876551-triffids
komentarzy

Szare Eminencje cz. 4: The Triffids

Pomijając tak oczywiste przykłady jak AC/DC czy Kylie Minogue, nieliczni muzycy z Australii zdobyli popularność poza swoim krajem. Dlaczego? Bądź co bądź, językiem urzędowym jest tam powszechnie rozumiany angielski; także kulturalne naleciałości dają się bez większych komplikacji przełknąć przeciętnemu odbiorcy w Europie. Zresztą jeśli można mówić o jakichś wpływach w popularnej muzyce australijskiej, to raczej o tych anglosaskich. Pod koniec lat 70. na Wyspach Brytyjskich dogorywał punk rock. Rozpadła się ikoniczna grupa Sex Pistols; Johnny Rotten ogłosił, że czuje się znudzony wtórnym brzmieniem garażowych zespołów. Jak zauważa Simon Reynolds w książce Rip It Up and Start Again: Postpunk 1978-1984, zbiorowy bunt wydawał się sensowny do momentu, w którym zadano sobie pytanie: czego tak naprawdę chcemy. Okazało się, że za agresywną, głośną fasadą kryje się więcej bezradności, niż można by podejrzewać. Jakkolwiek – pozostała inspiracja; coraz więcej młodych ludzi chwytało za instrumenty w przekonaniu, że nie liczą się umiejętności i artyzm, a jedynie szczery, bezpośredni przekaz. I gdy w Anglii punk stawał się jawnie passe, młodzi Australijczycy ciągle jeszcze dawali się mu porwać. Był jak fala uderzeniowa po wybuchu bomby.

W 1976 czternastoletni wówczas David McComb chłonął wszystko, co wiązało się z punkiem, nie tylko muzykę; założony przez niego wraz z Alsym McDonaldem zespół Dalsy co prawda nieco odbiegał gatunkowo od tego, co tworzyli jego idole z Wielkiej Brytanii, wcielał jednak w życie ideę D.I.Y, na której opierała się wszak cała undergroundowa scena. Także McComb i McDonald postanowili użyć tego, co wpadło im w ręce. Wg zapisków z dziennika McComba, pierwsze nagranie zespołu Dalsy powstało w nocy z 26 na 27 listopada 1976; na nagranej własnym sumptem kasecie wykorzystano zabawkowy bębenek i gitarę akustyczną. W tekstach młodzi twórcy opisywali swój dystans do świata, wręcz podkreślając swoją dumę z bycia nadzwyczaj niepopularnymi. Pisali o otaczającej ich nudnawej codzienności, o kotach, sernikach, hotelach, ogrodach, jak ujmuje to David McComb; byli przy tym dziwaczni, obsesyjni i maniakalni, wszechstronni i produktywni. Hołdując filozofii zrób-to-sam, nie poprzestali na muzyce: pisali wiersze, malowali, tworzyli ziny. Chłopaków cechował niespotykany intelektualny głód, pochłaniali dziesiątki książek. Nazwa The Triffids zrodziła się z ich fascynacji powieścią Johna Wyndhama Dzień Tryfidów. Zanim jednak grupa zaistniała pod tą nazwą, kilkakrotnie zmieniała skład, wystąpiła również przed lokalną publicznością. Stwierdzenie, że zostali przyjęci bez entuzjazmu, byłoby sporym niedomówieniem.
Jako The Triffids, grupa w składzie: McComb, McDonald, Andrew McGowan i Julian Douglas Smith początkowo grywała na imprezach urodzinowych u swoich znajomych. Wydaje się dość imponujące, że muzyków nie zniechęciła wcześniejsza krytyka, wręcz przeciwnie: nabrali jakby dodatkowego animuszu. Łączyli edukację w liceum z porażającą jak na nastolatków artystyczną płodnością (pomiędzy 1978 a 1981 powstało ponad 100 utworów na sześciu kasetach). Powoływali się na inspiracje muzykami takimi jak Bob Dylan, Leonard Cohen czy grupa Television. Skład ulegał zmianom; w pewnym momencie dołączył do niego m.in. brat Dave’a, Robert (skrzypce i gitara). W 1981 The Triffids wygrali konkurs dla młodych zespołów organizowany przez Western Australian Institute of Technology. Sukces ten dał im możliwość wydania pierwszego singla, Stand Up. Niedługo później światło dzienne ujrzała EPka Reverie. Przez następne parę lat działalność Triffidsów miała raczej okazjonalny charakter i polegała głównie na supportowaniu bardziej znanych alternatywnych zespołów. Sytuację ustabilizowało podpisanie kontraktu z wytwórnią Hot Records. Pierwszy longplay, Treeless Plain, wydano w 1983.
Tytuł płyty odnosi się bezpośrednio do australijskiego krajobrazu (konkretnie – do Nullarbor Plain, pustkowia, które muzycy często przemierzali w drodze do Adelaide) i świetnie koresponduje z nastrojem, konsekwentnie budowanym od pierwszego utworu – The Red Pony. Posępne skrzypce, wplecione w soft-rockową balladę, wydają się odzwierciedlać charakter Australii w ogóle. Z jednej strony – przyjazna atmosfera, z drugiej – chłodny dystans typowy dla ludzi, którzy większość czasu spędzają we własnym towarzystwie, a do najbliższego miasta podróżują czasem kilka dni. Skomplikowana warstwa instrumentalna, a także nieco patetyczny, melodyjny wokal Dave’a McComba to już stuprocentowy post punk: w przeciwieństwie do negującego wszelkie wpływy punk rocka otwarty na tradycje, czerpiący z gatunków takich jak country i nowa fala (Rosevel, Hanging Shed). Surowość, podbitą przez dominujące partie basu, otula spokojna nostalgia i melancholia. Ów tajemniczy nastrój chwilami delikatnie nawiązujący do dark jazzu (My Baby Think’s She’s a Train) jest i elegancki, i niepokorny (niedbały, leniwy wokal w Nothing Can Take Your Place, a także rozpędzona perkusja w Branded).

