tumblr_nicr54DmGQ1tbsgsko3_1280
komentarzy

Szare Eminencje cz. 6: White Noise

Trudno mi na chwilę obecną wskazać bardziej niejednoznaczne pojęcie niż muzyka elektroniczna; jednemu to hasło skojarzy się w pierwszej chwili z Love Parade, innemu z Modern Talking. Dla jednego współczesną elektronikę najlepiej reprezentuje Swedish House Mafia, dla innego – xx. Jakkolwiek, z powyższym gatunkiem nieodłącznie wiąże się innowacyjność, nawet jeśli polega na zapożyczaniu z twórczości poprzedników. I tak było od początku.
To właśnie solidne wykształcenie muzyczne połączyło trójkę muzycznych geeków – Delię Derbyshire, Davida Vorhausa i Briana Hodgsona, którzy utworzyli projekt pod nazwą White Noise. Spotkali się przypadkiem pewnego wieczoru w filharmonii, gdzie Vorhaus występował zwykle z orkiestrą symfoniczną; tamtego dnia koncert poprzedzał wykład o muzyce elektronicznej. Delia, znawczyni tematu (porzuciła studia matematyczne, by poświęcić się muzykologii, nawiązała też współpracę z BBC, gdzie tworzyła tematy do audycji i programów telewizyjnych), nie mogła przepuścić takiej okazji. Jak wspomina Vorhaus, to od tej niepozornej dziewczyny nauczył się wszystkiego, co wiedział o zastosowaniu elektroniki. Owa dziedzina w połowie lat 60. była co prawda w powijakach, lecz specjaliści z BBC Radiophonic Workshop świetnie sobie radzili, używając całkiem analogowych, łatwo dostępnych źródeł dźwięku. Wydobywali kosmiczne, niepokojące odgłosy z arkuszy blachy; tworzyli niesamowitą atmosferę, nakładając na siebie rozmaite nagrania terenowe. Powszechną metodą łączenia sampli stało się cięcie na kawałki taśmy i wklejanie w powstałe przerwy fragmentów innych taśm. Gdy dziś słucham pierwszego albumu White Noise, odnoszę nieodparte wrażenie, że w tym procesie szatkowania i ponownego łączenia Delii i jej kolegom udało się przemycić także coś bardziej nieuchwytnego –ducha awangardy w najczystszej postaci.
Nazwa zespołu miała nawiązywać do idei białego szumu, czegoś, co niejako zapełnia wolne przestrzenie w radiowym eterze i stanowi efekt raczej niepożądany. Innowatorzy z White Noise dopatrzyli się w tym chaosie sporego potencjału i potraktowali go na równi z partiami instrumentów. An Electric Storm od pierwszego utworu sprawia wrażenie dzieła jednocześnie eksperymentalnego i zaplanowanego w sposób całkowicie świadomy; delikatne, eteryczne melodie są podbite przez wyraziste partie syntezatora, pogłosy i powidoki. Wykorzystanie bębnów, piski, szelesty a także przepływający w przestrzeni bas przywodzą na myśli muzyczne kolaże, jakie nieco później mieli tworzyć Floydzi. Użycie w głębokim tle nagrania szumu wiatru (np. w My Game of Loving) także podkreśla efekt dziwności, oddziałujący raczej na podświadomość odbiorcy; nie ma co ukrywać, świadomość wówczas koncentruje się raczej na zapętlonych odgłosach seksualnej orgii. Nie zapominajmy, że to w końcu rok 1969 i rewolucja obyczajowa kwitnie w najlepsze, także w muzyce.

Cały album, mimo kilku niemal popowych utworów (dziarskie, trochę barrettowe Firebird czy rozmarzone Your Hidden Dreams), niewiele ma wspólnego z muzyką lekką i łatwą. Drobne smaczki, dysonanse czy właśnie umieszczone w tle dźwięki natury domagają się uwagi. Chwilami wręcz chwytają za twarz, nie pozwalając na słuchanie jednym uchem. Ich moc tkwi właśnie w kontraście z delikatnością, która wydobywa z field recordings grozę, pierwotność, a czasami element humorystyczny (wspomniane wcześniej My Game of Loving). Pod koniec An Electric Storm te dyskretne akcenty przybierają na sile, splatając się w autentyczną tytułową burzę. Jej efektów dopatrzymy się kilka dekad później – w muzyce krautrockowej, noise’owej czy we współczesnych zjawiskach typu witch house.


An Electric Storm, płyta stosunkowo krótka (siedem utworów), nie osiągnęła spektakularnego sukcesu komercyjnego. Tuż po jej wydaniu sprzedało się kilkaset kopii; wytwórnia nie miała pojęcia, co zrobić z resztą. Niedługo potem album zyskał pewną popularność w bardziej undergroundowych kręgach. Zainteresowały się nim pirackie radiostacje, które – w przeciwieństwie do konserwatywnych rozgłośni – nie miały oporów przed puszczaniem An Electric Storm raz po raz. Płytę otoczył wówczas nimb legendy, kojarzono ją jednoznacznie z doświadczeniami psychodelicznymi. Jak podkreśla David Vorhaus, wynikało to głównie z bezkompromisowego eksperymentowania z częstotliwością dźwięku. White Noise mieli odwagę przetwarzać znane, oswojone odgłosy w mroczny chaos hałasu. Choć ich wspólne dokonania sprowadzają się zasadniczo do jednego albumu, połączenie teoretycznej wiedzy z nieograniczoną wyobraźnią stworzyło melanż inspirujący kilka pokoleń muzyków. Wpływ na całokształt współczesnej elektroniki tej pojedynczej perełki, jaką niewątpliwie stanowi An Electric Storm, jest nie do przecenienia.