music-raincoats-570
komentarzy

Szare Eminencje cz. 3: The Raincoats

Gdy na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia w USA wykiełkował ruch riot grrrl, jak grzyby po deszczu zaczęły się pojawiać all female bands oraz zespoły utożsamiane całkowicie z charyzmatycznymi liderkami. Te nierzadko swoją działalnością i wypowiedziami balansowały na granicy politycznej poprawności; część z nich, jak Kathleen Hannah czy Allison Wolfe, głośno manifestowała prawo do seksualnej wolności, niezależności od mężczyzn, decydowania o własnym ciele. Niektóre z grup (np. Hole na czele z wcieleniem kontrowersji Courtney Love) mylnie utożsamiano z riot grrrl; jakkolwiek, spopularyzowały one ideę zespołu składającego się tylko (lub głównie) z dziewczyn. W masowej świadomości nieco wcześniej pojawiły się różne jak ogień i woda Joan Jett i Cherie Currie (The Runaways), reprezentujące nową falę brytyjskiego heavy metalu Girlschool czy tworzące na pograniczu metalu i klasycznego punk rocka L7. Scena muzyczna zapełniła się bezczelnymi i gniewnymi dziewczynami, które ośmielały się poruszać niewygodne tematy przez pryzmat swoich doświadczeń, jak i kobiecej wrażliwości. Wykrystalizowały się więc ikoniczne osobowości (wymienione wcześniej Hannah, Jett czy Love).
Były też one – The Raincoats. Bardziej introwertyczne, nie tak pyskate, wymykające się typowym etykietkom, jakimi próbowano zdefiniować zjawisko kobiecego zespołu. Nie zdarzały im się ekscesy typu rzucanie zużytym tamponem w publiczność (Jennifer Finch z L7) czy publiczne przyznawanie się do aborcji. Ich muzyka, pełna rozedrgania, ale też gniewu, wydawała się tworzyć osobny byt. Mike Powell pisze o niej: udomowiona dzikość, dziwna i nieokiełznana, ale istniejąca gdzieś z boku, między szczelinami; tam, gdzie nikomu nie chce się zaglądać. Może właśnie ta niemożność jednoznacznego zdefiniowania działalności grupy i prezentowanego przez nią kobiecego wizerunku, sprawiła, że o The Raincoats obecnie wspomina się najczęściej w kontekście jednego z ulubionych zespołów Kurta Cobaina.