Dalsza współpraca zaowocowała singlem Beautiful Waste i niedługo potem – drugim LP, Raining Pleasure. To właściwie minialbum – łącznie siedem utworów. New wave w bezkompromisowym połączeniu z bluesem (vide świetny cover klasycznego St James’ Infirmary), country (Jesus Calling) czy jazzem tworzy wyjątkowy i niedefiniowalny vibe, obecny odtąd na wszystkich płytach Tryfidów i podchwycony później przez Nicka Cave’a – ikonę australijskiej sceny alternatywnej. Mrok gęstnieje z utworu na utwór za sprawą subtelnych, niemal niedostrzegalnych partii skrzypiec i zdecydowanej linii basu. W tytułowej piosence napięcie zdaje się powstawać gdzieś na krawędzi świadomości słuchacza, kontrastując z kojącym wokalem Jill Birt.

Tym, co jednak zaskakuje w przypadku Raining Pleasure najbardziej, jest głęboko introwertyczny charakter całości. Począwszy od długości albumu, poprzez wspomniane już wcześniej inspiracje przeszłością, a na kompletnej niejednolitości gatunkowej skończywszy – nie mogę oprzeć się wrażeniu ,że to małe dzieło powstało dla samego siebie w myśl zasady sztuka dla sztuki, ewentualnie – dla czystej przyjemności z grania. Brak tu wdzięczenia się do publiczności czy prób udowadniania komukolwiek wizerunku grupy. Przeciwnie, muzycy to wciąż ci sami pasjonaci, którzy parę lat wcześniej stworzyli Dalsy i koncertowali wbrew wszystkiemu, jak gdyby karmiąc swoją kreatywność pogardą rówieśników.

