Letters Form Silence
komentarzy

Letters From Silence – Relaksujący wstrząs

Rzadko kiedy prawdziwie dobra muzyka jest od razu przejrzysta. Rzadko kiedy dostrzega się momentalnie wartość czegoś, z czym dopiero co weszło się w kontakt. Z reguły z dobrą muzyką trzeba się oswoić, trochę się z nią osłuchać, obcować z nią w różnych kontekstach, a dopiero wtedy ukazuje ona swoje prawdziwe oblicze. Letters From Silence – dwie gitary, śpiew i trochę poezji – można by założyć, że nie będzie ciekawie. Nic bardziej mylnego. Każdy może się o tym przekonać. Tylko musi dać tej muzyce się oswoić, bo gdy ukazuje ona swoje prawdziwe oblicze, to jasne się staje, że zyskujemy dla siebie coś głęboko wartościowego.

Letters From Silence jest projektem dwuosobowym, stworzonym przez Wawrzyńca Dąbrowskiego i Macieja Bąka w 2009 roku. Obaj panowie zdobyli wcześniej spore doświadczenie występując w dwóch warszawskich zespołach, grających muzykę około-rockową. Dąbrowski był gitarzystą i wokalistą rockowo-reggae’owej kapeli Bramafan, a Bąk zgłębiał rejony alternatywnego rocka, jako gitarzysta grupy Monday Rebels. W swoim wspólnym projekcie artyści postawili na nastrojowość.
Dwie gitary, akustyczna i elektryczna, oraz wokal Dąbrowskiego, tworzą całość, która z jednej strony jest porywająca, bo niesie ze sobą bardzo duży ładunek emocjonalny, ale z drugiej strony działa wyciszająco i niemalże kojąco na słuchacza. Gatunkowo muzyka ta lokuje się nieopodal brzmień grunge’owych. Najbliżej jej chyba do solowych dokonań Eddiego Veddera i akustycznych produkcji tej sceny (mam na myśli np. album Jar Of Flies zespołu Alice In Chains). Klimat Letters From Silence przywodzi także na myśl specyficzne brzmienie niezależnego skandynawskiego rocka. Pomimo wspomnianych skojarzeń nie ulega jednak wątpliwości, że mamy tu do czynienia z czymś bardzo oryginalnym i, przede wszystkim, autentycznym.
Pierwsze sukcesy Letters From Silence ma już za sobą. 15 lutego 2010 roku światło dzienne ujrzała EPka zatytułowana po prostu Letters From Silence (EPkę można pobrać za darmo na profilu Myspace zespołu: http://www.myspace.com/lettersfromsilence). Utwór Sleeve znalazł się ponadto na szóstej części składanki We Are From Poland, która prezentuje polską muzykę alternatywną. Osiągnięciem wartym odnotowania jest także występ zespołu na scenie Young Talents, festiwalu Heineken Open’er. Debiut długogrający będzie niewątpliwie kolejnym sukcesem i pozwoli duetowi – bardzo mocno w to wierzę – na zmianę statusu z „młodego talentu” na „główną siłę polskiej ambitnej muzyki”. Płyta powinna ukazać się na wiosnę.
W miniony czwartek, w klubie Hydrozagadka na warszawskiej Pradze, odbył się koncert Letters From Silence. Udałem się na niego ze sporymi oczekiwaniami. Wszystkie sześć utworów zawartych na wspomnianej EPce przypadło mi bardzo do gustu, dlatego wiele sobie obiecywałem po czwartkowym wieczorze. Koncert spełnił oczekiwania nawet z nawiązką. Po pierwsze, muzyka Letters From Silence na żywo nie traci nic ze swojego uroku. Wokal Dąbrowskiego jest bez zarzutu, tak samo zresztą, jak umiejętności gitarowe Macieja Bąka. To ten drugi muzyk, sprawnie posługując się licznymi efektami gitarowymi, odpowiada za to, żeby ta ascetyczna w środki muzyka nie brzmiała ubogo, podczas gdy pierwszy z nich, prowadząc melodię gitarą akustyczną, wyśpiewuje swoje pełne uczuć, głównie nadziei lub rozczarowania, teksty.

