Spacefest_ zdjęcie w tle4
komentarzy

Space Fest 2014 – relacja

4. edycja Space Fest była dla wielu uczestników zakończeniem koncertowego roku. Jeśli dla mnie każdy rok miałby się kończyć w takim stylu, to wiecznie z utęsknieniem wyczekiwałbym grudnia. Line-up w tym roku był aspektem, do którego nie można w żaden sposób się przyczepić – każdy bez problemu znalazłby coś dla siebie – ponownie pojawiło się Pure Phase Ensemble, pierwszy raz zawitało do Gdańska The KVB, a także Brytyjczycy z The Oscillation – ale po kolei:

Dzień 1.

2kilos &More + Black Sifichi

Mój dotychczasowy kontakt z zespołem był – bądźmy szczerzy – żaden. Co jednak oczarowało mnie w ich występie na żywo, to niebywała rytmika, zabójcza energia i mozolnie budowane napięcie. Całości tego zaskakująco nietypowego koncertu dopełniało towarzystwo Black Sifichiego – amerykańskiego artysty i pisarza, który w niebanalny sposób wprowadził muzykę zespołu na wyjątkowo poetyckie tory, zamiast śpiewu posługując się zwyczajnym słowem mówionym. Przyjemnym zaskoczeniem była także wizualizacja, zakrawająca o te widywane na post-punkowych występach. Jej wyjątkowość leżała w miejscu wyświetlania – obrazy pojawiały się przed zespołem, a nie tak jak to zazwyczaj bywa – za nim. Występ grupy był zatem widowiskiem muzyczno – artystycznym, co bez wątpienia wyszło mu na plus.

The Oscillation

Trio pod przewodnictwem charyzmatycznego Demiana Castellanosa rozkręciło uczestników Space Festu na dobre – psychodeliczny miszmasz efektowo-przesterowany przerobił mój umysł na wielokolorową, mglistą i pulsującą papkę – właśnie takiej intensywności oczekiwałem w tamten zimny, piątkowy wieczór – i choć uwielbiam dźwięki ich muzyki prosto ze studia nagraniowego, tak w żadnym stopniu nie spodziewałem się aż takiej efektowności w ich występie na żywo. Ku mej wdzięczności, zagrali najistotniejsze hiciory ze swojego dorobku – od sztandarowego No Place to Go, poprzez obie części Corridors, na Descent kończąc.

Silver Apples

Ten występ był dla mnie chyba największym z pozytywnych zaskoczeń 4. edycji festiwalu. Otóż – na scenę wchodzi sobie człowiek, który mógłby być praprapradziadkiem Richarda Davida Jamesa (nie tylko pod względem muzycznym – zdaje się, że i wiekiem przewyższał go przynajmniej czterokrotnie) i samotnie robi elektroniczna rozróbę godną tego, co obecnie dzieje się na niszowym rynku muzycznym, ba, równie dobrze mógłby tworzyć w przyszłości. To, co wydarzyło się w ciągu około godziny jego występu, było istnym science-fiction w muzyce. To było dziwaczne samo w sobie, jednak jeszcze bardziej zaskakuje fakt, że 76-letni obecnie Simeon Coxe III był zdolny robić takie rzeczy z syntezatorami już prawie pół wieku temu. A Silver Apples żyje i ma się świetnie, pomimo śmierci połowy tego kosmicznego duetu – Danny’ego Taylora w 2005.

Death Hawks

Ci Finowie budzili w mojej wyobraźni odłegłe skojarzenia wizualne z Temples – być może miała na to wpływ fryzura frontmana, nie wiem. Jeśli zaś chodzi o muzyczny aspekt, to oba te zespoły dość luźno można ze sobą powiązać, jednak nie doszukując się w tym połączeniu głębszego sensu. O tak, w Jastrzębiach Śmierci psychodela była silna, jednak brakowało efemeryzmu charakterystycznego dla Świątyń. Tutaj psychodeliczny aspekt osiągał apogeum dopiero łącząc się z krautrockiem/progresywą, zabarwioną czymś, co nazwałbym mieszanką wczesnego bluesa i americano. Było bardzo żwawo, zmiennie, nagłe wybuchy przeradzały się w spokojniejsze sekwencje. Co tu dużo mówić – barwne zakończenie dnia pierwszego.

 

Dzień 2.