https://youtu.be/7Xep8ntOlV4

Nawiązania do folkowej tradycji nie skończyły się wraz z Raining Pleasure. W 1984 ukazała się EP Lawson Square Infirmary, efekt spontanicznej kolaboracji z Jamesem Patersonem (JFK & The Cuban Crisis). Pomysł na nagranie narodził się podczas wspólnego obiadu, kiedy to McComb zaimprowizował melodię Figurines, rozwijając tradycyjny motyw zagrany od niechcenia przez Patersona. W trakcie sesji nagraniowych muzycy podrzucali sobie nawzajem znane jeszcze z dzieciństwa folkowe standardy, pozwalając kolegom na ich swobodną interpretację. Tak powstały kolejne piosenki – When My Heart Breaks czy Mother Silhouette. Mimo nalegań Patersona, by nie udostępniać szerszej publice nagranego materiału – tym razem McComb zdecydował się skorzystać z okazji do zarobku. Grupa praktycznie nie miała oszczędności, planowała też przeprowadzkę do Wielkiej Brytanii. James zaoferował finansowe wsparcie, pomógł także zorganizować odpowiednie warunki i wsparcie techniczne. Ostatecznie sesja odbyła się w studiu legendarnej opery w Sydney. Poświęcono na nią ostatni weekend spędzony przez The Triffids w tym mieście przed wylotem do Anglii. Jakkolwiek, trudno jest postrzegać Lawson Square Infirmary inaczej niż jako ciekawostkę, wprawkę między kolejnymi longplayami – czy właśnie próbę podreperowania budżetu.
Po przeprowadzce The Triffids do Wielkiej Brytanii wytwórnia Rough Trade zajęła się wydaniem Treeless Plain i Raining Pleasure oraz dystrybucją tychże na rynek europejski. Mimo pozytywnego przyjęcia, zespół wciąż niedomagał finansowo; sytuację nieco poprawiło supportowanie tras koncertowych m.in. The Monochrome Set. Pierwszym wydawnictwem powstałym na wyspach była EP Field of Glass, zawierająca trzy utwory. Zarejestrowano je w lutym 1985 w studiu należącym do BBC. Mimo niewielkiej objętości, płyta robi wrażenie; zimnofalowe klawisze, bardziej agresywny, gniewny nastrój i nietypowa struktura utworów stawiają The Triffids na równi z najbardziej znaczącymi przedstawicielami brytyjskiego post punku. Od pierwszych dźwięków piętrzy się gorycz i wściekłość. Kulminacja następuje w niemal 9-minutowym Field of Glass; recytacja McComba chwilami brzmi wręcz maniakalnie, przywodząc na myśl Horse Latitudes Doorsów, a w bardziej melodyjnych momentach – dokonania The Cure.

Koncertowanie z Echo & The Bunnymen zaowocowało entuzjazmem recenzentów w całej Europie, m.in. w Holandii czy krajach skandynawskich. Grupa występowała na festiwalach w miejscach tak legendarnych jak Pinkpop, Glastonbury czy Roskilde. W 1986 nagrano pierwszy długogrający album wyprodukowany w całości w Anglii – Born Sandy Devotional, przez wielu do tej pory uznawany za opus magnum The Triffids. Sami muzycy najwyraźniej podzielali tę opinię. Byli przekonani, że powstały właśnie materiał to najlepsze, co udało im się nagrać. Jak stwierdził McComb, warstwa liryczna Born Sandy Devotional zawiera więcej wątków autobiograficznych niż jakakolwiek wcześniejsza płyta. Zależało mu na tematycznej jednolitości, nie chciał, aby wydawnictwo było przypadkową kompilacją odnalezionych po latach utworów. Z bezwzględną szczerością rozprawił się więc z własnym zagubieniem i mimo że na początku powraca soft-rockowa melodyjność, teksty przesyca ból (szczególnie bezpośrednio opisany w największym chyba przeboju The Triffids, Wide Open Road). W The Seabirds dostajemy typowo synestezyjny obraz poranionego ciała, które obmywa słona woda – trudno o bardziej wymowne przedstawienie zmagań z własną psychiką, niż wizja człowieka cierpiącego w samotności na morskim brzegu. Od pewnego momentu zadawanie bólu innym staje się jedynym sposobem, aby odczuć jakąkolwiek satysfakcję (Tender Is the Night, Life of Crime). Autor rozlicza się z przeszłością, wspomina nieudane związki, a własną bezradność przyrównuje do znalezienia się w samym środku typowo australijskiego bezdroża (Lonely Stretch). W dalszej części albumu poczucie zagrożenia podkreśla zarówno new-wave’owe instrumentarium – keyboard, tamburyn czy wibrafon, jak i smaczki w rodzaju chóralnych, rozmytych zaśpiewów albo niepokojącej partii wokalnej Jill Birt (Tarrilup Bridge).


