22
komentarzy

Sopor Aeternus & The Ensemble of Shadows, dzieła wybrane (I)

Cykl ten nie jest standardowym felietonem, z jakim przyszło się wam spotkać dotychczas, a który wyszedł z moich rąk. To raczej wizyta na herbacie, podczas rozkładania na czynniki pierwsze tego, co w twórczości  Sopor Aeternus & The Ensemble of Shadows jest nie tyle najatrakcyjniejsze, co bardzo ciekawe, srogo błyszczące i wyjątkowo mocno wykręcające głowy o stoosiemdziesiąt stopni. Najpierw przeskok do roku 2004. Chronologia jak najbardziej zachowana nie zostanie gdyż biograficzne noty wypełnia niemalże każda strona wspominająca zaledwie fenomen SA. Ja zajmę się tym, co najbardziej (subiektywnie) żre.

(I absolutnie nie jest to łapanie cerbera za nos. Nie zamierzam w tych tekstach poruszać seksualności człowieka stojącego za tym projektem. O tym powiedziano już wszystko, a karmienie trolli nie przystoi komuś, kto traktuje jak nabardziej na serio tą nietuzinkową postać – o ile ona w ogóle kiedykolwiek istniała.

No właśnie.

Kwiaty w formaldehydzie, oficjalnym wydawnictwem może i jest, ale na pewno nie longplayem. Trwająca trzydzieści minut EP, która w oryginale była nie tyle bonusem, co dopowiedzeniem treści do arcydzieła obywatel(ki)a Cantodea z 2004r. – La Chambre d’Echo – Where the dead Birds Sing.

Zacznę od tego, jak kwiaty wyglądają. Mamy doczynienia z EP’ką, więc nikogo nie powinna zdziwić książeczka uboga bądź jej brak. Ciężko będzie wam sobie wyobrazić moje zaskoczenie, gdy po otworzeniu pudełka jewel case odnajduję przedmiot wypełniony po brzegi czymś nie tyle pięknym co szlachetnym i bardzo subtelnym.

Książeczka to prawdziwe dzieło sztuki, nawiązujące do komnaty. Mnóstwo wspaniałych ujęć Varneya w Muzeum Patologii i Anatomii w austriackim Wiedniu. Rewelacyjnie dobrany font, na czytelnych tłach. Doskonała zabawa kolorystyką, ograniczona jednak do sepiowych i pastelowych odcieni. La Chambre d’Echo było studium szaleństwa za murami szpitala psychiatrycznego, taka też była wkładka. Kwiaty w formaldehydzie to jakby retrospekcja tamtych wydarzeń z punktu widzenia kogoś, kto miejsce odnalazł po latach – kompletnie opuszczone. Majstersztyk w kwestii budowania historii, kompozycji i aranżacji.

Co z muzyką? Ano, Varney przyzwyczaił, że od pewnego momentu (od drugiego longplaya) prawie każdej płycie towarzyszy dodatkowy dysk wydany trochę później z odrzutami, remiksami i instrumentalnymi wersjami poprzedniczki. Tutaj sprawa jest odrobinę inna.

Rozpoczyna się płyta iście bajkowo – jak gdyby relacją z nieba. Pojedyncze uderzenia w kotły, wiolonczela, delikatny głos Anny w języku ojczystym… i tak płynie sobie przez sekundk kilka to krótkie wprowadzenie rodem z krainy elfów z naręczem instrumentów takich jak: klarnet, flet, subtelnie skrytą tubą, po którym to następuje nieoczekiwanie przejście perkusyjne tworzące z instrumentarium wspaniałą, wręcz popową melodię. Po tym zabiegu historia jakby powoli zmierzała ku oczywistemu zwrotowi ku piekła – pojawiają się dźwięki coraz niższe, wokal – do tej pory należący do tej żeńskiej strony Anny, zostaje wypierany przez Varneya w dość histeryczny sposób.

