komentarzy

Soundrive Fest 2015 – relacja (3-5.09.2015; B90)

30daysoffline
Na dobry początek, dawką energetyzującego indie rocka zaraziła nas formacja ze Świecia. Było nieco zadziornie, zaraźliwie pozytywnie i melodyjnie na miarę starych Foalsów.

Bad Breeding
To jeden z tych koncertów, na które idziesz, żeby zająć czymś czas na festiwalu – a przynajmniej tak było w moim wypadku. Nie miałem zielonego pojęcia o tym, czego mógłbym się po nich spodziewać, choć wieść w informatorze, jakoby był to jeden z najlepszych obecnie punkowych bandów z wysp była dość obiecująca. Wiele minut potem zastanawiałem się, dlaczego Bad Breeding zagrało tak, jak Iceage mogło na tegorocznym Offie, a tego nie zrobiło. No po prostu – mnóstwo punkowej energii, wrzasków, tarzania się po scenie i energicznych riffów. Występ przypieczętowało zejście wokalisty do publiczności, napicie się z czyjegoś kubka, naplucie na podłogę i ewakuacja za kulisy.

Małe Miasta
Organizatorzy Soundrive’a dużo ryzykowali zapraszając zapraszając Małe Miasta. Ten bezkompromisowy duet musiał być nielada zaskoczeniem dla festiwalowej publiki, bowiem usłyszeliśmy serię ciężkostrawnych, twardo ociosanych bitów, które pobudziły nawet największego sztywniaka w B90.

East India Youth
Obserwując każdy ruch Williama Doyle’a, kryjącego się pod pseudonimem East India Youth, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że patrzę na samowystarczalnego Jamesa Blake’a. Bajerując zarazem sampler, gitarę, jak i keyboard, tworzy nawiązującą do lat osiemdziesiątych kombinację dream popu, która była prawdziwym czarnym koniem wieczoru.

Drenge
Obawiałem się występu Drenge na żywo – na ich ostatniej płycie w mediach praktycznie nie pozostawiono suchej nitki, choć mi, jako jednemu z wyjątków bardzo się podobała. Bo trzeba przyznać, że ciężko tak zagrać senną i niemalże leniwą odmianę niezależnego rocka, by porwać do niego tłumy – a tym chłopakom we flanelowych koszulach jak najbardziej się udało. Ba, wszystkie utwory z Undertow brzmiały kilkakrotnie lepiej od ich studyjnych odpowiedników. Profesjonalna doza przesteru, chwytliwe riffy, przeszywający bas i bębny zbudowały eteryczną całość, która parę razy zaleciała mi praprawnukiem czegoś okołostonerowego. Czego chcieć więcej.

Glass Animals
Główna gwiazda pierwszego dnia festiwalu zaserwowała nam energetyzującą kombinację swoich największych przebojów. Było skocznie, uroczo, ale przede wszystkim szaleńczo za sprawą niesamowitego luzu wokalisty – Dave’a Bayleya.

Thomston
Thomston wkroczyli na główną scenę z mocnym uderzeniem. Ta terapia szokowa doskonale zadziałała na publikę, która od razu kupiła ich eklektyczny styl i taneczny klimat.

Coals
Najbardziej intymny, aż zawstydzający występ tegorocznego Soundrive’a. Ten akustyczny, wyśpiewany szeptem koncert zaczarował publiczność swoim spokojem i melancholijnym wymiarem.

All We Are
Występ All We Are przywiódł mi na myśl świetny gig Still Corners, które to słyszałam w tym samym miejscu ,dwa lata temu. Przepełnieni charyzmą rozruszali festiwalową publikę utworami ze swojego najnowszego albumu i zaskoczyli świetnym coverem Caribou.

Hundred Waters
Magnetyzujący koncert grupy z Florydy był mozaiką ciężkich bitów przeplatanych delikatnymi dźwiękami cymbałków. Bardzo duszny, wręcz ciężkostrawny występ, który pozostaje na długo w pamięci i przywraca wiarę w świetnych wokalistów. (wokalistkę!)

Temples
Nie sądziłem, że zawartość tej magicznej psychodelicznej energii będzie odczuwalna również podczas koncertu – a jednak, zdziwiłem się, a w dodatku bardzo pozytywnie. Chłopaki ze Świątyń zagrali głośno, dźwięcznie, melodyjnie i do bólu energetycznie. Publiczność oszalała na widok Jamesa Bagshawa i reszty ekipy, a efekt podkreśliły wszystkie cuda pokroju slide’owej solówki przy użyciu szyjki od butelki czy dość rzadko granego b-side’u. Jak dla mnie – koncert festiwalu.

