grafika SD FEST_4-6.09.2014
komentarzy

Soundrive Fest 2014 – relacja

Kolejna edycja Soundrive Fest już za nami, a zatem czas na garść podsumowań. Pierwszy dzień festiwalu upłynął pod znakiem silnych, polskich akcentów. Amatorzy polskiej muzyki przeżywali prawdziwe święto, bowiem wśród tej rodzimej reprezentacji znalazły się takie perełki jak grupa Cisza Nocna, Trupa Trupa, czy Daniel Spaleniak. Przechodząc do konkretów:

Cisza Nocna

Ta młoda grupa jest dowodem na to, że autentyczność i determinacja jest w stanie zagwarantować sukces. Widząc ich występ na festiwalu Metropolia jest Okey czułam, że jestem świadkiem narodzin wyjątkowego zjawiska, które nieraz nas zaskoczy. Nie myliłam się, od tamtego czasu chłopaki dokonali wielki progres, nie zapominając o swojej wrażliwości. Ten zimny post punk był prawdziwym manifestem młodości i buntu.

Daniel Spaleniak

Kolesia widziałem już na Open’erze i utrzymuję swoje zdanie o nim. W swojej skromności jest niebywale profesjonalnym muzykiem. Jest bardzo młody, ale nietrudno dostrzec, że wielkimi krokami zbliża się do statusu wirtuoza gitary. I choć długa droga przed nim, to już teraz z łatwością nawiązuje kontakt z publicznością, a swą folkową alternatywą wprowadza w przyjemny trans.

Ziggy Wild

Występ tego zespołu był dla mnie niemałym zaskoczeniem. Już nawet nie chodzi o scenę, na której grali, ale o ich styl i muzykę. Przez cały występ nie mogłem pozbyć się takiej natarczywej myśli, że „już to wszystko gdzieś słyszałem”. Swoiste muzyczne deja vu. Po paru kolejnych kawałkach uderzyło we mnie z siłą rozpędzonego pociągu, że ta ekipa to estońskie Guns n’ Roses (momentami aż za bardzo, parę riffów było jakby żywcem wyjętych spod rąk Slasha, a ostatni brzmiał jak z lekka przerobione „Welcome to the Jungle”).

Ich styl mógł wydawać się komiczny, ale duży plus za rozruszanie publiki (niestety, dość przerzedzonej przez cały dzień), ekstatycznie tańczącą (trzęsącą się bez ładu i składu?) wokalistkę o brudnym wokalu, i za dzikie solówki dość niepozornego gitarzysty. A pochwalenie polskiej wódki zaplusowało chyba u każdego widza.

Gang of Peafowl

Ci Francuzi wprowadzili niemało czilu w nastrój dnia pierwszzego. Przyjemne indie-popowe kompozycje, przemyślane użyce tamburynu i charyzmatyczna wokalistka na pewno spodobały się każdemu fanowi spokojniejszej, ale w paradoksalny sposób energetycznej, harmonicznej muzyki.

Trupa Trupa

Koncerty tej niezwykłej grupy budzą we mnie swoisty niepokój. Te prawdziwe spektakle dopełnione przejmującymi tekstami Grzegorza Kwiatkowskiego są w istocie burzą emocji wypowiedzianą po cichu. Grupa zaprezentowała materiał z trzeciej, najnowszej płyty, której premiera zaplanowana jest na 2015 rok. Jeśli album Trupa Trupa będzie równie dobry, jak ich koncert na Soundrive Fest, to Trójmiejska scena muzyczna będzie miała kolejną perełkę w swojej kolekcji.

