Big Star
komentarzy

Szare Eminencje cz. 2: Big Star

Nie ma co ukrywać, dla większości młodych, poszukujących zespołów dawanie wyrazu swojej pasji i talentom nie jest jedynym celem w życiu. Prędzej czy później u podstaw motywacji twórców pojawia się chęć zaistnienia w jakiś sposób w zbiorowej świadomości – bardzo szeroko pojmowanym mainstreamie. Dla jednego ów mainstream oznacza podpisanie kontraktu płytowego z wytwórnią Sony czy Columbia, dla innego –na przykład z bardziej undergroundowym SubPopem (macierzysty label m.in. Nirvany). Jakkolwiek, wydanie płyty, wyruszenie w trasę koncertową i dotarcie do odbiorcy wrażliwego na emocjonalny przekaz zdają się być spełnieniem marzeń każdego, kto planuje poświęcić się karierze muzycznej.

Mając na uwadze powyższy schemat, nie mogę się nadziwić, jak tragiczną pomyłką okazały się pochopne decyzje marketingowe wytwórni Stax i Ardent Records, dotyczące dystrybucji nagrań zespołu Big Star. Grupa ta, jakkolwiek w niektórych środowiskach muzycznych otoczona nimbem legendy, zakończyła swą karierę przedwcześnie z bardzo prozaicznych powodów.

Historia również zaczyna się dosyć typowo. Pewien szesnastoletni chłopak z Memphis, zainspirowany tradycją rodzinnego miasta i twórczością ojca – muzyka jazzowego, postanawia spróbować swoich sił jako wokalista. Coś zaiskrzyło; po części talent, po części niezwykły zapał i chęć tworzenia, może także szósty zmysł w kwestii komponowania naturalnie melodyjnych utworów. Alex Chilton, bo o nim mowa, wydawał się być materiałem na Gwiazdę Wielkiego Formatu. Początkowo wykonywał cudze piosenki jako lider zespołu The Box Tops; te kilka razy trafiły na wysokie miejsca lokalnych list przebojów. Wkrótce jednak słomiany zapał przygasł i z pierwotnego składu grupy ostał się tylko Chilton oraz gitarzysta, Gary Talley. Box Tops ostatecznie rozpadł się w 1970, lecz Alex nie porzucił swojej pierwotnej wizji. Grywał solowo i we współpracy z lokalnymi kontynuatorami blues-rockowych tradycji Memphis. Aż pewnego dnia trafił na kogoś równie natchnionego jak on sam – znajomego znajomych Chrisa Bella, technicznego w wytwórni Ardent. Początkowo zaproponował mu współpracę w duecie, a’la Simon i Garfunkel. Spotkał się z odmową, lecz niedługo potem został przez Bella zaproszony do przyłączenia się do składu Icewater. Nić współpracy została nawiązana, gdy Chilton zaprezentował Bellowi oraz pozostałym członkom zespołu – perkusiście Jody’emu Stephensowi i basiście Andy’emu Hummelowi – napisany przez siebie utwór Watch the Sunrise. Z przybyciem nowego wokalisty zmieniła się też nazwa grupy. The Big Star – sklep spożywczy w pobliżu studia nagraniowego – zainspirował młodych muzyków. Niewykluczone, że Alex, którego prababka parała się ponoć spirytyzmem i zaraziła chłopaka zainteresowaniem astrologią, wziął ową nazwę za dobry omen. Mówi się też, że nazwa z założenia miała być ironiczna. Jeśli weźmiemy jednak pod uwagę późniejsze wydarzenia – ironia ta okazała się być wyjątkowo okrutna. Podobnie zresztą w przypadku pierwszego albumu Big Star, #1 Record. Jeśli Chilton, Bell, Hummel i Stephens po cichu liczyli na podbicie pierwszych miejsc list sprzedaży, rzeczywistość zmiażdżyła ich plany.