raincoats
Zanim dotarły do odbiorców po drugiej stronie oceanu, dziewczyny długo zmagały się z określaniem własnej artystycznej wizji. Gina Birch, studiująca sztukę na Akademii Hornsey i mieszkająca w zaniedbanym londyńskim squacie basistka, chłonęła liczne pomysły i inspiracje; fascynowała ją twórczość Patti Smith, Poly Styrene, zespołów takich jak Sex Pistols czy Talking Heads. Kluczowym momentem okazał się być koncert The Slits w 1977. Największe wrażenie zrobiło na Ginie połączenie kompletnego niedoświadczenia koncertowego z entuzjazmem zaledwie 15-letniej wokalistki grupy, Ari Up. Wówczas stało się dla niej jasne, że komercyjny sukces ma drugo- albo i trzeciorzędne znaczenie w porównaniu z potrzebą tworzenia. Na dwa tygodnie przed pierwszym koncertem The Raincoats Gina nie posiadała nawet własnej gitary. Sama twierdzi, że gry na instrumencie nauczyła się de facto na scenie, w ciągu kilku pierwszych miesięcy istnienia zespołu. Grupa narodziła się z inicjatywy Birch i jej znajomej z uczelni, Any da Silvy, które przez kilka pierwszych miesięcy współpracy były jedynymi stałymi członkiniami; z początkiem 1978 dołączyły do nich Palmolive (Paloma Romero, wcześniej perkusistka The Slits) i Vicky Aspinall, skrzypaczka o klasycznym wykształceniu. Udział dwóch ostatnich z całą pewnością okazał się niebagatelny: ich doświadczenie sceniczne (Romero) i znajomość muzycznej teorii (Aspinall) uzupełnione o czystą chęć eksperymentowania liderki – amatorki stworzyły zupełnie nową jakość.
Początkowo The Raincoats koncentrowały się na spontanicznym koncertowaniu; występowały m.in. jako support szwajcarskiej grupy Kleenex. Ich sceniczna twórczość, nierzadko improwizowana, emanowała szczerością. Jak wspomina Birch: Granie było dla nas czymś emocjonalnym. Miotałyśmy się, wrzeszczałyśmy, tak naprawdę nie wiedziałyśmy, co mamy robić. Istniało ryzyko, że dziewczyny pogubią się w bezwzględnym światku przemysłu muzycznego; w 1979 wydały jednak singiel Fairytale in the Supermarket (nie pojawił się na debiutanckim albumie, dołączono go jako utwór otwierający późniejsze reedycje). Pierwsza piosenka, oparta na nierównym perkusyjnym rytmie, to w kwestii melodii punk pełną gębą; prostotą i prawdziwością chóralnych okrzyków Gina i Ana dorównują trzynastolatkom, które w filmie Lukasa Moodyssona We are the best! tworzą buntownicze hymny o bezsensowności lekcji wf-u. Jakkolwiek, The Raincoats od samego początku nie dają się zaszufladkować jako typowe punkówy-anarchistki: singiel jest bowiem odą na cześć eskapizmu, ucieczki przed trudami codzienności w świat ulubionych książek. Ze świecą szukać tego typu pochwał intelektualizmu w tekstach undergroundowych grup, otwarcie walczących z systemem edukacji.

Pozorna nieporadność debiutu The Raincoats, nie znajduje odbicia w warstwie lirycznej płyty. Dziewczyny z dziecięcym entuzjazmem oddają się eksperymentom, poszukiwaniom własnej drogi. Nie tworzą muzyki, ale stają się nią (vide No Side to Fall In), pozwalają sobie swobodnie wyrażać całe spektrum emocji, dają się zainspirować zarówno zjawiskom pozytywnym, jak i tym, co sprawia im ból (Adventures Close to Home). Tym, co zyskują, jest świadomość własnego ja, całkowita swoboda, wolność od hipokryzji (Black and White). Również jeśli chodzi o stronę instrumentalną – nie dają się jednoznacznie określić, uciekają przed schematami. Skrzypce Aspinall brzmią raz jak ukulele, innym razem – jak sygnał w alfabecie Morse’a albo dziecięce cymbałki. Chwilami artystka zmierza w stronę improwizacji, które przywodzą na myśl awangardowe symfonie Steve’a Reicha. Kurt Cobain w swoim wprowadzeniu do reedycji albumu z 1993 stwierdził, że słuchanie The Raincoats jest jak obserwowanie z ukrycia magicznego rytuału. Nie wolno przeszkadzać, komentować; powstaje bowiem coś tak wyjątkowego i zarazem efemerycznego, że wszelkie ingerencje z zewnątrz mogłyby popsuć efekt.

