P. Tarasewicz/Alter Art
komentarzy

Relacja Open’er Festival 2014

Cztery dni święta muzyki już za nami, a zatem czas garść podsumowań. Nie ma co ukrywać, że pod względem organizacyjnym Open’er Festival nie ma sobie równych. Większość koncertów wypada planowo, przemieszczanie się po przestrzeni festiwalowej również nie należy do skomplikowanych, a zatem można spokojnie stwierdzić, że Alter Art ponownie odniósł sukces. Pogoda, ku sporym zaskoczeniu, również nie zawiodła, choć kalosze wciąż nie mają sobie równych wśród publiczności zebranej na Babich Dołach.

Przechodząc w końcu do powodu całego zamieszania, czyli muzyki, organizatorzy w tym roku postawili na cięższe brzmienia. Festiwalowi headlinerzy, często już stali bywalcy Open’era, zaoferowali gdyńskiej publiczności pełne energii, lecz przede wszystkim, profesjonalne występy.

Pierwszy dzień stał pod znakiem amerykańskich klimatów. Główna gwiazda wieczoru – The Black Keys – grała swój pierwszy w Polsce koncert, co spotkało się z gigantycznym odzewem ze strony polskiej publiczności. Na pół godziny przed występem duetu tłumnie zebrana publika napierała z całych sił na barierki. Jednak kiedy The Black Keys wkroczyło na Open’er Stage i zagrało pierwszy riffy „Dead and Gone” to dla wszystkich oczywiste było to, że ten występ będzie bardzo udany. Zespół szybko wychwycił ten przypływ energii i odwzajemnił się tym samym, wdzierając anegdotkę o tym, że polska publiczność ma dziesięć razy większą energię od publiki sprzed kilku dni na Glastonbury. Tuż po szaleńczym występie The Black Keys pomknęłam na koncert sióstr Haim. Na długo przed wizytą Haim w Polsce słyszałam o fantastycznej formie dziewczyn i nie zawiodłam się. Trio okazało się czarnym koniem pierwszego dnia udowadniając wszystkim, że dopiero zaczynają swoją przygodę ze sceną i na długo jej nie opuszczą. Pierwszego dnia Open’er Stage zamykała grupa Foster the People. Utwory tej amerykańskiej grupy są bezpretensjonalne, pełne energii, dlatego też występ zespołu należał do najbardziej pozytywnych podczas całego festiwalu.

Czwartkowy wieczór zdecydowanie należał do zespołu Pearl Jam. Legendarna grupa z Seattle zawsze gromadzi na swoich koncertach tłumy, nie inaczej było tym razem. Zanim jednak ci grunge’owi wyjadacze pojawili się na scenie, w namiocie swój popis dały Pustki, a na głównej scenie psychodeliczni MGMT. Grupa ta jednak pomimo wielkiej popularności , nigdy nie wzbudzała wielkich emocji podczas występów na żywo. Ich utwory na płytach często brzmią intrygująco, najnowszy longplay „MGMT” również był ciepło przyjęty przez prestiżowe magazyny. Mimo to, koncerty nowojorskiego zespołu zawsze pozbawione są charyzmy i polotu. O braku charyzmy za to na pewno nie można powiedzieć w kontekście występu duńskiej grupy MØ. Wokalistka zaszturmowała sceną Here & Now dając zwariowany, bardzo taneczny koncert. Publiczność była oczarowana magnetyzmem Dunki i (dosłownie) nosiła ją na rękach.

Natomiast to grupa Pearl Jam zwabiła największą publikę w przeciągu czterech dni Open’era. Wyczerpująca setlista muzyków zawierała kawałki zarówno z ich pierwszych albumów, jak i najnowszego dziecka pt. „Lightning Bolt”. Grupa ta to prawdziwi wyjadacze koncertowi, na scenie zawsze panuje wyjątkowa atmosfera, którą za każdym razem buduje Eddie Vedder. Drugiego dnia na uwagę zasługuję również polski towar eksportowy w postaci grupy Bokka. Namiot pękał w szwach, a ich tajemniczość co koncert coraz bardziej intryguje. Za to mistrzami klimatu można zdecydowanie nazwać Darkside. Iście hipnotyzujący występ, zaplanowany co do ostatniej sekundy był prawdziwym widowiskiem i absolutnym must see podczas calego Open’era. Taneczny głód zaspokoił za to występ live grupy Rudimental na Open’er Stage. Doskonałe wokale, wyjątkowa energia i tłumy na największym hicie, czyli „Waiting All Night”.

Piątkowy wieczór zarezerwowany był dla prawdziwych koncertowych petard. Występy Foals to pewniaki festiwalowe. Umiejętnie budują nastrój, dawkują swoje największe hity, aby ostatecznie rozgromić publikę dziarskim „Inhaler”. Podobna sytuacja miała miejsce trzy godziny później podczas stałego bywalca Open’era, czyli Jacka White’a. Muzyk wielokrotnie podkreślał sentyment do Polski ze względu na swoje polskie pochodzenie. Setlista White’a była bogata w utwory z różnych jego projektów i fani mieli wyjątkową okazję, aby usłyszeć legendarne „Hello Operator”, czy, rzecz jasna, „Seven Nation Army”. Do serii muzycznych katharsis należy za to dorzucić popis Lykke Li. Ta melancholijna burza emocji była doskonałym oczyszczeniem po wcześniejszym szaleństwie pod główną sceną. Zawiódł mnie natomiast występ Kamp! na scenie namiotowej. Koncerty Kamp! zawsze należały do porywających, za to ich tegoroczny popis był jakby pozbawiony spójności, nieco stonowany, wręcz wycofany.

Sobota była dla mnie dniem pełnym sprzeczności. W ciągu jednego dnia zobaczyłam energetyczny występ Pusha T, który zgromadził niemałą rzeszę fanów pod sceną Here & Now. Skoczyłam na intensywny koncert Faith No More, którzy to wrócili do Polski po pięciu latach przerwy. Po czym trafiłam pod samą scenę na wyczerpujący emocjonalnie występ Daughter. Ten młody zespół w doskonały sposób kreuje klimat intymności. Choć koncert mógł być nieco bardziej wyciszony za sprawą obniżenia głośności basu, to całość wypadła zniewalająco. Tego dnia festiwalowicze mieli również szanse usłyszeć radiowe hity Bastille i poczuć nostalgię Warpaint. Jednak wybierając się na sobotnie występy Open’era nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że główną scenę powinna zamknąć jakaś spektakularna nazwa. Pomimo ogromnej sympatii do Phoenix , ich obecność na ostatnim slocie festiwalu wydawała się być pomyłką. Nic bardziej mylnego, bowiem grupa z Francji rozruszała zmęczoną po czterech dniach publikę i dała charyzmatyczny występ. Thomas Mars niesiony na fali, wyjątkowo wyróżniające się efekty świetlne i dynamiczna końcówka. A zatem, czego chcieć więcej?