Alex Chilto

Słuchana 43 lata po premierze debiutancka płyta Big Star od pierwszej piosenki emanuje energią. Jak mówią Stephens i Hummel, cały znajdujący się na niej materiał powstał tak naprawdę po przyjęciu do składu Alexa. Alex wszystko ulepszył. Był dokładnie tą osobą, której potrzebowaliśmy: miał nazwisko, głos i – co najważniejsze – potrafił zawsze załatwić miejsce w studiu nagraniowym, opowiada Hummel. Jednak to Chris chwycił za stery w kwestii produkcji, kierując się nabytym w Ardent doświadczeniem. Połączenie talentu tych dwojga wydawało się być czymś nie do zatrzymania. To stwierdzenie doskonale podsumowuje atmosferę albumu, krystalizującą się już od pierwszych minut początkowego Feel. Bezpretensjonalne melodie, wzbogacone partiami instrumentów dętych i marakasów, przywodzą na myśl klasyczne dokonania The Who i The Yardbirds; słychać także dyskretne inspiracje tradycyjnym amerykańskim folkiem , country (The Ballad of El Godoo, Thirteen), bluesem czy bigbeatem (Don’t Lie to Me). Krótko mówiąc, amalgamat świeżości i odniesień do klasyki. Zażarło. Sposób komponowania Big Star został wkrótce podchwycony przez grupy takie jak Pavement, Spoon czy Blur. Do inspiracji #1 Record przyznają się też członkowie m.in. R.E.M. i The Replacements. Wydawać by się mogło, że wszystkie powyższe fakty wiążą się z nieuniknionym sukcesem, także finansowym; niestety, tym razem wytwórnia nie odegrała swojej roli należycie. Od początku lat 70. Stax Records balansowała na krawędzi bankructwa, co pociągnęło za sobą decyzję o obcięciu wydatków przeznaczonych na promocję debiutantów. Zrządzeniem losu, dostało się także ekipie Chiltona. Niewiele pomogły entuzjastyczne recenzje – krążek był prawie niedostępny w sklepach z racji niskiego nakładu. Chris Bell przeżył ten fakt szczególnie mocno. Koledzy wspominają jego zdruzgotanie, na które nałożył się dodatkowo rozpad długotrwałego związku. Podłamany Bell stał się punktem zapalnym wielu nieporozumień w zespole, w efekcie których dochodziło do rękoczynów (jak choćby pamiętna bijatyka, okupiona rozwalonym o ścianę basem i podziurawioną śrubokrętem gitarą akustyczną). Chris ostatecznie opuścił Big Star w 1972 i odreagował rozczarowanie, popadając w heroinowy nałóg. Jego tłumiona do tej pory depresja wzięła górę. Ruszył z bratem w podróż do Europy, gdzie z kolei szukał ukojenia w alkoholu. Po powrocie – mimo prób tworzenia i promowania swoich dawnych kompozycji – nie wziął udziału w nagraniach drugiej płyty Big Star, Radio City.

Jak wspomina Andy Hummel, cztery utwory na Radio City powstały jeszcze przed pierwszym rozpadem grupy. Materiał ten, dzięki wsparciu nowego technicznego Johna Fry’a, składał się ponoć z najlepszej jakości nagrań, jakie Big Star kiedykolwiek wyprodukowali; te zaginęły jednak w okresie zawieszenia działalności zespołu. Piosenki nagrano ponownie w trzyosobowym składzie, pozbawiając ich unikalnego brzmienia uzyskanego poprzez zapis mono. I, rzecz jasna, odzierając je z typowej dla Bella jakości. W tym momencie Chilton utwierdził się na pozycji lidera. Jego sugestie miały spory wpływ m.in. na wyraźniejsze niż do tej pory partie perkusji; jakkolwiek, współpraca przebiegała bardziej spontanicznie niż w przypadku pierwszej płyty i rezultat usatysfakcjonował muzyków. Ruszyli w krótką trasę koncertową promującą Radio City. Niedługo po jej zakończeniu ze składu wycofał się Andy Hummel, niechętnie poświęcając karierę muzyczną na rzecz studiów. Album zaś powtórzył losy debiutu. Columbia przejęła bankrutującą wytwórnię Stacks. Dziwnym trafem, premiera Radio City nałożyła się na kolejny konflikt między przedstawicielami tych labeli, dotyczący promocji. Ostatecznie szefowie Columbii ponownie zdecydowali się poświęcić większe środki na marketing bardziej znanych hitmakerów.

Dwaj pozostali członkowie Big Star, Alex Chilton i Jody Stephens, nie ukrywali swojego rozczarowania. Postanowili zacząć nagrania własnym sumptem i powrócili na łono małej wytwórni Ardent, w której zaczynali. Współpraca z lokalnymi muzykami sesyjnymi miała dość chaotyczny charakter i bazowała w znacznej mierze na kompozytorskich eksperymentach Chiltona. Lider początkowo planował wydanie płyty pod własnym nazwiskiem. W tym momencie zaoponował Stephens, podkreślając swój wkład w tworzenie (na przykład pomysł dołączenia partii smyczkowych). Gdy sesje nagraniowe dobiegły końca, zniechęcenie muzyków było tak wielkie, że odsunęli na dalszy plan kwestię marketingu. Ostatecznie Third/Sister Lovers doczekał się premiery dopiero w 1978, cztery lata po zarejestrowaniu materiału.

