a3585345391_10
komentarzy

Snowid – Legendy (Self released; 2015)

Wiedziałem, że będę obcował z awangardą, ale nie sądziłem, że ona mnie złapie zębami, przeżuje, połknie, przetrawi i zwróci. Inną stroną.
Jestem właściwie na takim etapie obycia z twórczością Snowida, że poza zachęceniem was do kupna albumu bądź
też odsłuchu – żadne słowa nie będą adekwatne do tego, co przeżywasz podczas słuchania Legend Snowida.

Powinienem tutaj skończyć, ale nie da się tak prosto wyłączyć tego krążka, a tym bardziej wyrzucić do z pamięci. Bynajmniej nie dlatego, że jest słaby. Tę płytę tworzą kosmici, i mam na to dowody.

Będąc jednak tradycjonalistą – zacznę od początku, od tego co najważniejsze – Snowid to duet w postaci samego Snowida oraz DJ Grzyba (machającego swą bujną czupryną na zacnych koncertach – polecam spenetrować YouTube albo po prostu się udać na takowy występ, wrażenia niezapomniane).

Ten, który widzi sny to absolut rozwałka osobowościowa. Wyrwany z lasu i rzucony w cziptjunowe odmęty pogańskiego disco jako spójny organizm – nie brzmi jak coś, co kiedyś już słyszałeś. Prędzej jak mieszanka pozornie niepasujących do siebie elementów. Z racji tego, że jest ona zszyta łatką, z napisem ARTYSTA nabazgranym patykiem maczanym w błocie – nigdy nie doszukasz się minusów tego wydawnictwa.

Na albumie wyróżnia się przede wszystkim Marsjański Młot, który odchodzi trochę od brzmienia rodem z Z archiwum X, którym album jest wypełniony, wprowadza nam grzmocące przaśną melodyją disco/techno/cokolwiek, podobnie zresztą jak Krzyk Maga.

Czarna Tęcza czy też Tam Cię Robal Zje to dość podobne patenty brzmieniowo-wrażeniowe. Coś jakby siostrzane utwory zjadające się nawzajem, jak te kosmity czy inne astralne śmieci.

Alternatywnie brzmi także Opowieść, która przypomina brzmieniem kołysanki meksykanów z Hocico, a refren już całkowicie potwierdza to wrażenie. Utwór brzmi tyle interesująco co złowieszczo. W kwestii budowania atmosfery – ukłon dla panów, ale nie za niski, co by nie dostać młotem albo skinającym (?!?!?) palcem.

Tutaj właśnie wchodzimy w Zabójcę Kolosów i Wyprawę po magiczny miecz.  Pierwszy to sroga (wybaczcie mój francuski) napierdalanka w rodzaju co szybszych utworów Crystal Castles, jego brat (albo rozwinięcie tematu, wszak traktują o podobnych p r o b l e m a c h) jest nieco bardziej stonowany, ale w podobnym duchu.

Zapomniałem o jednym, że każdy utwór, nie wiadomo z czym by się nie kojarzył, zawsze przypomina CKOD z momentem wejścia wokalu. Zarzut to spory, ale idę o zakład, że Snowid usłyszał to już nie raz. Właściwie to wcale nie jest zarzut. Nieważne.

Uwaga, nadchodzi frustr. Cholerna maniera nadużywania pewnego preseta w syntezatorze (Dzień dobry agencie Moulderze) wpływa na małą różnorodność, przez co w pewnym momencie wydaje się, że słyszymy ten sam utwór podzielony na części.
– Może to celowy zabieg w Legendach, tworzący coś w rodzaju ochronnej, bezpiecznej szuflady?
Takie zdanie usłyszałem, w momencie zbiorowego odsłuchu. Mając na uwadze wyjątkowo osobliwe teksty i bardzo szerokie spektrum aranżacyjne, odpowiadam – No way!
Sprawdźcie Dziady, z gościnnie występującym duetem K i p i k a s z a – Snowid wraz z dziewczętami tworzy D z i a d o w s k i  P r o j e k t. Tworzy ona naprawdę wspaniały klimat, zarówno tekstem oraz barwą wokalną. Oczekujecie słowiańsko-rytualnej atmosfery, o której tak gęsto jest mówione a pro po projektu – odpalajcie utwór z marszu. Rewelacja!

Na (upragniony) koniec – zalecam zakup płyty, bo artystów wspierać trzeba, a krążek (swoją drogą znakomicie oprawiony w bardzo estetyczny digipack) jest wart zakupu. Fizycznego, khem.

Możesz usiłować szukać sensu w tej pozbawionej hamulców, rozpędzonej machinie. Sensu albo prawdy… ale prędzej tam cie robal zje niż wyciągniesz z niej logiczne wnioski. W swojej niszy – Snowid niekwestionowanym królem jest. Idę poskakać do Wyprawy…