Jak na grupę z odległej Australii, The Triffids najnowszą płytą osiągnęli nieomal komercyjny sukces. Stworzenie Born Sandy okazało się jednakże dosyć wyczerpującym przedsięwzięciem. Oczekując na premierę płyty w UK, grupa powróciła do ojczyzny, gdzie na oddalonej o 600 km od Perth działce rodziny McCombów zajęła się tworzeniem – jak gdyby dla rozrywki. In The Pines zrodziło się w starej szopie na kompletnym odludziu, a jedna czwarta przeznaczonego na produkcję budżetu została wydana na alkohol; mniej więcej tyle samo – na paliwo. Nagrywanie na starym ośmiościeżkowym magnetofonie stanowiło zupełne przeciwieństwo pracy w londyńskim studiu. Muzykom nie zależało na sukcesie: jak ujmuje to Graham Lee, po prostu coś stworzyliśmy i okazało się, że nadaje się to do wydania. Minutowe miniaturki, 25 to 5 i Only One Life prezentują się jako swoiste muzyczne kolaże, wyraziste i skończone. Reszta utworów rozładowuje nagromadzone na Born Sandy Devotional emocjonalne napięcie – jest bardziej pogodnie, folkowo i beztrosko. To znów granie dla czystej przyjemności, bez śladu ciśnienia na podbicie list przebojów.
Sukces Born Sandy Devotional na Wyspach pozwolił The Triffids na zmianę wydawcy. Po powrocie do Wielkiej Brytanii pod swoje skrzydła przyjęła ich wytwórnia Island, znana do tej pory z wypromowania takich tuz jak U2. Na nowym albumie Calenture grupa brzmi znów w pełni profesjonalnie, zwłaszcza w porównaniu z In the Pines; barokowe partie smyczkowe (Bury Me Deep In Love) czy wbijające się w pamięć nowofalowe riffy (Kelly’s Blues), także dominujący bas – to wszystko składa się na potencjalny komercyjny sukces Calenture. Nowe kompozycje są nie tylko bardziej radio friendly (uroczo popowe Trick of the Light i Holy Water) – lirycznie wciąż trzymają poziom wczesnych dokonań The Triffids.

https://youtu.be/IHiiQWC8e_M

O tym, że grupa nie miała zamiaru odcinać się od korzeni świadczy choćby fakt, iż początkowo planowano wydanie następnej płyty w Australii. Tym niemniej Calenture okazało się na tyle reprezentatywne dla wytwórni Island, że jej przedstawiciele mocno nalegali na dalszą współpracę. W 1988 w Somerset nagrano The Black Swan. Mimo w pełni profesjonalnych warunków i wsparcia ze strony Island, powtórzenie sukcesu Calenture okazało się niemożliwe. Trudność polegała nie tylko na stworzeniu kolejnych potencjalnych przebojów, ale też na rozerwaniu i konieczności podróżowania między Anglią a Australią. Zresztą mocniejsze punkty na The Black Swan skutecznie zniwelowały dosyć nijakie kompozycje. Podobnie jak w przypadku The Raincoats, o których pisałam tydzień temu – grupę zgubiła nadmierna różnorodność zapożyczeń i inspiracji, chęć upchnięcia skrajnie różnych klimatów w obrębie jednego krążka.
W efekcie wszystkich powyższych trudności The Triffids zakończyli wspólną karierę. Na rok po rozpadzie, w 1990, pod wpływem nacisków ze strony Island zarejestrowali jeszcze album live – Stockholm. Potencjalnie ikoniczny zespół powrócił tam, skąd przybył – do Australii; jego członkowie odnaleźli się jako przeciętni obywatele. Alsy MacDonald i Jill Birt wzięli ślub, Robert McComb do tej pory pracuje jako nauczyciel w liceum w Melbourne. Martyn Casey dołączył do zespołu Nicka Cave’a. Dave McComb próbował jeszcze tworzyć solo w Wielkiej Brytanii, jednak zniechęcony niepowodzeniami grywał głównie jako muzyk sesyjny. Na jego sytuację nałożyły się wkrótce problemy ze zdrowiem oraz uzależnienie od alkoholu, heroiny i amfetaminy, które ów zły stan dodatkowo pogorszyło. W 1999 McComb przeżył poważny wypadek samochodowy – zmarł kilka dni po wyjściu ze szpitala nie w wyniku obrażeń, lecz przedawkowania heroiny i komplikacji po transplantacji serca.
Historia The Triffids sprawia wrażenie jakiegoś kolektywnego snu o potędze, zakończonego gorzkim przebudzeniem. W tym śnie zespół złożony z pełnych pasji młodych ludzi nawiązuje współpracę z legendarną wytwórnią, nie dając się przy tym spętać wizją sukcesu. Grupa podąża w obranym przez siebie kierunku i wywiera istotny wpływ na innych artystów, zdobywa popularność i możliwość rozwoju. W pewnym momencie jednak wszystko okazuje się być ponurym żartem losu. The Triffids kojarzy obecnie niewielu, prawie nikt nie uważa ich za znaczących. Szkoda, że koniec grupy wyglądał w ten sposób. Po prostu szkoda.