Judee Sill
komentarzy

Szare Eminencje cz. 1: Judee Sill

Na hasło „amerykańskie piosenkarki folkowe” prawdopodobnie mało kto – przynajmniej po tej stronie oceanu – przywoła w pamięci nazwisko Judee Sill. Nic dziwnego, bohaterka tego felietonu w porównaniu z prominentnymi przedstawicielkami sceny folk lat 70. (Joni Mitchell, Judy Collins) sprzedała raczej niewiele płyt. Nie oznacza to jednak, że w mniejszym stopniu zasługuje na uwagę; aczkolwiek przyznaję, sama prawdopodobnie zignorowałabym jej dokonania, gdybym przypadkiem nie poznała biografii artystki. Zaskakujące, zakończone tragiczną śmiercią życie Judee to historia, którą można by obdzielić parę osób i która tworzy dramatyczny kontrast z uduchowionymi, pełnymi religijnych nawiązań piosenkami. Chyba częściowo tłumaczy również, dlaczego gwiazda tej tajemniczej piosenkarki przemknęła po muzycznym firmamencie prawie niezauważona. Ale po kolei.

Judee Sill urodziła się w październiku 1944 w Oakland. Jej ojciec Milford Sill zawodowo zajmował się importem dzikich zwierząt na potrzeby filmów. Prowadził także bar, w którym mała Judee po raz pierwszy zetknęła się z grą na pianinie; zmarł przedwcześnie, pozostawiając ośmioletnią Judee i jej brata Dennisa pod opieką matki. Emocjonalne rany pogłębiła wkrótce tragiczna śmierć Dennisa. Dziewczyna, przytłoczona tymi wydarzeniami, źle zniosła przeprowadzkę z matką do Los Angeles, jak i jej ponowne małżeństwo z Kenem Muse, twórcą filmów animowanych.

Będąc biernym świadkiem popadania matki w uzależnienie od alkoholu i narkotyków, a także ofiarą prześladowań ze strony ojczyma, Judee stała się posępną nastolatką. Szczerze nienawidziła Kena, nazywała go „wrednym, tępym facetem o wąskich horyzontach”. Brzydziła się jego skłonnościami do przemocy i obwiniała za nałogi matki (ta zmarła na skutek zatrucia alkoholowego w 1963 roku). Sill postanowiła wyzwolić się z toksycznej zależności od Muse’a, wybrała jednak mroczniejszą stronę wolności. Od tamtej pory każde nieszczęście pociągało za sobą kolejne. Judee spróbowała LSD, a wkrótce potem – heroiny. Obracając się w towarzystwie ćpunów i chuliganów, zarabiała na heroinę grą na gitarze w podrzędnych knajpach. W pewnym momencie życia wydawała na narkotyki 150 dolarów dziennie; aby móc zdobywać herę, uciekła się do prostytucji. Pod koniec lat 60. Judee trafiła do aresztu za posiadanie narkotyków. Trzymiesięczny pobyt w areszcie okazał się dla niej paradoksalnie zbawienny; po wyjściu postanowiła w stu procentach poświęcić się muzyce i na dobre porzucić dawne nałogi. Doszła do wniosku, że skoro była skłonna z takim poświęceniem zdobywać heroinę, równie dobrze może ten upór wykorzystać, aby zostać artystką z prawdziwego zdarzenia.

Pisała piosenki m.in. dla zespołu The Turtles; w 1971 zadebiutowała albumem Judee Sill, jednym z pierwszych wydanych przez wytwórnię Asylum. Za promujący płytę singiel Jesus Was a Cross-Maker odpowiedzialny był Graham Nash, a Sill supportowała jego zespół Crosby, Stills & Nash, choć, jak się okazuje, dosyć niechętnie. Publiczność reagowała ostentacyjnym znudzeniem na tę dziwną, smutną kobietę w przypominającej habit sukni do ziemi. Jak wspominała Sill w wywiadzie dla New Musical Express z 1972: Wchodząc na scenę myślałam „Boże, prędzej umrę, niż to zrobię, prędzej wbiję sobie nóż w serce niż wyjdę na scenę i będę udawać zadowoloną”. Miałam wątpliwą przyjemność grywać z zespołami rockowymi – to było straszne i tak naprawdę żenujące. Jeśli ktoś przychodzi posłuchać rock’n’rolla, przygotowuje się na pewnego rodzaju stymulację, fizyczną czy mentalną. Nie można od nikogo wymagać, by nagle przestawił się i był stymulowany przez coś zupełnie innego. Także ówczesny chłopak i współpracownik Judee był zdania, że jej talent najlepiej prezentuje się podczas solowych występów, bardziej nieziemsko, nie tak technicznie; zwłaszcza w domu, gdy nikogo nie było w pobliżu.