Szezlong

Słyszałem wiele głosów mówiących o tym, że występ tej grupy był bardziej żartem niż poważnym koncertem. Cieżko się z tym nie zgodzić, choć pod tą komiczną otoczką kryło się naprawdę pomysłowe i ciekawe lo-fi. Co prawda, porównanie do Sonic Youth jest ogromną przesadą ze strony autorów programu festiwalu, ale subtelne inspiracje i tak dało się wyczuć. Cała widownia zamarła w momencie, gdy wokalista zaczął trąbić trąbką urodzinową i rzucać brokatem w ludzi. Ciekawe dlaczego…

Wild Books

Wcześniej miałem okazję zobaczyć ich na tegorocznym Offie, ale w wyniku dość dziwnych okoliczności zrobiłem to dopiero teraz. I w sumie bardzo dobrze, że tak się stało, ponieważ ich garażowa akustyka idealnie wpasowała się pomiędzy ściany byłej stoczni. Co najważniejsze, ich muzyka nie brzmiała polsko. To dziwne określenie, ale każdy fan muzyki musi przyznać, że dość łatwo wyczuć w muzyce jej pochodzenie. Ta brzmiała bardzo „amerykańsko”, w sumie to nawet światowo. Ci dwaj goście zrobili show, którego mogłaby pozazdrościć niejedna większa ekipa. Bardzo w stylu sprzed dwóch dekad.

Dzień 2.

Drugiego dnia festiwalu polska muzyka alternatywna musiała ustąpić zagranicznym powiewom, gdyż Duża Scena oraz Mała Scena gościła m.in. artystów z Finlandii (Jaakko Eine Kalevi), Wielkiej Brytanii (Yuck) oraz Stanów Zjednoczonych (Unknown Mortal Orchestra)

Yuck

Dzień drugi otworzyło wyborne Yuck. Świetne usytuowanie ich w programie, ponieważ dzień nie rozkręcał się stopniowo, a z grubej rury dostaliśmy zespół tej skali, dzięki czemu poziom był znacznie równiejszy niż dnia poprzedniego. Wracając do występu, dużo psychodelii, magia budowana rożnorodnością efektów gitarowych, w końcu nie denerwujące mnie wah-wah zrobiły swoje. Na nagraniach może i tego nie słychać, ale na żywo trzeba im przypiąć etykietkę czegoś, co po amatorsku nazwałbym „soft noisem”. Poza tym trochę z shoegaze, sporo przesterów, ogromne wpływy lo-fi. Wokalista potrafił wyluzować nieco atmosferę zabawnymi komentarzami („Are you waiting for Eagulls?”). I po raz kolejny przesadzone porównanie do MBV. Jeśli już miałbym do czegoś to porównać, to już bardziej do The Jesus And Mary Chain. Ale to i tak dość naciągane. Na koncercie mogliśmy usłyszeć takie hity grupy jak „The Wall”, czy „Operation”.

Jakko Eine Kalevi

Na tego gościa w ogóle nie miałem zamiaru iść, bo w sumie jakoś nawet się nie zainteresowałem. Poszedłem tam, ot tak, w przerwie. I w sumie byłem zszokowany, bo to był naprawdę wyjątkowy i ciekawy występ! Jego muzyka określana jest jako oldschoolowy pop z funkowymi naleciałościami, i wierzcie lub nie, ale to rzeczywiście tak brzmiało! Długowłosy fin w rozpiętej do połowy koszuli (tak po oldschoolowemu) na syntezatorach wręcz wymiatał. Jego muzyka przywodziła mi na myśl wszystkie te sceny za starych filmów, na których pojawiały się dyskoteki. Wszystko to poniekąd zabrzmiało jak raczkujący synth-pop, ale raczkujący w tym pozytywnym znaczeniu. Calości dopełnił zabójczo niski, urzekający głos wokalisty. Zdecydowanie warto się zainteresować.

Eagulls

Kolejnym zespołem na dużej scenie było Eagulls, czyli występ, na który wiele osób czekało najbardziej. Tutaj nastąpiła znacząca zmiana klimatu, bo zniknęły te wszystkie kolory, ta cała jaskrawość i wszystko stało się jakby czarno-białe. Pod barierki wstąpił cały post-punkowy fandom i rozpoczął się w mojej opinii, jeden z koncertów, które będą dla mnie symbolem tej edycji festiwalu. Mimo pewnej powtarzalności ekipa z Wysp zrobiła rozróbę jakich mało. Owszem, nie było pogo, ale publiczność bez wątpienia została porwana przez ich muzykę. Wokalista ani na krok nie odstawał od studyjnych wersji utworów, gitarzyści i basista wylewali z siebie siódme poty niszcząc bębenki słuchaczy, i to nie tylko tych w pierwszych rzędach. Perkusja była post-punkowa do bólu przywodząc na myśl takie legendy jak na przykład Killing Joke. Poza tym, usilna prośba o bis mówi sama za siebie – szczęśliwie ten bis otrzymaliśmy. Eagulls uradowali uszy słuchaczy takimi utworami jak „Nerve Endings”, „Yellow Eyes”, czy „Amber Veins”.

