Pantha du Prince
komentarzy

Pantha du Prince – Lubię nagrywać na świeżym powietrzu

Na zaproszenie Radiofonii nasz kraj ponownie odwiedził niemiecki specjalista od nietypowego techno – Pantha du Prince. Po świetnym występie na tegorocznej edycji festiwalu Tauron Nowa Muzyka zgromadził sobie pokaźną grupę fanów, którzy licznie przybyli na krakowski koncert artysty. Przed występem udało mi się porozmawiać z gwiazdą wieczoru. Podczas rozmowy Hendrik Weber opowiedział o swoim ostatnim albumie, nagrywaniu dźwięków przyrody w Alpach i czarnym szumie. Na więcej nie starczyło niestety czasu.

Magnetoffon: Na początek chciałem spytać dlaczego wybrałeś Alpy szwajcarskie jako miejsce na field recording?

Pantha du Prince: Pojawiła się możliwość, żeby pojechać do domku właśnie w Alpach szwajcarskich. Zawsze chciałem tam pojechać. Mój przyjaciel był tam już kilka razy, pokazywał mi zdjęcia i w końcu nadarzyła się możliwość, aby wybrać się tam wspólnie. Zdecydowaliśmy, że coś tam spróbujemy nagrać. Dopiero potem, na miejscu dowiedzieliśmy się co tam się stało, (osuwająca się ziemia zasypała i zniszczyła całą wioskę – przyp. magnetoffon). Zaczęliśmy chodzić na spacery i znaleźliśmy osuwisko i potem dowiadując się co się stało okazało się, że stoi za tym dosyć tajemnicza historia, że to w pewnym sensie bardzo magiczne miejsce.

Dlaczego w ogóle zdecydowałeś się użyć field recordingu?

Głównie dlatego, że chciałem wyjść na zewnątrz. Nie chciałem za długo siedzieć w studiu, a kiedy już musiałem chciałem mieć w pamięci pracę na zewnątrz. Po prostu lubię nagrywać na świeżym powietrzu.

Nazwałeś swój album Black Noise. Czy chciałeś aby słuchacz miał szansę usłyszeć coś co normalnie jest niesłyszalne?

To taka metafora. Metafora procesu naukowego. Kiedy słuchasz nagrań odkrywasz pewne rzeczy, dźwięki, częstotliwości, szmery, których nie słyszysz wtedy kiedy mają miejsce. W momencie kiedy je nagrywasz, tak jakby nie istniały. To najważniejsza rzecz na Black Noise. Album tworzy w głowie psycho-geograficzną mapę, która mówi gdzie byłeś kiedy nagrywałeś dany dźwięk. Z tą mapą odkrywasz historie, które kryją dźwięki. Zawsze jest jakieś drugie dno w czymś oczywistym. Jest coś, co może kompletnie zmienić odbieranie danego dźwięku czy obrazu. Z takim zamysłem została również stworzona okładka płyty. Pierwsze co widzisz to kościół, ale kiedy się ją otworzy okazuje się, że to kościół jest zniszczony i stoi pośrodku miasta. To wiąże się też z czarnym szumem i tym co zwiastuje. Zawsze następują po nim jakieś konsekwencje.(Czarny szum zwykle wiąże się ze zmianami w naturze. Najczęściej zwiastuje kataklizmy naturalne takie jak np. trzęsienia ziemi. Jest niesłyszalny dla człowieka. – przyp. Magnetofon)

Black Noise jest twoim najbardziej eksperymentalnym albumem. Cechuje się jednocześnie potężnym, opartym na rytmice techno brzmieniem. Gdzie Ty widzisz siebie ze swoją muzyką? W klubie, na festiwalu plenerowym czy może zupełnie gdzie indziej, np. w filharmonii?

Muzyka jest uniwersalna i ja widzę ją wszędzie. Teraz gram głównie w klubach, czasami także w bardziej koncertowej formie. W obu przypadkach się to sprawdza. Jak długo widzę sens w tym, co robię, tak długo powinno to trwać. Jestem również otwarty na sugestie. Mój jedyny warunek czy może ograniczenie to żeby było ciemno, żeby był wieczór. Wtedy odbiór mojej muzyki jest najpełniejszy.

Preferujesz, żeby publiczność tańczyła czy żeby słuchała w skupieniu?

Ja też czasami mam ochotę tańczyć, a czasami zupełnie odwrotnie. Niektórzy nie cierpią mojej muzyki, a wciąż jej słuchają. Każdy ma swój sposób przyjmowania muzyki. Dlatego też chcę uwolnić moje utwory od piętna muzyki klubowej. Chcę by pasowały nie tylko do klubów, ale też do muzeów, sal koncertowych, filharmonii innych przestrzeni. Muzyka ewoluuje i sama kieruje się w pewne miejsca.

Wszystko co mówisz tworzy pewną spójną, muzyczną całość. Jednak jest jedna rzecz, która mi do tego nie pasuje. Twoja nowa wytwórnia. Dlaczego zmieniłeś Dial na Rough Trade, które kojarzone jest raczej z artystami pokroju Belle & Sebastian, Warpaint czy Mystery Jets?

Zawsze chciałem pracować z inną wytwórnią. Dial jest wciąż moją bazą. To jest moja ekipa, moi bardzo bliscy przyjaciele. Cały czas mam z nimi kontakt. To też bardzo luźna wytwórnia. I taka powinna pozostać. Przy okazji poprzedniego albumu byliśmy trochę ograniczeni. Popyt na moją muzykę okazał się zbyt duży i potrzeba było nowej infrastruktury, która umożliwiłaby dalszy rozwój. Zmiana wytwórni to był naturalny krok do przodu. Nie tyle dla mnie, co dla samej muzyki. Czułem, że mojej twórczości jest to po prostu potrzebne. A że muzyka elektroniczna będzie się rozwijać obok alternatywnej? Nie widzę w tym problemu. Współpraca z ludźmi z Rough Trade kosztowała mnie wiele energii, ale układała się świetnie. Miło było widzieć, że rozumiemy nawzajem swoje punkty widzenia. Oni muszą sprzedawać płyty, a ja chcę promować idee undergroundowej muzyki tanecznej. Oni podrzucają mi pomysły, a ja im materiał. A z Dial będę nadal pracował, imprezował i koncertował. Tak więc dla mnie to nie taka duża zmiana. Od strony artystycznej robię tak naprawdę cały czas to samo. Wcześniej musiałem zajmować się też sprawami organizacyjnymi, dbać o promocję i dystrybucję. Kiedy masz za dużo rzeczy na głowie, oddalasz się od muzyki i jesteś mniej skupiony. Teraz mam profesjonalne otoczenie, które dba za mnie o takie sprawy. Jak na razie taki system sprawdza się bardzo dobrze.

Zmiana wytwórni miała wpływ na nawiązanie współpracy z Noah Lennoxem z Animal Collective?

To nie miało ze sobą nic wspólnego. Znam Noah dużo dłużej niż współpracuję z Rough Trade. Chłopaki z Animal Collective byli na moim pierwszym koncercie w nowym Jorku w 2004 roku. Oni mnie wtedy znali, ja ich trochę kojarzyłem. Zostaliśmy przedstawieni i potem całkiem się polubiliśmy. Rough Trade nie miało z tym nic wspólnego. Gdybym nagrywał dla własnej wytwórni też byśmy pewnie współpracowali. Oni są częścią mojego wszechświata.

rozmawiał Krzysiek Sokalla