a0958888089_16
komentarzy

Prurient – Frozen Niagara Falls [Profound Lore; 2015]

Prurient to zaledwie jedna spośród całego ogromu licznych tożsamości pojedynczej osoby – Dominicka Fernowa – a co ciekawsze, tyle ile tożsamości i oddzielnych projektów, pod których nazwą kryje się właśnie ten osobnik, tyle też wymiarów jego muzyki. Nazwisko tego amerykańskiego muzyka możecie zapewne kojarzyć ze skrajnie noisowych (z ukierunkowaniem na elektronikę) wydawnictw naznaczonych znamieniem industrialu, bądź ze współpracy z synthpopowym Cold Cave, w którym urzędował za klawiszami, jednakże tylko na występach na żywo. Przez wszystkie jego solowe wydawnictwa (których jest tyle, że równie dobrze można by poświęcić się słuchaniu tylko ich, a u schyłku egzystencji i tak mieć braki w rozeznaniu) przewija się jeden motyw, który niezależnie od etykiety przy nazwie płyty, niezmiennie wysuwa się naprzód i nie daje o sobie zapomnieć, jakkolwiek modyfikowany byłby melodyjny trzon i zmieniane były tagi – to wielki powrót do korzeni w kwestii muzyki elektronicznej. Choćby automat perkusyjny tłukł niemiłosierne bity zakrawające o punkowe, choćby syntezator wrzeszczał kakofonicznym szumem, choćby i wokal był pozornie chaotycznym growlem, to tło wciąż trzyma się na poziomie a’la ambientu, spokojnej i relaksacyjnej elektroniki, którą swego czasu lansował chociażby Jean-Michel Jarre na Oxygene. I nie inaczej jest na tegorocznym Frozen Niagara Falls, które – zaskoczę was – na swój sposób doprowadza do perfekcji ideę, którą Liturgy bezceremonialnie spaprało.

A cóż mam przez to na myśli? Z pewnością nie to, że Prurient przerzucił się na black metal i począł spokojnie deklamować swe teksty na wzór Huntera Hunta-Hendrixa – ależ nic z tych rzeczy. Muzyka zawarta na Frozen Niagara Falls, to jakby odwrotność tego, co było zamierzeniem i głównym celem The Ark Work od Liturgy – podczas gdy blackmetalowcy postawili na spokojny i kontrastujący z muzyką wokal w akompaniamencie narwanych riffów (które trzymały poziom), Dominick Fernow wykorzystał swą kosmiczną elektronikę i to ją wspomógł noisowym i hałaśliwym wokalem. No, kontrast wciąż istnieje, ale w przeciwieństwie do The Ark Work, wypada on dobrze i ostatecznie przyjmuje taką formę, jaka była zamierzeniem Fernowa (a miejmy nadzieję, że była). FNF to bogaty przekrój niemalże sennych motywów syntezatorowych budujących iście oniryczny klimat, który stymuluje wyobraźnię i nieomal zmusza nas do położenia się na trawie, zamknięcia oczu i pogrążeniu się w tym abstrakcyjnym i zwiewnym świecie. Na drodze tej poetycznej beztrosce stoi wokal, który jest brutalny, a postawiony w opozycji do świata budowanego przez warstwę melodii – nawet niszczący, destrukcyjny i nieopanowany. To właśnie te sprzeczne uczucia są tak cenne i wyjątkowe w odbiorze tej płyty. Jak wiadomo z psychologii, odczuwanie kolidujących ze sobą uczuć (np. nienawiści i miłości) jest niemożliwe. Ale myślę, że psychologia powinna zapoznać się z najnowszą płytą Prurient, a być może nastąpiłby mały przełom w tej dziedzinie nauki.

Zwróćcie także uwagę jakie paradoksy tworzy ten album w samej warstwie dźwiękowej – jako przykładem posłużę się tu Shoulders of Summerstones. Tutaj brakuje typowego dla całej reszty utworów wrzasku, a zatem teoretycznie moja teza z poprzednich akapitów ginie śmiercią naturalną. Ale wsłuchajcie się w sam dźwięk syntezatora, który na pierwszy odsłuch wydaje się jedynie senny, nic poza tym. W tym utworze następuje kilka momentów, w których dźwięk elektroniki brzmi jakby był dźwiękiem elektryki (!), mamy wrażenie słyszenia przepływu prądu, drobnych wyładowań przeskakujących po miedzianym kablu – a zatem i ta surowość nie jest jednolita przez całą płytę, przyjmuje różne formy, jednak to wokal jest jej najbardziej kluczowym przekaźnikiem. Ogromnym plusem są wszystkie trzy około dziesięciominutowe tasiemce zawarte na tym wydawnictwie, które pomimo swojej długości płyną najciekawiej, najbardziej różnorodnie. Tak chociażby Christ Among the Glass okazuje się tu być prawdziwym krokiem w awangardę, bowiem wokal niemal się tu nie pojawia, natomiast pierwsze skrzypce gra niesamowicie melancholijny, na swój sposób neofolkowy akustyczny riff. Ba, na Greenpoint jest podobnie! Ale tutaj dodatkowo zauważalna jest obecność zainteresowania Fernowa industrialem, co przejawia się w metalicznym, „blaszanym” bicie i licznym dźwiękom podobnym do skrobania metalowej płyty gwoździem. To ten rodzaj nieprzyjaznego dźwięku, który budzi podziw swoim rytmem, idealnym wpasowaniem w całą konstrukcję, dzięki czemu samoistnie podobny dźwięk odbieramy jako niemiły dla ucha, a w całości stanowi nieodłączną i nierozerwalną część.

Proszę państwa, to są techniki czynienia paradoksów, których niektórzy mogliby się nauczyć, a nawet przydałoby im się to. Dominick Fernow po raz kolejny wykreował idealny kontrast między warstwą wokalną, a dźwiękami melodii, nie popełniając przy tym sztandarowego i dość powszechnego błędu – nie faworyzował ani jednego z tych aspektów, przez co oba (spokojny i hałaśliwy) osiągają status idealnej równowagi. Wszystkie utwory przyjmują przez to oniryczną formę, która za chwilę zostaje zburzona nieokiełznaną siłą noise’u, a następnie przez nią zastąpiona, co ostatecznie nie pozostawia niedosytu. W tym szaleństwie jest metoda.