Baths

Ten amerykański projekt przygotował doskonałe elektroniczne wystąpienie. Występ Baths był glitch-hopową wirtuozerią, która zaspokoiła głód tych, którzy preferują bardziej eklektyczne klimaty. Will Wiesenfeld, kryjący się pod nazwą Baths, w piorunujący sposób dał wyraz swojej twórczości za sprawą silnie ekspresywnych ruchów i wyostrzonych wokali. Ten ulubieniec Pitchforka rozbujał całą salę B90 serwując słuchaczom dawkę doskonałego noisu z ciężkimi, surowymi bitami.

Slaves

Slaves, czyli następne miłe zaskoczenie. W przerwie między Baths, a Unknown Mortal Orchestra wstąpiłem chwilę pod małą scenę, żeby jeszcze trochę umilić sobie czas i okazało się, że umiliłem go sobie nadzwyczajnie. Slaves to punkowy duet z Anglii, który zaskoczył mnie różnorodnością, profesjonalizmem, dopracowaniem i tekstami kawałków. Pomimo dość późnej godziny i ogólnego wyczerpania większości uczestników festiwalu, udało im się nakłonić słuchaczy do dzikiego tańca. Specyficzne połączenie wokalisty i perkusisty, gitara momentami przypominająca tę Jackowo White’ową na pewno jeszcze przez jakiś czas zostaną w mojej pamięci.

Unknown Mortal Orchestra

Ten występ, to dla mnie występ festiwalu, absolutnie i bezsprzecznie – obok Austry był to też występ, na który najbardziej czekałem. Tutaj psychodeliczność sięgnęła zenitu. Ze sceny w stronę widowni uderzyła swoista fala pozytywnej energii. Wszystkie utwory na żywo brzmiały po stokroć bardziej energetycznie, przekonująco, czarująco. Ku smutkowi reszty ekipy, całą chwałę według mnie zgarnął Ruban Nielson, który wyczyniał na scenie takie cuda z gitarą, że aż się jakby goręcej zrobiło. Te solówki, choć pojawiające się oczywiście na płytach, tutaj były jeszcze bardziej kunsztowne, profesjonalne, energetyczne. Koleś dla mnie ukazał prawdziwy kunszt, którego wielu gitarzystom obecnie brakuje. Po koncercie do głowy przyszło mi jedno tylko skojarzenie – Mac DeMarco. Ich muzyka może i się mija, nawet bardzo, ale pod względem dopracowania i pomysłowości – niemal identyczni. UMO zagrali m.in. „From The Sun”, „So Good at Being in Trouble”, „The Opposite of Afternoon”.

Dzień 3

Trzeci dzień festiwalu miał najbardziej zróżnicowany line up, bowiem gdańskie B90 nawiedzili artyści zarówno z Kanady, jak i Islandii. To właśnie ostatniego dnia widzowie mieli szansę ujrzeć (choć w niemałym opóźnieniu) największą gwiazdę festiwalu – zespół Austra.

Highasakite

Otwarcie dnia ostatniego na dużej scenie. Cóż można powiedzieć o tym występie? Tak jak Yuck poprzedniego dnia, Highasakite wpasował się doskonale i świetnie przygotował publiczność do dalszej zabawy. Norwegowie pod przewodnictwem czarującej Ingrid Havik zrobili furorę obłędnym wokalem (moim zdaniem mocnym niczym głos Florence), ogólną dreampopowością podobną Beach House’owi, a także takimi smaczkami jak użycie smyczka na gitarze (niczym Jimmy Page) oraz dość zaskakującemu i pozornemu wystąpieniu trąbki.