Tales of Murder and Dust

Drugi, a zarazem ostatni dzień Space Fest rozpoczęło potężne uderzenie przesterowanym obuchem w tył głowy. Bardzo lubię muzykę tej duńskiej ekipy, jednak prawdziwie doceniłem ją dopiero na sobotnim występie. Zazwyczaj ich muzyka wydawała mi się spokojna, hałaśliwa, jednak powolnie płynąca, rozwijająca się, a jednak zawsze uważałem, że brakowało jej jakiegoś solidnego wybuchu, który przypieczętowałby kompozycję. Im dłużej stałem wsłuchując się w hałasy wychodzące spod rąk Duńczyków, tym bardziej narastało we mnie przekonanie, iż ich muzyka dość silnie mi o czymś przypomina, jednak nie jest do końca tym samym – jakby „tylko” nawiązaniem. Tym „czymś” było „Kveikur” od Sigur Rós, które szczególnie upodobałem sobie ostatnimi czasy. Występ Tales of Murder and Dust był powolny, a jednak postawiono na wypaczony bas i przesterowaną gitarę, których bezbłędne zastosowanie zaprezentowali Islandczycy. Oczywiście, ToMaD ma się niespecjalnie w porównaniu do SR, jednak doceniam samo wzbudzenie we mnie skojarzenia tego pokroju.

The Enters

The Enters to zespół, którego Polacy nie chcieli u siebie, dlatego grupa musiała czym prędzej zwiewać na Wyspy. Widocznie nasz naród nie dojrzał do dobrego szugejzu – tak to widzę. A teraz zupełnie na serio – naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Reverb liczony w hektolitrach, milion ton rotary i tremolo zrobiły swoje – w pewnym momencie nie wiedziałem, czy grają The Enters, czy może już Highspire.

Pure Phase Ensemble & Mark Gardener

PPE to, jakby nie było, zespół z łapanki. No, może nie do końca, bowiem ochotnicy zgłaszali się sami, aczkolwiek stworzenie zespołu, który w ciągu tygodnia prób ogarnia się na tyle, że może bez problemu grać wspólnie na festiwalu muzycznym, niemalże mija się z celem. No właśnie – niemalże. Czwarta już edycja tego projektu, to kolejne świeże twarze, które być może jeszcze zaistnieją na serio na rynku muzycznym, jednak stawka była tym razem „nieco” wyższa. Grupa grała w towarzystwie Marka Gardenera, jednego z ojców założycieli legendarnego alternatywno-rockowo-shoegaze’owego zespołu – Ride. Mogłoby się wydawać, że całą chwałę występu gwizdnie właśnie on, jednak, co zaskakujące, całość była zwarta, równa i na poziomie. Każdy z członków tej świeżej ekipy miał swój moment, proporcje były dobrane odpowiednio, bywało głośniej (na Rajdową modłę), spokojniej, acz zawsze melodyjnie i bardzo chwytliwie – tak niewielka ilość osób zrobiła prawdziwe show, które na pewno pozostanie w pamięci uczestników na długo. Swoją drogą, miejmy nadzieję, że obietnica Gardenera o występie w Katowicach razem z Ride okaże się prawdą.

The KVB

Miałem ogromne oczekiwania związane z występem Klausa Von Barrela i Kat Day. Bałem się, że będzie brakowało im energii, która jest nieodłącznym zjawiskiem ich nagrań. Kiedy jednak wkroczyli na scenę i po prostu zaczęli grać, wiedziałem, że nie odejdę spod sceny zawiedziony. Koncert może i nie był najbardziej żywiołowy jak to tylko możliwe (a wiadomym jest, że jak chcą, to potrafią), jednak był bardzo hipnotyczny, zgrany, profesjonalny – widać było mentalną więź między Klausem i Kat, widać było, że w swej kategorii są specjalistami. Można powiedzieć, że zjawisko Pure Phase Ensemble, w przypadku The KVB zostało zwielokrotnione do potęgi – jakby nie było, mieliśmy do czynienia z zaledwie dwiema osobami. Jeśli tak ma wyglądać nowoczesny szugejz na koncertach, to życzę sobie ich więcej. Po koncercie można było śmiało podejść zarówno do Barrela, jak i Day, którzy jeszcze długo kręcili się pod sceną i rozmawiali z uczestnikami.

 

Jeśli miałbym podsumować całość, to były to zdecydowanie intensywne dwa dni solidnych występów. Obecnie nie potrafię z pamięci przywołać ani jednego momentu festiwalu, który znużyłby mnie do szpiku kości – tematycznie występy były poprzeplatane tak, by zawsze czaiło się na uczestników jakieś zaskoczenie. Jeśli zaś chodzi o sprawy organizacyjno-techniczne – również stały na najwyższym poziomie. Nagłośnienie i akustyka klubu współgrały idealnie i nie mam im niczego do zarzucenia. Frekwencja była odpowiednia, jednak wciąż zadziwia mnie dość nikła popularność tego festiwalu, co – miejmy nadzieję – z czasem się zmieni, a po tegorocznej edycji widać, że przed Space Festem światła przyszłość.