freecovers.net

Rzut oka na okładkę płyty automatycznie przywodzi mi na myśl film Sofii Coppoli Przekleństwa niewinności i jego bohaterki, żyjące gdzieś na pograniczu rzeczywistości i marzeń siostry Lisbon. Third z pewnością byłoby niezłym soundtrackiem do ich egzystencji, ograniczanej przez matkę – żarliwą katoliczkę. Podobnie jak w filmie, atmosfera na płycie balansuje między sennym rozmarzeniem letniego popołudnia, uciekaniem w słodkie wyobrażenia o tym, jak mogłoby być – a totalną rezygnacją i wiszącą w powietrzu katastrofą. Pierwszy utwór, Kizza Me, to ciągle Big Star, ale dotychczasowa energia jest jak przyduszona poduszką; brakuje przekonania, Chilton w oczywisty sposób sprawia wrażenie, jakby nie chciało mu się chcieć kontynuować tego przedstawienia. Thank You Friends – niby pogodne, ale w środkowej partii popada w zadumany, molowy nastrój, kontynuowany przez przepiękne Big Black Car. Tam wszystko zostaje nazwane już wprost. Why should I care?, pyta Chilton, zatapiając się w proto-shoegaze’owych pogłosach. Świat opisywany przez niego ma niewiele wspólnego z różem okładki Third. Liryczna strona albumu znacznie odbiega od nastrojów, do których przyzwyczaiły nas #1 Record i Radio City, niewiele tu peanów na część pięknych, kochanych mimo wszystko dziewczyn i beztroskiego szlajania się ulicami. W zamian dostajemy przepełnione goryczą podsumowanie dorobku życia, jak w Holocaust: wszystkie relacje międzyludzkie okazują się być zbudowane na obłudzie, braku zaufania i egoizmie. Tymczasem do szczęścia potrzeba wyłącznie odwzajemnionej miłości (Nature Boy), możliwości spędzania z ukochaną osobą długich zimowych wieczorów (For You). Tak refleksyjnych utworów w dorobku Big Star jeszcze nie było. Wisienką na torcie jest senny i stłumiony cover Femme Fatale Velvet Underground, piosenki poświęconej Edie Sedgwick. Wersja Big Star, z rozedrganym wokalem ówczesnej partnerki Chiltona w tle, brzmi nie tylko jak hołd, ale też epitafium dla tragicznie zmarłej muzy Warhola.

Jak słusznie zauważa redaktor Guardiana Michael Hann – tym, co determinuje całościowy charakter Third, jest rozpad: zarówno prywatnych ambicji Chiltona, jak i Big Star jako zespołu. Alex wspominał również tryb życia, jaki prowadził w czasie trwania nagrań; oględnie rzecz biorąc, nie wylewał za kołnierz, w grę wchodziły również jointy i mandrax. Nowo nagranego materiału nie chciała promować żadna wytwórnia, i – przede wszystkim – nie miał go kto grać. Dopiero w 1976 Chris Stamey w jednym z lokalnych magazynów zauważył ogłoszenie o dystrybucji Third jako bootlegu i zamówił pojedynczą kopię. Rok później, grając na żywo u boku Chiltona w zespole The Cossacks, miał wpływ na odmienione brzmienie utworów. Album ukazał się na rynku w 1978 i – cóż za niespodzianka – przeszedł właściwie bez echa. Sytuacja zmieniła się w 1992, wraz z reedycją w wytwórni Rykodisc. Zmieniono kolejność utworów zgodnie z pierwotnym konceptem, dodano też bonus tracki. Nikła nadzieja na reaktywację grupy została na dobre pogrzebana, gdy wkrótce po premierze Third Chris Bell zginął w wypadku samochodowym. Sława, o której marzył, nie stała się jego udziałem; solowe albumy I am the Cosmos i You and Your Sister pozostały niedostrzeżone, ich twórcy w notatce prasowej mówiącej o tragedii nie wspomniano nawet z imienia i nazwiska.

Do czasu reaktywacji Big Star w 1993 historia o doskonałym, lecz niedocenionym zespole zdążyła się rozpowszechnić w środowiskach muzycznych, toteż powrót w odnowionym składzie (z gitarzystą Jonem Auerem i basistą Kenem Stringfellowem) został okrzyknięty powrotem legendy. Holly George-Warren, autorka biografii Chiltona A Man Called Destruction, w wywiadzie dla portalu Pitchfork zauważa pewien paradoks: Aleksowi najwyraźniej przestały przeszkadzać dawne niepowodzenia. Etykietka ofiar złego marketingu sprzedawała się teraz świetnie, co więcej – tworzyła po części tragiczną, tajemniczą aurę wokół Chiltona i spółki. Grupa poświęciła się więc koncertowaniu i utwierdzaniu swej legendarności. W 1992 i 1993 wydano koncertowe albumy Live i Columbia: Live at Missouri University 4/25/93. Nowe kompozycje ujrzały światło dzienne w 2005 z premierą longplaya In Space.

Jak się okazuje, zadziwiająco dużą część losów Big Star zdeterminował paradoks, przypadek – krótko mówiąc, ironia losu. Alex Chilton zmarł w 2010 na zawał serca. Mógłby przeżyć, gdyby nie fakt, że unikał jakiejkolwiek wcześniejszej interwencji medycznej – nie posiadał bowiem ubezpieczenia zdrowotnego. Pech na zawsze naznaczył historię jego zespołu. Chociaż…może jednak obwinianie zbiegów okoliczności za cały ten ogrom nieszczęścia nie jest do końca słuszne? Jeśli przyjrzeć się dokładniej, mamy tam przecież dość logiczny łańcuch przyczynowo – skutkowy. Złe decyzje – zła sprzedaż – rozczarowanie – rezygnacja – et cetera. Pozostaje tylko ubolewać, że wszystko zaczęło się w miejscu, które powinno umożliwić grupie rozkwit – w siedzibie Stax Records.

Agnieszka Drabik