Planet of Zeus

Występ tego zespołu to dowód na to, że każdy znajdzie na tym festiwalu coś dla siebie. Grecy dość zaskakująco zaczęli show w iście black metalowym stylu, by potem przejść do bardziej „imprezowego” i pospolitego metalu. Można się było nabijać z typowości zespołu, ale wystarczyło spojrzeć na rozmiary publiki, by zrozumieć, że mają w sobie „to coś”. Na plus można zaliczyć przeplatanie growlu z normalnym wokalem (nazwijmy to różnorodnością); plusem uznałbym również ogromną progresywność ich muzyki, momentami riffy brzmiały jak wyciągnięte, któregoś z albumu Tool, by zaraz przerodzić się w bluesowy, ale metalowo przesterowany. Greckość zespołu nie przeszkodziła mu w pokazaniu światowego brzmienia. Zagrali takie utwory jak „Vigilante”, czy „A Girl Named Greed”.

King Khan & The Shrines

Kompletnie nie wiedziałem czego spodziewać się po tym występie. Krótki opis w informatorze powiedział mi jedynie, że usłyszę sporo soulu z psychodelą, i że zobaczę show jakich mało. Ta mini orkiestra (bo serio, było ich sporo na scenie) zaskoczyła wszystkich, jestem o tym przekonany. Na nagraniach to wszysto może brzmieć bardziej profesjonalnie, być wyczyszczone z szumu, zbędnego pogłosu, podczas gdy na występie na żywo otrzymujemy ogromną dawkę energii emanującą nie tylko z charyzmatycznego wokalisty (a to chyba on najbardziej tu przykuwał uwagę), ale też z całego zespołu. Od momentu wstąpienia Kanadyjczyków na scenę czułem się jak na jakimś amerykańskim show z lat 50′. King Khan przewodniczył całemu zespołowi w tej chorej, kolorowej do bólu psychozie ubiegłych dekad. Ze swoim głębokim wokalem przywodził na myśl na przykład Jamesa Browna w szczytowej formie. Właściwie, żadnego muzyka ze sceny bym nie zdjął, saksofony, syntezator, brodaty perkusista i gitarzyści byli na swoim miejscu i odegrali bezbłędnie swoją partię. Niektórzy twierdzą, że King Khan & The Shrines nadają się bardziej na festyn niż na festiwal, niemniej jednak – fajne urozmaicenie. A przebrania Króla Khana – wyborne.

Islet

Istne szaleństwo w wykonaniu kwartetu z Walii. Ta eksperymentalna grupa w dość niekonwencjonalny sposób zaczarowała gdańską publiczność. Wkraczając na scenę od strony publiki i serwując anegdotki o ich nauce języka polskiego i pochodzeniu kupili zebrane po sceną audytorium. Podczas występu grupy Islet widać było dzikość oraz prawdziwy egalitaryzm, gdyż wszyscy członkowie grupy w niesamowicie zaangażowany sposób wyrażali swoje emocje.

Austra

Koncert zamykający tegoroczną edycję festiwalu, a zarazem ten, który miał dla wielu największe znaczenie. Pominę niemal godzinne opóźnienie w stosunku do pierwotnej godziny, w której miał grać zespół – było naprawdę wyśmienicie. Katie Stelmanis wdzięczyła się do fotografów czy to grając partie na syntezatorze, czy to stojąc przy mikrofonie i wylewając z siebie pełne emocji frazy. Ku wdzięczności fanów zespół zagrał również wiele utworów z pierwszej płyty, która na pewno darzona jest sporym sentymentem. Bas i drugi syntezator również dawały radę, nawet bardzo, jednak za gwiazdę tego występu uznaję siedzącą nieco w tle Mayę Postepski. Znana również z Trust i solowego projektu Princess Century, swoimi bitami po prostu hipnotyzowała. Jej gra była rytmiczna, perkusja była idealnie słyszalna, a jej wokal również nie ginął w czeluściach pozostałych dźwięków. Fani byli pod wrażeniem, większą tylko nagrodą dla nich za długie opóźnienie był podwójny bis.

 

(Michał Bielawski/Klaudia Becker)