In an Hour Darkly było pokrętną introdukcją do bram piekła, za którymi to czai się – na przekór – nie tyle sam szatan, co raczej jego upośledzone i brzydkie dzieci, z którymi Anna-Varney zdaje się wyśmienicie bawić. Momentami nawet prezentując coś absolutnie ekspresyjnego. Mieszankę wybuchową rzeczy wzniosłych, patetycznych z bardzo pastiszowymi  i baśniowymi zarazem. Konkretny przykład znajduje się pod numerem dwa na trackliście. The Conqueror Worm to ilustracja do wiersza Edgara Allana Poe – Czerw Zwycięzca.

Zamiłowanie Anny do sięgania po dzieła pisarza, objawia się na wielu płytach. Ba, zeszły rok pokazał, że Sopor Aeternus może wydać płytę, która w całości będzie mu poświęcona, aranżując znane z wcześniejszych płyt utwory ponownie i tworząc z nich dzieło absolutnie majestatyczne, godnie reprezentujące przedostatnią płytę SA.

Przedstawienia opowiadań czy też wierszy w twórczości Sopor Aeternus to sprawa nie byle jaka. Nawet jeśli już przyjdzie zderzyć się z czytelnym przedstawieniem tematu – nie warto liczyć na to zawsze. Conqueror Worm jest utworem jednym z nielicznych, który swoją nośnością zaraża następny w kolejce – Minnesang – będący niejako jego kontynuacją  za sprawą licznych podobieństw na polu instrumentów oraz samej linii melodycznej. Aura każdej z wymienionych kompozycji podszyta jest poszewką złożoną z bajkowych disneyowskich tapet przerobionych jednakowoż na horror modłę.

Niejako wyszczekany tekst puszcza oko pasjonatów postaci odrzuconych, zdegenerowanych, niejako z marginesu sp-ołecznego. Ot – mamy tu do czynienia z nie byle jaką opowieścią o człowieku absolutnie smutnym i opuszczonym przez stereotypowo postrzegane szczęście i miłość- standardy Sopor powielane w ilościach hurtowych, zaiste.

Nie męcząc jednak wydumanymi epitetami o jakże niekonwencjonalnej twórczości SA, poleciłbym wdrożyć się w instrumentalną wersję Hearse-Shaped… , wspaniale pokazującą jak złożone potrafią być kompozycje wychodzące spod długich palców Anny Varney. Nie jest to sztuka pisana dla każdego – tak jak i nie dla każdemu przyjdzie obcować ze sztuką pisaną z dużej litery.

Od słowa do słowa a EP mija nieubłaganie, pozostawiając nas w dziwnej aurze po przerażająco-wywrotowym ekstrakcie z The Voice of the Dead, a wprawiając w osłupienie przy prze-genialnym połączeniu dyskotekowej nośności, z ciężarem gatunkowym SA, absolutną nośnością, wyśmienitą melodyką i tekstem w połowie będącym odświeżeniem staruteńkiej Do You Know My Name? Z kultowej już dziś Ich Tote Mich Jedesmal…

Tu nie rozchodzi się o nagranie ponowne kompozycji będącej bardzo wyrazistym utworem na debiucie. Tutaj jest mowa o absolutnym zerwaniu dotychczasowej szaty z omszałego głazu i wyszlifowaniu go niczym najdroższego diamentu. Co z tego wyszło, chyba dopowiadać nie trzeba.

Pomimo, że będąca zaledwie echem matki-giganta pod postacią La Chambre d’Echo Kwiaty w formaldehydzie w mojej skromnej opinii zasługują na stołeczek tuż pod stopami swojej rodzicielki. Rewelacyjny materiał, wyrzucony zza pazuchy jakby od niechcenia, a przynoszący wiele, i mogący przy tym być ciekawym początkiem fascynującej przygody z Sopor Aeternus & the Ensemble of Shadows, do czego oczywiście zachęcam, choćby z racji tego, że Anna-Varney Cantodea zakończyła w ty roku oficjalnie działalność projektu.