bark_psychosis_0_png
komentarzy

Szare Eminencje cz. 5: Bark Psychosis

Pierwsze skojarzenie z terminem post-rock? Banda odrobinę introwertycznych, odrobinę nadętych facetów in their twenties, zamkniętych w ciasnym, ciemnym pomieszczeniu. Muzyka oparta na ściśle skalkulowanym rytmie, często inspirowanym jakimś matematycznym twierdzeniem. Rozmyte plamy dźwięku. Całość – coś pomiędzy eksperymentami bohemy a naukowymi dyskusjami prowadzonymi na korytarzu wydziału informatyki. Wymowne milczenie, zacięte miny i unosząca się w powietrzu aura pod tytułem Właśnie stworzyliśmy coś stricte konceptualnego, ale nie zamierzamy wam tego tłumaczyć.

Tak, chyba podświadomie kieruję się stereotypami. Trudno jednak od nich uciec, skoro postrockowe zespoły mają tak wiele wspólnych mianowników. Na ile jednak możemy je identyfikować z muzyką grupy, która bezpośrednio przyczyniła się do ukucia pojęcia post-rock? Jedno jest pewne, członkowie Bark Psychosis od samego początku nie dawali się poddać klasyfikacji. No, może nie do końca od początku: powstanie zespołu to dosyć typowa historia. Dwóch czternastoletnich zapaleńców, Graham Sutton i John Ling, czterościeżkowy magnetofon i automat perkusyjny. I, ponad wszystko, chęć grania. W 1988, dwa lata po rozpoczęciu wspólnej działalności, do Linga i Suttona dołączył perkusista Mark Simnett. Jego wkład nie ograniczał się do umiejętności gry: Mark wcześniej pracował jako wolontariusz przy kościele św. Jana w Stratford. Znajomości z tamtych czasów pozwoliły mu zorganizować przestrzeń do wspólnych eksperymentów w kościelnej krypcie, gdzie w najbliższych latach odbywały się próby. Młodzi artyści pracowali niemal w zupełnych ciemnościach, rozświetlanych jedynie przez nikły blask elektronicznych instrumentów. Małe, zatęchłe pomieszczenie wypełnili po brzegi instrumentami, ustawiając wzmacniacz w każdym rogu; dawało to dodatkowy pogłos i potęgowało hałas do tego stopnia, że odgłosy dochodzące z podziemi kościoła były słyszalne na poziomie ulicy. Przypadkowi przechodnie mieli być jeszcze przez pewien czas jedyną publicznością tej tajemniczej grupy – muzycy, skoncentrowani zupełnie na eksperymentowaniu z elektroniką i noise’em, nie dbali szczególnie o popularność.
Graham, John i Mark inspirowali się poniekąd tak legendarnymi zespołami jak Swans czy Sonic Youth, jednakże przez pewien okres grywali głównie covery Napalm Death; po zapoznaniu się z ich debiutancką płytą Hex brzmi to niemal jak żart. Bark Psychosis w ówczesnym składzie zagrali kilka razy jako suport. Na jednym z takich niewielkich koncertów wypatrzyli ich Nick Allport i Vinita Joshi, przedstawiciele niezależnej wytwórni Cheree Records; zaoferowali muzykom współpracę. Efektem tejże był wydany w 1988 flexi-disc Clawhammer, wspominany dziś przez Suttona następująco: kawał gówna, niewarty plastiku, na którym został nagrany. Pierwsze profesjonalne nagranie odbyło się jednak rok później. Jak mówi Sutton, rejestracja singla All Different Things/By Blow była dużym zaskoczeniem i pierwszą okazją do poznania warunków studyjnych. Byliśmy wówczas bardzo naiwni, nie mieliśmy pojęcia, jak właściwie funkcjonuje przemysł muzyczny, opowiada Sutton. Profesjonalny sprzęt stanowił dla debiutantów zagadkę, toteż dodawali niektóre efekty intuicyjnie, czasem zupełnie nieświadomie.
Rozwój Bark Psychosis wiązał się także z kwestionowaniem tego, co muzycy do tej pory uważali za słuszne. Dotarło do nich, że piętrzenie w nieskończoność ściany dźwięku nie jest jedynym słusznym sposobem na oszołomienie publiczności; że cisza często przemawia do zbiorowej wyobraźni znacznie intensywniej niż hałas. Sutton zaczął poszukiwać przestrzeni, która – oparta na ciszy – umożliwiłaby melodii pełniejsze wybrzmienie. Niezależność grupy objawiła się także porzuceniem labelu Cheree w momencie, gdy jej management okazał się być zamieszany w szereg przekrętów na tle finansowym. Na zerwanie kontraktu nałożyły się też osobiste problemy członków zespołu; rozpad wydawał się nieunikniony. Wtedy jednak odezwali się headhunterzy z 3rd Stone Ltd. Wytwórnia zajęła się produkcją i promocją nowej epki Manman, jeszcze bardziej niż dotychczasowe single inspirowanej muzyką elektroniczną. Za obranie takiego kierunku odpowiedzialny był poniekąd nowy klawiszowiec, Daniel Gish z Disco Inferno. Pozostali muzycy powoływali się na wpływy m.in. Talk Talk, Kraftwerk, ale też Milesa Davisa czy Pink Floyd.

