temu poradziłem sobie w tym dość nieprzyjemnym dla mnie czasie. To było jak terapia.

Podczas waszych koncertów jest sporo gry aktorskiej, trochę jak w teatrze, trochę jak w cyrku, których to efekt dopełnia stylistyka, w jakiej się poruszacie. Chciałeś kiedyś zostać profesjonalnym aktorem?

Mathias: Miałem taki epizod w życiu, współtworzyłem wtedy sztukę, która była muzyczną adaptacją Makbeta. Każdego wieczoru byłem okropnie zestresowany, granie nie przychodziło mi wcale z łatwością. Szanuję wysiłek, jaki aktorzy wkładają w swoją pracę, to ciężki kawałek chleba. Myślę, że nie byłbym w stanie grać w teatrze, za to jako muzyk czuję się idealnie, jestem zupełnie wyluzowany.

Ariel: Ja natomiast strasznie się denerwuję, gdy gram na scenie na instrumencie. Jako mała dziewczynka często występowałam w przedstawieniach czy szkolnych teatrach i wtedy zupełnie mnie to nie krępowało. Byłam kimś innym, ubierałam się w postać. W zespole jestem sobą i wszystko co robię dzieję się naprawdę, a ja jestem bezpośrednio wystawiona na krytykę i ocenę publiczności.

Czy nazwa zespołu ma coś wspólnego z filmem o tym samym tytule z roku 1974 w reżyserii Rona Ormonda?

Mathias: Zgadza się! Filmem zainteresowałem się po tym, jak ktoś na ulicy wcisnął mi do ręki ulotkę reklamującą komiksowe nawiązanie do The Burning Hell.  Pomyślałem, że to dość kiczowate.

Tak jak muzyka, którą chcieliście tworzyć?

Mathias: Chyba tak, mieliśmy luźne podejście. Pomyśleliśmy, że momentami jesteśmy dość kiczowaci (śmiech).

Cały rok koncertujecie?

Mathias: Tak, cały czas jesteśmy w trasie. W tym momencie mamy już za sobą wizyty w Czechach, Chorwacji, Słowenii, Włoszech, Szwajcarii, Niemczech i na Słowacji. Myślę, że jest to jak do tej pory nasza najdłuższa trasa. Wcześniej zdarzały nam się dłuższe wyjazdy, ale z przerwami na odpoczynek. Teraz dzień za dniem mamy występ.

Co robicie, kiedy nie jesteście w trasie?

Mathias: Ja głównie piszę, gram i odpoczywam.

Ariel: Ja staram się pracować. Jestem dziennikarzem muzycznym, a także recenzuję książki. Możecie poszukać moich artykułów w sieci.

Tęsknicie za domem?

Ariel:  Ja tęsknie głównie za moim psem, który jest teraz z rodzicami w Peterborough. Ale tak naprawdę nie mamy teraz domu…

Czujecie się czasem jak na urlopie?

Mathias: Zdecydowanie, nie zawsze, ale w takich momentach jak ten, gdy siedzimy w ogródku, a zza parasola padają na nas promienie słoneczne, jest cudownie.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Marcelina Paul