The Raincoats nie dały ujednolicić swojego wizerunku wytwórniom ani opiniotwórczym mediom. Ich kolejna płyta, Odyshape (wydana w 1981 przez Rough Records) to wynik jeszcze bardziej bezkompromisowych poszukiwań. Począwszy od użytych instrumentów (tradycyjne shehnai, kalimby czy balafony), poprzez wykorzystanie wpływów free jazzu i world music, na współudziale muzyków z This Heat i Soft Machine skończywszy – wszystkie te czynniki nadają całości mistycznego charakteru, który tak urzekł Cobaina. Otwarty bunt poszedł w odstawkę. Nawarstwiające się wokale, subtelne i liryczne, lecz emanujące girl power, kojarzą się z ostatnimi dokonaniami Warpaint czy Grimes. Zwłaszcza te pierwsze wydają się czerpać z Odyshape pełnymi garściami, kładąc nacisk na pierwotną surowość w połączeniu z delikatnością. Pierwszy utwór, Shouting Out Loud, rozpoczyna jednolita, pogodna melodia; niepokojący kontrapunkt w drugiej minucie i zwrot ku mrocznym, nowofalowym brzmieniom jest jak bezpośrednie zderzenie z niepokojem i samotnością, o których śpiewa Birch. Skrzypcowe solo Vicky Aspinall potęguje napięcie nie gorzej niż eksperymenty jej kolegów z This Heat. W warstwie wokalnej słychać wpływy ikonicznej Nico, ale też Meredith Monk, naczelnej szamanki sceny niezależnej. Niepewność w konfrontacji z orientalnymi instrumentami tylko dodaje albumowi niezwykłości. Z jednej strony, dziewczyny zdają się odprawiać pradawny magiczny rytuał, przywołujący duchy; z drugiej – najwyraźniej bawią się brzmieniem. Nawiązując do tego, w jaki sposób określała swoją artystyczną działalność Tove Jansson, autorka Muminków – to klecenie, kreowanie nowych jakości prawie z niczego. Jak pierwsze eksperymenty w kuchni.

Nomen omen – The Kitchen to niezależna nowojorska placówka artystyczna, w której The Raincoats na rok po wydaniu Odyshape zarejestrowały swój pierwszy album live. W tym miejscu w samym sercu Manhattanu w zasadzie wykiełkował nurt określany jako no wave; grywały tam tak wpływowe postaci jak Glenn Branca, Laurie Anderson czy Michael Nyman. The Kitchen w oczywisty sposób zdawało się być idealną przestrzenią do zaprezentowania totalnie nieoczywistej muzyki The Raincoats. Na The Kitchen Tapes artystki kontynuują kierunek obrany na poprzedniej płycie, swobodnie łącząc etniczne rytmy, noise i tradycję brytyjskich pieśni folkowych (paradoksalnie, najbardziej słyszalne są one w utworze o jakże medialnym tytule Oh Oh La La La). Słychać też bezczelność, jaka przepełniała debiut (Mouth of a Story) i inspiracje z czasów, gdy Birch i da Silva, dzieląc londyński squat, zasłuchiwały się w płytach Milesa Davisa. Punkowe nabijanie Richarda Dudanskiego przeplata się z jazzującym pulsem.

