Olivia Anna Livki
komentarzy

Olivia Anna Livki – Szaleństwo w rytmie Livki

Jest młoda, niezwykle amibitna, a przede wszystkim zdolna! To totalnie sceniczne zwierzę mogliśmy poznać dzięki jednemu z telewizyjnych show. Olivia Anna Livki porwała nas swoim występem dlatego postanowiśmy poznać ją trochę bliżej. Wywiad z Olivką przygotowała Dominika Czapska.

Magnetoffon: Na czym jeszcze grasz oprócz basu?

Olivia Anna Livki: Sześć lat uczyłam się jako dziecko gry na pianinie, czego nienawidziłam (śmiech). Z tego zostały mi podstawy i korzystam z keyboardów przy programowaniu harmonii. Ale chętniej programuję keyboardowe instrumenty wszelkiego typu niż na nich gram. Natomiast bardzo lubię używać afrykańskich bębnów różnego typu. Gram na djembe i dundunach, także na płycie.

Od zawsze chciałaś robić muzykę czy może miałaś inne plany na życie?

Już jako dziecko lubiłam śpiewać i zawsze bardzo interesowałam sie muzyką, ale moim pierwszym priorytetem bardzo długo był film. Zaczęłam robić własne filmy, gdy miałam 10 lat (pierwszy przez dwa dlugie lata). Nauczyłam sie obsługiwania kamery, cyfrowego montowania na różnych programach, etc. Brałam udział w festiwalach filmowych i nawet dostałam parę nagród za film Unbetitelt. Uczyłam się reżyserii w szkole filmowej, a potem studiowałam jako główny kierunek filmoznawstwo, bo w edukacji rzemieślniczej zupełnie brakowało mi prawdziwej analizy i zrozumienia tego medium. Byłam strasznie ambitna, chciałam być po prostu jak najlepszym artystą, nie myślałam o ekonomicznej stronie mojego życia (śmiech).

Byłam pewna, że zostanę reżyserem filmowym, jak Hitchcock i Kubrick. Ale w życiu „dorosłym” okazało się, jak trudno jest wybić się, albo wręcz dostać się przez jakiekolwiek drzwi i jak wielkie znaczenie mają na świecie pieniądze. Nagle trafiła we mnie jak piorun prawda, że film to „industry”. Zawsze przeszkadzał mi ten aspekt robienia filmów. W przeciwieństwie do innych ludzi, których poznałam w szkole filmowej, mnie nie ciągnęło w ogóle do „filmowego świata”, chciałam po prostu „tworzyć”. Jak jeszcze wysyłałam filmy na festiwale nikt nawet nie oglądał materiałów, które na okładce nie miały żadnego sponsora albo firmy. Poza tym samodzielne finansowanie i produkowanie filmów jest niezwykle drogie i trudne. Dlatego, gdy w pewnym momencie okazało się, że muzyka jest przedsięwzięciem mniej skomplikowanym i że wielu ludziom podoba się to, co robię (co na początku było dla mnie zaskoczeniem) skoncentrowałam się na niej.

Doprowadzenie dźwięku do finalnego stadium nie wymaga aż tylu ludzi i nakładów finansowych co film. Ale moją muzykę traktuję wciąż trochę jak film. Spotykam sie z opinią, że słychać w niej, że to dzieło filmowca, kogoś, kto kocha obraz. Zrobiłam dwa video internetowe (między innymi animacje stopmotion do Hologram, zbudowane ze zdjęć) i mam zamiar reżyserować videoclipy do singli z mojej płyty. Mam nadzieję, że kiedyś muzyka zbuduje mi fundament, na którym będę mogła założyć własną firmę produkcyjną i nakręcić wreszcie swój debiutancki film.

Czym się inspirujesz tworząc i od czego zaczęłaś przygodę z muzyką?

Najbardziej inspiruję się życiem. Szczególnie złe i przykre doświadczenia zawsze były dla mnie bardzo „płodne”. Wiem, że to może zabrzmieć dziwnie, ale czerpię dużo energii z gniewu. Myślę, że moje pokolenie dotąd jeszcze nie przemówiło w popkulturze swoim własnym językiem, nie opowiedziało swojej historii. A to zupełnie inne historie i problemy, niż „a boy meets a girl”. Nasze życie to wieczny balans między przeczuciem, że świat jest wielki i pełen nieskończonych możliwości, a zarazem, że to wielka, przerażająca bestia, która nas wykorzystuje jako materiał, i w której jeden człowiek nie ma najmniejszego znaczenia. Mamy przyjaciół na Facebooku, a ledwo wiemy jak się zachować w społeczeństwie. Chcemy jak najszybciej robić karierę, jesteśmy posłuszni i „dorośli”, bo bunt się nie opłaca. A zarazem coraz młodsze osoby są „przykładami” sukcesu, bo bycie wiecznym dzieciakiem i nastoletnim wampirem z Twilight na fajnej imprezie na basenie, jest modne. Ludzie spędzają pięć dni w tygodniu w hiper-stresie, a w weekend upijają się komatycznie – i to zwykle nie na tym wymarzonym basenie z reklamy telewizyjnej (śmiech). Nie ma żadnego umiaru. Wszystko musi być jak największe i ekstremalne. Bo w przeciwnym razie już nic nie czujemy.