Bark Psychosis, London September 1990
Album Hex, podobnie jak poprzedzający go singiel Scum, to niewątpliwie kontynuacja wcześniejszych eksperymentów z przestrzenią. Niespodziewanie, sprzymierzeńcem okazał się być kościół św. Jana – ten sam, w którym Bark Psychosis grywali jeszcze w czasach licealnych. Wnętrze charakteryzowała nietypowa akustyka. Mikrofony rejestrowały nie tylko dźwięki per se, ale również ich echo, odbite kilkakrotnie od sufitu i ścian. Tworzenie dodatkowej atmosfery nie było potrzebne; wytworzyła się ona niejako mimochodem, trochę jak ponadzmysłowa aura, doskonałe środowisko do tworzenia nieschematycznej muzyki. Rodziła natchnienie i wzbogacała pomysły artystów, którzy, chcąc za wszelką cenę uniknąć zaszufladkowania, doprowadzili do mistrzostwa zdolność wykorzystywania elektroniki. Partie gitary, stosunkowo nieskomplikowane, dwoją się i troją dzięki komputerowemu zwielokrotnieniu ścieżek. Podobny efekt zastosowano w obróbce wokalu. Produkt końcowy emanuje dzięki temu porażającym poczuciem derealizacji, niespójności z otoczeniem; Sutton brzmi jak ktoś pozbawiony woli, przeżywający własne życie gdzieś poza jego granicami. Bezruch okazuje się zaskakująco pozytywnym, niosącym ulgę stanem. To wycofanie określa się już od pierwszych wersów The Loom: You stand apart with the sinking sunlight, I just came to watch you smile… A Street Scene to z kolei miniaturowa impresja, zapis wezbranej fali sprzecznych odczuć wzmocniony dodatkowo dysonansem między partią gitary a perkusją. Instrumentarium rysuje się ostro na tle rozlanej melodii keyboardu. W kolejnych utworach muzycy nadają dźwiękom tekstury, cechy namacalnych substancji; są i pływające plamy klawiszy, i ostre niczym szpilki szarpnięcia, i organiczny jak pulsująca tkanka bas (ten ostatni dominuje zwłaszcza w hipnotyzującym Big Shot, gdzie niespodziewanie ewoluuje w zaskakująco eteryczną melodię).