Wydawać by się mogło, że nie da się już bardziej odciąć od norm i szufladek; daleko koncertowej płycie The Raincoats do przedstawicielek riot grrrl z Olympii. Jednak trzeci studyjny album Moving tworzy wspólny mianownik pomiędzy dotychczasowymi dokonaniami dziewczyn a ostrymi manifestami ich koleżanek z Bikini Kill czy Bratmobile. Kilka piosenek pojawiło się wcześniej na The Kitchen Tapes, m.in. otwierające płytę No One’s Little Girl czy Dance of Hopping Mad. Melodie stały się łatwiejsze w odbiorze, nie zrezygnowano jednak z oryginalnych etnicznych instrumentów i niekonwencjonalnych partii skrzypiec (zgrzytliwe, brzmiące trochę jak te w Venus in Furs Velvet Underground). Teksty w stu procentach otwarcie wyrażają pragnienie niezależności, niechęć do konwenansów i stałych związków, sprzeczne emocje nieopisywane do tej pory przez wokalistki.
Podczas pracy nad Moving spełniła się niestety groźba wisząca w powietrzu od dłuższego czasu. Birch zaczęła odczuwać zmęczenie ciągłym miotaniem się między różnymi gatunkami; wydaje się, że czarę goryczy przepełniła próba uzupełnienia płyty o lżejsze brzmienie przy jednoczesnym gromadzeniu coraz większej ilości innowacji. Album, mimo potencjału, nosi znamiona dzieła niedokończonego; poszczególne piosenki sprawiają wrażenie, jakby ich autorki w połowie nagrywania kompletnie zmieniły zdanie co do swoich celów. To niezdecydowanie i przesada kumulują się ostatecznie w Animal Rhapsody. Wizja grupy rozmyła się, jakby w sprzeczności z czystym przekazem tekstów. The Raincoats rozstały się i oddały samodzielnej pracy, nie tylko kompozytorskiej.
Palmolive na dobre porzuciła grę na perkusji i dawny wizerunek; nawróciła się na ewangelicyzm i wiodła spokojne życie w Teksasie. Vicky Aspinall otworzyła własną niezależną wytwórnię Fresh Records. Gina Birch, która jako studentka tworzyła wizualne performance’e, ponownie zaangażowała się w awangardowe przedsięwzięcia. Da Silva przez jakiś czas pracowała w londyńskim antykwariacie; tam też odnalazł ją na początku lat 90. Kurt Cobain. W zamian za kopię pierwszej edycji debiutanckiej płyty The Raincoats zaproponował Anie reaktywację grupy i udział w trasie koncertowej jako support Nirvany. Da Silva zgodziła się, ponownie nawiązała kontakt z Giną Birch. Zespół wznowił działalność w 1994, we współpracy ze skrzypaczką Anne Wood i perkusistą Steve’em Shelleyem (Sonic Youth). Z pomocą Cobaina ponownie wydano trzy studyjne albumy The Raincoats. Trasa nie doszła niestety do skutku z powodu jego samobójczej śmierci. Mimo to, Gina i Ana przezwyciężyły kryzys, który doprowadził do ich rozejścia się w 1984. Już nie czułam zdenerwowania – byłam znów w swojej skórze, wspomina Birch. Rozpoczął się zupełnie nowy rozdział, zwieńczony wydaniem epki Extended Play w 1994 i longplaya Looking in the Shadows w 1996.
Album powstał w studiu Shelleya – Smells Like Records. Za odświeżone brzmienie odpowiedzialna była nie tylko nowa skrzypaczka (jej styl nieco odbiegał od tego, w jaki sposób klasyczny instrument wykorzystywała Aspinall), ale także producent Ed Buller, wcześniej współpracujący m.in. z Pulp. Lekkość Looking in the Shadows to kwestia inspiracji rosnącym w siłę britpopem, zredukowania ilości orientalnych instrumentów (ciągle słyszalnych, np. w Forgotten Words), zrezygnowania z tonących w pogłosach śpiewów. Ciągle z pewną ironią i humorem, Birch w tekstach opowiada o zauroczeniach (Don’t Be Mean), ograniczeniach, jakie pociąga za sobą przymus ciągłego dbania o urodę (Pretty). Cięższe tematy potraktowano wyjątkowo niefrasobliwie. Radosne pogwizdywanie w traktującej o zmaganiach z przytłaczającą rzeczywistością 57 Ways to End It All wżera się w pamięć równie mocno, jak podśpiewywane beztrosko I’m dying, dying, dying again. Paradoksalnie, utwór o trudnościach z porannym wstawaniem (So Damn Early) przywołuje uduchowiony styl Odyshape. Nowym albumem The Raincoats potwierdziły swoją niepowtarzalność i umocniły pozycję szarych eminencji brytyjskiej muzyki alternatywnej.

Wkrótce po premierze Looking in the Shadows zespół ponownie się rozpadł. Birch poświęciła się wychowywaniu dwójki przybranych córek i tworzeniu z nową grupą – The Hangovers, da Silva opiekowała się ciężko chorymi siostrą i matką, a w 2005 nagrała solową płytę The Lighthouse. Od tamtej pory okazjonalnie grywały wspólne koncerty pod dawną nazwą. Mimo funkcjonowania niejako na obrzeżach głównego nurtu, ciągle deklarują chęć eksperymentowania. Główna myśl pozostała niezmienna od debiutu w 1979 – nieistotne, że nie udało się zyskać ogromnej popularności. To, co naprawdę się liczy, to czysta radość z klecenia czegoś w stu procentach własnego.