Judee Sill 2Wydawać by się mogło, że kilkuletnie balansowanie na granicy śmierci z przedawkowania, oddawanie się prostytucji i utrata całej rodziny to idealna pożywka dla depresyjnych, drastycznych tekstów, rezygnacji czy rozpaczy. Na koncertach Judee wydawała się być spowita aurą dziwnego smutku, znajomi wspominają ją jako raczej nieufną i wycofaną. Tym bardziej Judee Sill zaskakuje już od pierwszej piosenki Crayon Angels, w której pogodnym, zwielokrotnionym elektronicznie głosem artystka wyśpiewuje swoją nadzieję na zjednoczenie z Bogiem. Podobny nastrój utrzymuje się na całym albumie. W kolejnych utworach mamy do czynienia z dobrymi duchami, niosącymi ukojenie (Phantom Cowboy), z samym Zbawicielem, zarówno w ludzkiej postaci (The Archetypical Man, My Man On Love, Jesus Was a Cross-Maker), jak i symbolizowanym przez baranka (The Lamb Ran Away With the Crown). Julee co rusz odwołuje się do ustawicznej psychomachii, jaka toczy się w jej duszy. Biblijne odniesienia wydają się być czymś wznoszącym się ponad pospolitą dewocję, jeśli mamy świadomość wydarzeń poprzedzających powstanie płyty. Nie są zresztą kliszami funkcjonujących powszechnie alegorii religijnych – to raczej wizje zainspirowane wcześniejszymi doświadczeniami z LSD. Zamiast aniołów mamy Kowboja-Widmo podróżującego po nieboskłonie, zamiast wniebowstąpienia – zaczarowane latające wehikuły, które pozwalają przemierzać kosmos w poszukiwaniu Raju. Tylko dotarcie do niego pozwoli zapomnieć o bolesnych doświadczeniach z młodości.

Dwa lata po premierze debiutu Sill zajęła się produkcją kolejnego albumu, Heart Food. Stworzyła go od podszewki, tworząc zarówno teksty, jak i aranżacje. Dała w nich wyraz swoim fascynacjom muzyką kościelną, chorałami i psalmami. Podniosłe hymny – jak 8-minutowy The Donor z bezpośrednimi odniesieniami do mszy świętej czy chwytający za serce The Kiss , będący wyrazem niczym nieskażonej wiary w Absolut – sąsiadują z piosenkami, które równie dobrze mogłyby się znaleźć na debiutanckiej płycie. Niewątpliwie na drugim albumie Sill ostatecznie tworzy swoją artystyczną osobowość, której echa można usłyszeć w piosenkach m.in. This Mortal Coil. Bezpretensjonalność i patos stapiają się w jedno. Wyrazista chrześcijańska duchowość, dla niektórych być może zniechęcająca, tutaj świadomie domaga się szacunku i uwagi; i znów, nie jest to tylko ślepa dewocja. Artystka za swoją największą inspirację uważała Bacha. Nawiązujący do jego kantat hymniczny charakter Heart Food okazał się jednak nieco zbyt wymagający dla masowego odbiorcy i popularnych stacji radiowych, które wolały łatwiejszy do przełknięcia sentymentalny folk. Obiecująca kariera zakończyła się równie gwałtownie, jak się rozpoczęła. Judee, rozczarowana słabą sprzedażą płyty, rozpoczęła wędrówkę w dół. Tym razem bez szczęśliwego zakończenia.

Sill występowała w dalszym ciągu, lecz znów zaczęła przyjmować narkotyki. Miały zabić ból – zarówno duchowy, jak i fizyczny, będący skutkiem kilku wypadków samochodowych z jej udziałem. Artystka zmarła w osamotnieniu 23 listopada 1979 na skutek przedawkowania kokainy i kodeiny. Pojawiła się znikąd i odeszła w niebyt; mimo że jej utwory były później kilkakrotnie wykorzystywane w filmach i coverowane (w 2009 niezależna wytwórnia American Dust wydała w hołdzie dla Sill płytę Crayon Angel: A Tribute to the Music of Judee Sill), mało kto o niej pamięta. Tymczasem słuchane dziś Heart Food, jak i debiut, emanują porażającą szczerością, dziecięcą wiarą w każde padające na nich słowo. Judee zmarła jako stuprocentowa, autentyczna artystka, co wydaje się potwierdzać jej wypowiedź: Kocham ludzi, którzy szczerze mówią o swoim smutku. Nie próbują udawać twardych, nawet gdy czują się niezręcznie i nieporadnie. W tych słowach, podobnie jak w każdej z piosenek, Sill opowiadała się za całkowitym autentyzmem – także za cenę popularności. Tym większą stratą jest jej przedwczesne odejście i poprzedzający je powrót do demonów przeszłości.

Agnieszka Drabik