https://youtu.be/ZKT4odkyrdg

Proces tworzenia Hex miał ogromny wpływ na życie członków grupy. Graham Sutton wspomina go jako wyczerpujące, ale piękne doświadczenie – w przeciwieństwie do Johna Linga i Daniela Gisha, którzy wkrótce po zakończeniu pracy opuścili zespół. Pierwszy, wskutek wywieranej przez Suttona presji, szybko poczuł się wypalony; z kolei Gish tłumaczył się nieotrzymaniem oczekiwanego wsparcia ze strony wytwórni. Album ukazał się w 1994; promował go singiel A Street Scene. Niedługo później w sławnej recenzji Simona Reynoldsa dla Mojo Bark Psychosis zostali określeni mianem zespołu post-rockowego i choć ów termin został ukuty wcześniej, po publikacji Reynoldsa rozpowszechnił się na dobre.
Po odejściu Linga i Gisha Sutton z pomocą Simnetta nagrał epkę Blue, która stała się okazją do jeszcze mocniej pogłębionej eksploracji muzyki elektronicznej. Graham, zafascynowany możliwościami związanymi z użyciem samplera, nadał świeższe brzmienie starym kompozycjom. Jak sam przyznał, ta fascynacja w połączeniu z jego despotycznym charakterem doprowadziła pośrednio do ostatecznego rozpadu Bark Psychosis: podążając w kierunku drum’n’bassu, zmienił swoją wizję brzmienia perkusji. Mark Simnett nie podzielał jego entuzjazmu i również rozstał się z zespołem.
Następna dekada była okresem samodzielnych eksperymentów Suttona z drum’n’bassem. Utworzył projekt Boymerang, w którym przez krótki okres uczestniczył m.in. Gish. Sam Sutton także pojawiał się gościnnie na niezależnych nagraniach. Odpowiadał za efekty na kilku płytach .O.Rang (zespół byłych członków Talk Talk), a wkrótce zajął się także produkowaniem albumów pod własnym nazwiskiem. Efektem tego była współpraca chociażby z Jarvisem Cockerem czy później – z These New Puritans. W 2004 niespodziewanie ujawnił, że od kilku lat gromadził materiał, który planował wydać pod szyldem Bark Psychosis. Projekt ten z twórcami albumu Hex łączyła w zasadzie tylko nazwa; Sutton sam zagrał większość partii instrumentalnych, tylko okazjonalnie zwracając się do innych muzyków (najbardziej znaczący jest tu bodaj udział perkusisty Talk Talk, Lee Harrisa).
Perkusja odgrywa niebagatelną rolę w całościowej koncepcji Codename: Dustsucker – drugiego i jak do tej pory ostatniego longplaya Bark Psychosis. Różnorodność zastosowania rytmu tworzy ramy dla eterycznej, nieregularnej melodii; plemienne odgłosy są tu bazą, wibrafon i tamburyn – subtelnym wykończeniem, wisienką na torcie. Sutton ponownie wykorzystał przestrzeń, umożliwiając dźwiękom wielowymiarowy ruch i wybrzmienie z całą mocą. Poszczególne instrumenty odzywają się i jeszcze długo potem dźwięczą przejmującym echem; nawarstwiają się jak powidoki. Również wytłumiony i jakby nieobecny wokal Suttona wydaje się składać z wielu warstw. Ambient wzbogaca z jednej strony mocny przester, z drugiej – pogodny, jazzujący saksofon. Wspólnym mianownikiem Codename i Hex jest niewątpliwie mocny, organiczny bas, którego dysonansowe partie rysują się złowrogo, rozpadając się powoli – aż do zupełnej ciszy (jak w Miss Abuse).


Gościnny udział wokalistek wysubtelnia surową elektronikę (400 Winters). Chwilami trudno odróżnić chóralne śpiewy w tle od gitarowego reverbu – wokal raczej przeplata się i spaja z dźwiękami instrumentów, niż z nimi kontrastuje. Może dlatego nie umiem myśleć o Codename: Dustsucker inaczej niż w kategorii muzyki niejako biologicznej, paradoksalnie mimo tak szerokiego zastosowania samplerów i keyboardu. Utwory z drugiego albumu Bark Psychosis wydają się być nie napisane, a wytworzone w obrębie któregoś z narządów. Mają cechy niewątpliwie fizyczne, jak barwy, temperatury czy tekstury: sypie się jak piasek perkusja w drugiej połowie Burning the City, w Shapeshifting miękka, sprężysta partia gitary kontrastuje z drugą, drapiącą i kłującą. Indyjska tambura w Rose stanowi ciemne tło dla srebrzystego, zimnego wibrafonu. Skupiony na wielowymiarowym dźwięku, słuchacz może łatwo przegapić moment, gdy konwencjonalna melodia ewoluuje w postrzępiony rytm o prawie hipnotycznych właściwościach. I mimo że płyta nie została zarejestrowana we wnętrzu starej katedry, Sutton po mistrzowsku oddał to, co niemożliwe do podrobienia – autentyczną atmosferę i własny entuzjazm wynikający z tworzenia.
Nie spełniły się niestety nadzieje fanów Bark Psychosis na kolejny album w 2014; projekt definitywnie zakończył działalność. Jakkolwiek, spełnił swoje zadanie, na zawsze zmieniając oblicze muzyki rockowej i poszerzając jej granice o nieskrępowane eksperymenty – a to wszystko bez utonięcia w patosie. Codename: Dustsucker dekadę po premierze ciągle brzmi świeżo i pokazuje, że każdy dźwięk ma znaczenie.