Phantom-Posse-Home-608x608
komentarzy

Phantom Posse – Home [Self-released; 2015]

Phantom Posse to wesoły kolektyw grający pod przewodnictwem i żelazną ręką nowojorskiego multiinstrumentalisty, Erica Littmanna. Trzecie (i najnowsze) spośród wydawnictw ekipy, to kolejny już krok ku rozwojowi tzw. chillwave’u, muzyki stojącej w rozkroku między indie popem a chociażby dream popem. Słowo „chociażby” znalazło się w poprzednim zdaniu nie bez przyczyny. Phantom Posse to grupa pod tym względem wyjątkowa. Ich chillwave to ich zasady. Stąd mnóstwo tutaj tak chilllowych, że niemalże ambientowych wstawek, a także instrumentaliów krzyczących jakby z dezaprobatą ku ogólnemu szufladkowaniu muzyki w poszczególnych gatunkach.

PP to nie tylko Littmann (który tworzy także w solowym projekcie noszącym nazwę Phantom Power). PP to (poza głównodowodzącym) dziewięć osób pochodzących z różnych zespołów, grających nierzadko skrajnie różną muzykę, spotykających się ot tak, na hasło Littmanna w studiu, by zagrać coś razem. Największym zaskoczeniem i czarem tego procesu jest to, że razem wszystko brzmi spójnie i dobrze, a jednak można wyróżnić unikatowe elementy każdego z fragmentów wydawnictwa (reprezentowanego przecież przez różne osoby, w zależności od utworu). Rzuca się w ucho chociażby Come to Chicago o swym urbanistycznym wydźwięku. Wbrew tytułowi, sam motyw przewodni, groove i rapowe wstawki przywodzą mi na myśl nowojorski rap z lat 80′, a już najbezpieczniej byłoby rzec, że Come to Chicago mogłoby pochodzić z repertuaru A Tribe Called Quest po efemerycznym przemieleniu. She Gets Lonely (w którym udział bierze ponownie Makonnen Sheran z ILoveMakonnen) pokazuje jak wielki ładunek emocjonalny miał w założeniu mieć ten album i co było jednym z zamierzeń Littmanna – przejaw swoich własnych emocji, poprzez głosy i środki przekazu muzycznego innych artystów.  Utwór ten jest zwiewną balladką na temat miłości. Temat nie potrafiłby być banalniejszy, jednak sama idea i przyjemny powiew spokoju i harmonii gryzący się z przekazem tekstu, ciągnie ten utwór do góry. Can’t Wait to Get Up brzmi jak dziecko Maca DeMarco i Ariela Pinka – oczywiście, brak tu błyskotliwego tekstu pierwszego z muzyków, nie ma też dziwactw godnych drugiego z nich – psychodeliczny lo-fi dźwięk gitary i rytmika utworu są pewnym kompromisem pomiędzy twórczościami obu muzyków.

Home okazuje się być wycieczką po każdym z gatunków, który w połączeniu z indie popem brzmiałby jak gdyby połączony był z nim od zawsze. Zamysł jednej ogromnej i zgranej kooperacji dziesięciu muzyków nie jest nowy – sięga początków projektu. Jednak na tegorocznej płycie wrażenie dokonania niemożliwego jest bardziej niż natrętne. Eric Littmann już trzeci raz zgromadził grupę barwnych osobistości, by za ich pośrednictwem naszkicować swój osobisty portret psychologiczny. Diagnoza pacjenta wskazuje ostatecznie na stałe rozmarzenie, nieuchwytność, zmienność, niesamowitą wręcz wyobraźnię i osobliwą (a jednak na swój sposób piękną) umiejętność napakowania muzyki ładunkiem emocjonalnym.