tame-impala-currents-details-release-date-tracklist
komentarzy

Tame Impala – Currents [Interscope; 2015]

Na pierwszy odsłuch, Currents jest płytką zawierającą coś całkiem innego od kawałków na Lonerism czy Innerspeaker. Swego czasu, kilka lat temu, Tame Impala dumnie reprezentowało klasyczną, swobodną, ale i oklepaną w formule australijską psychodelę – na tamten moment coś świeżego, zachwycającego, z czasem tracącego na oryginalności, czego powodem było oczywiście namnożenie się podobnych bandów jak grzybów po deszczu. Naczelny umysł Tame Impala – Kevin Parker – miał jednak w sobie od zawsze jakąś dozę świeżości, zawsze miał jakiś koncept w zanadrzu, który często ostatecznie ratował wydawnictwo – nierzadko to wkład emocjonalny ciągnął całość do góry. Znany ze swoich introwertycznych, a już na pewno samotniczych tendencji Parker ponownie samodzielnie zajął się produkcją płyty, nagraniem poszczególnych ścieżek, ale tym razem całkowicie sam zmiksował wszystko w jedną całość. A było co montować i miksować, bowiem Currents nie opiera się na instrumentach typowych dla psychodelicznego rocka. Ba, Currents nie jest płytą rockową w żadnym stopniu!

W zeszłym roku to Pond zaskoczyło wielu całkiem nową formułą albumu, która znacznie odbiegała od reszty dyskografii tego australijskiego zespołu, a co najlepsze w tym zabiegu – podczas słuchania płyty nie popełnialiśmy automatycznych porównań z poprzednimi dokonaniami muzycznymi Pond, traktowaliśmy ten twór (Man It Feels Like Space Again; 2014) jak coś odrębnego, przez co bardziej skupialiśmy się na zawartości krążka, niż na tym kto go wyprodukował. Podobną zaletę dostrzegam również przy okazji Currents, tylko i wyłącznie dlatego, że to… naprawdę dobra płyta!

Psychodela Tame Impali była zawsze jej smutniejszą odmianą, a przynajmniej łagodną, nie tak dziką i nieokiełznaną jak ta spod znaku Pond. Podczas gdy Australijczycy z tego drugiego bandu opierali się głównie na tym co przyniosła im w danym momencie wyobraźnia, Kevin Parker (głównie) i ekipa czerpali całymi garściami z retro klimatów, często dało się wyłapać w ich muzyce starych Beatlesów lub debiutujących Floydów. Currents także zahacza o wytwory przeszłości, jednak jest to klasyczne, retro-dance popowe wydawnictwo, a co najfajniejsze – idealnie skomponowane. Jeśli chodzi o warstwę liryczną, to zdąży nam jeszcze zbrzydnąć gorycz, pesymizm, tęsknota wylewająca się z wersów napisanych przez Parkera, co w zasadzie nie jest nowiną. Tym razem jednak bardziej to wszystko trzyma się kupy, ścieżka wokalu pasuje nareszcie do leniwych, wymieszanych ze żwawymi (mówiłem, że jest pomysłowo skomponowana!), momentalnie paradoksalnie wesołych elektronicznych i tanecznych motywów.

Deficyt klasycznych instrumentów nie jest tu specjalnie odczuwalny, a dla mnie okazuje się ogromnym plusem – przez kurczowe trzymanie się psych-rockowej konwencji, formuła albumów Tame Impali prędko mnie nużyła, wiele z utworów brzmiało dla mnie bliźniaczo podobnie, ponieważ wszystkie linie melodii zaczynały zlewać mi się w jedną całość. Currents jest płytą całkowicie swobodną w swej kompozycji, Parker co chwilę wyskakuje do nas z czymś nowym, nieważne czy to subtelna zmiana metrum, czy dosadne wejście mocnego beatu (tasiemcowe Let It Happen, cud, miód, a zwłaszcza finałowe momenty!) – nowinki te wychodzą na dobre jego muzyce i jak widać, zakiszenie się w schematach psychodelicznego rocka nie upośledziło jego umiejętności robienia dobrej elektroniki. Pozostaje tylko słuchać i zastanawiać się, w w momencie pisania danego utworu Parkerowi było naprawdę smutno czy może bardzo dobrze wczuł się w rolę smutasa.