99585
komentarzy

The Brian Jonestown Massacre – Musique de Film Imaginé [A Recordings, 2015]

Na swoich dotychczasowych albumach The Brian Jonestown Massacre, jakkolwiek konsekwentni w kreowaniu onirycznego, gęstego nastroju, odwoływali się do przeróżnych źródeł. Ich płyty dopełnione mniej lub bardziej oczywistymi analogiami, nawiązywały do twórczości m.in. Rolling Stonesów czy Boba Dylana; z kolei Aufheben i Revelation osobiście kojarzą mi się trochę z dokonaniami Godspeed You! Black Emperor. Lider grupy, Anton Newcombe, zwykle chętnie opowiadał w wywiadach o swoich fascynacjach, które budziły w nim potrzebę tworzenia. W przypadku najnowszej płyty, Musique de Film Imagine, główną inspiracją okazało się kino francuskiej Nowej Fali – gatunek zbudowany na niedomówieniach, subtelnościach, świadomym sterowaniu kamerą. Jego sugestywność ma zdecydowanie wyraźny wpływ na ogólny zarys albumu.
Już sam podział tego krótkiego, acz niezwykle przemyślanego dzieła, na część A i B, przywołuje winylowe wydania filmowych soundtracków. Podobnie króciutkie tytuły utworów. Elle s’echappe (Ona ucieka), L’enfer (Piekło) czy Au Sommet (Na szczycie) – te treściwe frazy jak mało co pobudzają wyobraźnię, prowokując do samodzielnego kreowania fabuły Wyobrażonego Filmu. Niewiele tu warstwy lirycznej, dlatego też muzycy nie narzucają swoich wizji określonych sytuacji. Przeciwnie – budując swoisty klimat, sugerują, dotykają czułych punktów w umyśle pojedynczego słuchacza w ten sam sposób, w jaki robili to mistrzowie kamery – Truffaut czy Godard (prywatni faworyci Newcombe’a). Zatem – jakim filmem mógłby być obraz bezpośrednio związany z tym albumem? Po zapoznaniu się z promującym go singlem Philadelphie Story (z gościnnym udziałem SoKo) mam przed oczami mroczny romans, który nieuchronnie podąża w stronę tragicznego zakończenia. Owo zakończenie z drugiej strony mogłoby stanowić triumf pary kochanków. Niski, łzawy głos SoKo, który – operując na granicy gorączkowego szeptu – obiecuje zmartwychwstanie, przepełnia zarówno ból, jak i poczucie mocy. Być może Szczyt, ostatni utwór na Musique…, to jednak happy end? Wszystko zależy od naszej własnej wyobraźni. Wystarczy założyć słuchawki i przez te czterdzieści minut pozwolić jej swobodnie płynąć.
Trudno jest mi odrzucić całkowicie fatalistyczną, gorzką wizję rodem z Do utraty tchu czy Hiroszima, moja miłość, gdzie tragedia nieodłącznie wiąże się z dążeniem jednostki do szczęścia. Atmosfera zbliżającej się katastrofy została wyśmienicie zaakcentowana poprzez wykorzystanie przytłumionego instrumentarium (np. rogów i ksylofonu) oraz spowolnionego tempa, rodem z delirycznych snów. Mimo to dawka poszczególnych melodii i oszczędnie rozplanowanych wokali budzi zdecydowanie jaśniejsze, słodsze emocje. Niektórzy recenzenci zarzucają Musique… zbytnią ogólność, nieprecyzyjność; spodziewali się konkretniej przedstawionych bohaterów tytułowego filmu. Dla mnie dokonana przez Newcombe’a i spółkę transgresja, polegająca na zatarciu granicy między podświadomością odbiorcy, tłem kulturowym a muzyką, jest nie lada wyczynem. Ta płyta to pozycja obowiązkowa dla każdego wielbiciela kina, znawcy soundtracków, a przede wszystkim – dla tych, którym nieobce jest pogrążanie się w marzeniach.