Dog Whistle
Ostatni dzień na małej scenie rozpoczęły dziewczyny z Dog Whistle, czyli coś w stylu world music na dwa instrumenty. Muszę przyznać, że z definicji nie leży to aż tak w kręgu moich zainteresowań (chyba, że jest to debiut Dead Can Dance), ale naturalność, pozytywne nastawienia i ciekawe anegdoty dotyczące granego w danym momencie utworu uprzyjemniły mi początek tamtego owocnego sobotniego wieczoru. Jak widać, sceniczny minimalizm również może przynieść zadowalające efekty.

Gengahr
Sobotnie występy na dużej scenie otworzyła prawdziwie tęczowa feta w rytmach psych-popu jakie można kojarzyć chociażby z najnowszymi podrygami Tame Impala. Rzadko zdarza się, by już od pierwszym koncertów publiczność w jednym rytmie dynamicznie poruszała się do dźwięków wydobywających się ze sceny, ale koncert Gengahr najwyraźniej stanowił odstępstwo od reguły. Cudownie schizoidalne gitary, zabójcza dawka efektów i miękki wokal dały idealną mieszanką już od samego początku pobudzając publikę Soundrive’a do zabawy.

Min-T
Jedna z nielicznych, mocno klubowych pozycji na tegorocznej edycji festiwalu. Silnie współgrające efekty świetlne wkomponowały się w psychodeliczny, a zarazem housowy klimat całego występu, który był niejako rozgrzewką do pozostałych występów trzeciego dnia festu.

The Wytches
Jeden z tych koncertów, na które czekałem z większym zniecierpliwieniem, a im bliżej było do właściwego występu, tym bardziej narastała moja konsternacja – czy The Wytches uda się przebić przez barierę, która nie pozwalała mi w pełni nacieszyć się ich tegoroczą płytą? Mam na myśli dość specyficzny układ utworów, o którym wspomniałem również w mojej recenzji, co ostatecznie sprawiło, że w mojej opinii płyta wydawała się dość powtarzalną i nigdzie nie mogłem dostrzec „tego czegoś”, które najwidoczniej widział każdy poza mną. Szczęśliwie, to czterdziestominutowe show (trafniej byłoby powiedzieć „rozwałka”) całkowicie odcięło się od najbardziej godzącego we mnie mankamentu płyty – trio z Brighton zbudowało całkowicie hałaśliwy i energetyczny set, na którym nie było miejsca na powolne i bardziej ślamazarne utwory, do których tak ciężko było mi się przekonać. Długo jeszcze będę wspominał ten koncert. W zasadzie nawet nie mam wyboru, bo poza szumem i echem tremolo niewiele obecnie słyszę.

Vaults
Występ Vaults w powalający sposób zwieńczył tegoroczną edycję Soundrive Fest. Od artystów biła wrażliwość, zaangażowanie i chęć komunikacji z publiką, która odpowiedziała tym samym.

Pola Rise
Deficyt silnych, kobiecych akcentów zapełnił koncert Poli Rise. I choć porównanie do Björk na pewno nie jest przypadkowe, to całość wypadła bardzo przekonująco i lirycznie.

Peace
Dla wielu wydarzenie festiwalu, dla mnie raczej ciekawostka do odhaczenia na liście „do zobaczenia” – tak właśnie myślałem zanim kwartet z Worcester pod przewodnictwem Harry’ego Koissera nie wkroczył dumnie na scenę. Zawsze miałem problem, żeby zrozumieć muzykę, którą gra Peace (poza pewnymi wyjątkami w postaci pojedynczych utworów), nie potrafiłem się przy niej bawić i wmawiać sobie, że napawa mnie energią, której tak naprawdę nie ma. Byłem ciekaw jak Anglicy poradzą sobie z repertuarem na żywo, jak sprawdzi się nagłośnienie i czy gitara nie zaginie w całym tym dance-amoku, ale prędko musiałem skonfrontować swoje przewidywania z rzeczywistością – to rzeczywiście było pogodne, pełne energii i aż zmuszające się do kiwania w rytm funkowych motywików i elektronicznego szaleństwa! Chwilę potem zrozumiałem, że całe tłumy gromadzące się pod barierkami na długo przed koncertem znajdowały się tam nie bez przyczyny. Rzadko widuję tak jednomyślną i zsynchronizowaną w ruchach grupę melomanów.

(Klaudia Becker/Michał Bielawski)