Po drugie, i to jest ta „nawiązka”, obaj muzycy potrafią skupić na sobie uwagę i mają to coś, co sprawia, że nie wątpi się w ich autentyczność. Na koncert składało się paręnaście kawałków (wszystkie utwory z EPki, kilka nowych kompozycji i dwa covery – Stone Temple Pilots i Eddiego Veddera). Solidna dawka porządnego grania. Po występie udało mi się przeprowadzić z muzykami krótki wywiad.

Magnetoffon: Chciałbym, żebyśmy zaczęli od waszych inspiracji muzycznych.

Wawrzyniec Dąbrowski: W moim przypadku jest to rock lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, ale pewnie w trochę mniejszym stopniu niż u Maćka. Za to w większym stopniu klimat lat dziewięćdziesiątych, przede wszystkim grunge: Pearl Jam, Nirvana. Jeśli natomiast chodzi o muzykę współczesną to głównie nurty skandynawskie: Stina Nordenstam, Múm, Sigur Rós – to jest zdecydowanie coś, czego nie można znaleźć nigdzie indziej.

Jesteście projektem gitarowo-wokalnym i zastanawiałem się, jakich gitarzystów i wokalistów najbardziej podziwiacie?

Maciej Bąk: Generalnie fajny sound ma Pan Witek z Atlantydy. A tak na poważnie, jeżeli chodzi o mnie, to wszystko się zaczęło od Ritchie’go Blackmore’a, czyli gitarzysty Deep Purple i Rainbow. On jest zawsze dla mnie niesłabnącą inspiracją, jeśli chodzi o pasję grania. Oprócz tego Jimmy Page, Jack White. To są trzy najważniejsze postaci. W dalszej kolejności David Gilmour i trochę Keith Richards, ale może bardziej na zasadzie takiego „attitude” niż samego grania.

WD: Jeśli chodzi o wokalistów, to zaczęło się od tego, czego wszyscy w latach dziewięćdziesiątych słuchali, czyli Guns ‚N’ Roses. Axl Rose wokalnie mi się bardzo podobał, może trochę mniej jeśli chodzi o styl życia. Potem na pewno jest Robert Plant i to, co robił z Led Zeppelin. Plant na mnie samego bezpośrednio nie wpłynął, bo ja po prostu nie mam takiego wokalu, ale bardzo mi się podobało jak śpiewał. Później były już klimaty grunge’owe, które podobały mi się dlatego, że były surowe, naturalne, nie były do końca dopracowane, ale było w tym życie – ja sam staram się śpiewać w podobny sposób. Tutaj był na przykład Layne Staley z Alice in Chains.

Chris Cornell?

WD: Tak, bardzo lubię Cornella, ale niestety nie mam aż takiego głosu jak on. (śmiech)

Cztery oktawy.

WD: No, właśnie.

A jakie są wasze inspiracje pozamuzyczne? Słyszałem, że historia powstania waszego projektu wiąże się z pewną wyprawą.

WD: Był to jakiś moment przełomowy w moim życiu i wtedy się tak złożyło, że wyjechałem do Norwegii i ta podróż bardzo mi w tym pomogła. To jest trochę tak, że jak człowiek jest strasznie spięty, to, przynajmniej w moim przypadku tak jest, lepiej się myśli, jak jest się w ruchu. Jak byłem w autobusie czy pociągu, to jakoś to napięcie było mniejsze. Więc starałem się być cały czas w ruchu – co właściwie można odnaleźć też w tekstach. Teraz jest inaczej. Ale są pewne momenty, które sprawiają, że przychodzi ci coś do głowy. No i to, co mi przyszło, jest zawarte w tekstach i muzyce. Czyli, podsumowując – klimat drogi i także filmy związane z tym klimatem, na przykład Into the Wild.

A jak jest z waszym debiutem długogrającym, bo większość materiału na płytę macie już gotową?

MB: Płyta, jeżeli wszystko się dobrze złoży, ukaże się w drugiej połowie maja. Nie chcemy jeszcze zdradzać, kto będzie wydawcą, ale jest to bardzo zacny wydawca, dobrze znany w Polsce. Na pewno pojawi się dużo nowych numerów.

WD: Będzie to dziesięć do dwunastu kompozycji.

Pojawią się na płycie utwory z EPki Letters From Silence?

WD: Tak. Ja bardzo chcę, żeby zawarte zostalły szystkie numery z EPki, ponieważ jest w tym pewna spójność. Mamy więcej utworów, ale chcemy wybrać je tak, żeby pasowały do tego klimatu. A resztę może weźmiemy na drugą płytę. (uśmiech)

MB: Nie przewidujemy w tej chwili jakiejś rewolucji brzmieniowej. Będziemy nagrywać w dobrym studio, z bardzo dobrym producentem – to już właściwie niemalże jest pewne – i chcemy postawić na żywe brzmienie. Chcemy, żeby instrumenty zostały zarejestrowane ciepło, żeby to były okrągłe, fajne, przyjemne dla ucha brzmienia. Nie chcemy wtłaczać w nagranie zbyt wiele produkcji, stawiamy na naturalność.

WD: Zależy nam na tym, żeby płyta nie była wycyrklowana. Jeżeli coś tam brzęczy, to niech brzęczy i jest to nasz zamierzony efekt.

Trochę jak Jack White.

MB: Można powiedzieć, że takie podejście jest mi bliskie. Może nie tak ekstremalnie, że mógłbym nagrać płytę na dwa mikrofony w swoim przedpokoju, bo zależy nam także na skorzystaniu z technologicznych dobrodziejstw. Nie chcemy jednak z nimi przedobrzyć. Natomiast podejście Jacka White’a jest o tyle fajne, że chodzi o spontaniczność wykonania. My na pewno nie planujemy robić stu podejść do jednego kawałka, tylko zagrać spontanicznie, a że przy okazji będziemy dysponować mikrofonami i salą, która sprawi, że zabrzmi to jak najbardziej naturalnie –  to fajnie, bo o to nam chodzi.

Macie za sobą doświadczenie w zespołach z pełną sekcją rytmiczną, z perkusją i basem. Waszym wyborem jest obecnie granie duecie. Czy uważacie, że jest to formuła ograniczająca, czy może, paradoksalnie, dająca większe możliwości?

MB: Wydaje mi się, że to daje większe możliwości, w takim sensie, że zaczyna się zauważać rzeczy, których wcześniej się nie zauważało. Gitara elektryczna staje się nie tylko instrumentem solowym czy rytmicznym. Wszystkie niuanse związane chociażby z artykulacją – czy zagram mocniej, czy ciszej, dodam trochę pogłosu, dodam trochę echa – to wszystko staje się nagle słyszalne i w tym sensie staje się elementem aranżacji. Tutaj pogłos zmienia charakter utworu w bardzo znaczący sposób, a tego nie ma w kilkuosobowej kapeli. Więc jest to jakieś wyzwolenie, również organizacyjne. Bo skoro nie mamy tej sekcji, to odpada nam myślenie o tym. Skupiamy się na gitarach i być może udaje nam się przez to stworzyć nową jakość. Więc w pewnym sensie postrzegam to jako wyzwolenie.

W ostatnim pytaniu, chciałbym rozwiać pewną wątpliwość. Nazwa waszego projektu, Letters From Silence, może zostać przetłumaczona na język polski na dwa sposoby. Albo jako „Litery Z Ciszy”, albo jako „Listy Z Ciszy”. Które ze znaczeń mieliście na myśli? A może ta dwuznaczność jest czymś przez was pożądanym i nie chcecie rozwiewać tej wątpliwości?

MB: Ta dwuznaczność jest fajna. Podoba nam się, że można naszą nazwę interpretować na dwa sposoby. Albo jako bardziej ułożony strumień, uporządkowany przekaz, jak w liście, albo litery, które są bardziej pojedyncze, chaotyczne, i dopiero coś z nich się tworzy. Można powiedzieć, że to dobrze oddaje proces tworzenia. Czasami jest to list, bo przychodzisz z czymś gotowym, całościowym. Ale czasami są to litery, które się zbiera, ogrywa i układa w całość.

WD: Dwuznaczność jest zdecydowaniem czymś dobrym. My staramy się unikać oczywistości, jak pewnie wszyscy artyści, i łudzimy się, że nam się to udaje.

Dzięki.

Rozmawiał Marcin Krupowicz
Tekst Marcin Krupowicz