Te doświadczenia surrealnego życia codzienniego najbardziej inspirują mnie do robienia muzyki i działania. Zawsze używam czegoś, co ktoś rzeczywiście powiedział (cyt. jak „Szatan ma 33 lata i mieszka w Tel Aviv”), historii które mi sie przydarzyły. Natomiast to brzmienie to globalna kultura muzyczna. Respekt do ludzi, którzy nie należą do żadnego kraju, którzy muszą podróżować dla swoich marzeń albo pracy, i nagle wracają do domu i zauważają, że już wszędzie czują się obco. To także wyraz wielkiej przestrzeni, ciasnych mieszkanek w wielkim mieście, szybkości, niespokoju, frustracji, neurotyczności i niezdefiniowanego strachu. To właśnie bezsenność i różnego typu problemy doprowadziły do tego, że jako nastolatka zaczęłam grać na basie, śpiewać i pisać, stąd moja „przygoda z muzyką”. To dla mnie jak najbardziej autoterapia. No i wierzę, że dla innych też.

Warto też wspomnieć, że na pewno uczę sie w produkcji muzycznej od takich ludzi jak Brian Eno (szczególnie jego współpraca z Davidem Byrnem, i Fear of Music i Remain In Light to moje muzyczne biblie), od muzyki afrykańskiej i afro-amerykańskiej wszelkiego typu. Aktualnie inspiruje mnie Rokia Traore. Ale myślę, że najbardziej od innych artystów uczę się „rozwiązywania problemów muzycznych” po swojemu. Biorę od nich coś, co mi się podoba i przewracam, wręcz perwertuje to w zupełnie swoją stronę. W końcu oni także nigdy nie imitowali stylu kogoś innego.

Gdzie byłaś cały czas i dlaczego tak późno o Tobie usłyszeliśmy? :)

Byłam cały czas tutaj, w tym samym miejscu (śmiech). Starałam się jak najwięcej grać, ale z trudem udawało mi się zabookować występy w klubach. Raz grałam w klubie w Berlinie i ludzie podchodzili do menadżerów pytając, kiedy znowu będę występować, „bo nigdy nie widzieli nic tak dobrego w tym klubie”. A ja nie umiałam doprosić się następnego grania! Pewna firma w Berlinie chciała ze mną pracować, ale rozmyślili się, gdy okazało się, że nie mam zamiaru być niemiecką Lady Gagą. Przez dwa lata od czasu ukończenia studiów intensywnie pracowałam nad każdym aspektem muzyki, live-performancem, videoclipami, organizowaniem koncertów. Nie potrafię nawet zliczyć, ile razy nigdy nie dostałam na swoje maile i wiadomości żadnej odpowiedzi. Po programie MBTM nagle otwierają się wszystkie drzwi.

Mieszkałaś w Berlinie. Czy scena niemiecka ma coś wspólnego z Twoim stylem muzycznym?

Przede wszystkim nadal mieszkam w Berlinie. Mam tam mieszkanie, w najbardziej zielonym miejscu, które można tam znaleźć i blisko mojego byłego uniwersytetu. Chociaż przyznaję, że chętnie uciekam do rodziców pod Warszawą. Bo zieleń w mieście to nie to samo, co wieś (śmiech). Myślę, że Berlin nie wywiera na mnie bezpośredniego wpływu. Napewno poruszanie się po takich molochach jest zawsze inspirujące. Bo od tego, jaki świat nas otacza, zależy nasz punkt widzenia, sposób myślenia. Ale często mówi się „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma” i to jest bardzo prawdziwe powiedzenie.

Gdy zaczynałam koncertować w Berlinie, jeszcze w ogóle nic nie wiedziałam o jego scenie muzycznej. Do tego momentu byłam cały czas zajęta studiami, a że uniwersytet znajdował się w miejscu mało „artystycznym”, tam mieszkałam i się zwykle poruszałam. Byłam bardzo rozczarowana, gdy okazało się, że tak naprawdę nie ma żadnej sceny. Szczególnie dlatego, że większość klubów znajduje się w miejscach mieszkalnych (tam, gdzie popadnie) i po prostu nie pozwalają grać na instrumentach elektrycznych jak bas na przykład. To już dyskwalifikuje zespoły rockowe albo mnie, a właściwie wszystkich oprócz folk-popowych gitar akustycznych i wokalistów z cichymi głosami (śmiech). Myślę, że to znowu fenomeny pewnych okresów, poszczególne zespoły, mity i legendy, tworzą takie określenie jak „scena muzyczna”. Ale tak naprawdę tych rzeczywiście dobrych ludzi jest bardzo mało. Miałam do czynienia z wytwórnią i producentami, którzy pracowali przy Bowiem, gdy mieszkał tutaj, w „legendarnych” studiach.

Dzisiaj te wszystkie miejsca już nie istnieją, ci producenci są zmęczeni, a bez blasku Bowiego nagle wcale nie wydają się już tacy „wielcy”. Znam także osoby, które regularnie grają, albo są dj-ami w Berlinie. Mój perkusista pracuje dla Peaches. Można trafić na kluby elektroniczne, elektro, techno, jest reggae, dancehall etc. Myślę, że pewnie zupełnie inaczej na to miasto patrzy ktoś, kto gra tu na dużych imprezach. Ale to nie do końca to, co ja robię. W mojej muzyce nie chodzi o party i picie. Za mało mnie estetycznie łączy z Berlinem.

O wiele większy wpływ miał na mnie Nowy Jork. To właśnie Velvet Underground, Talking Heads i Sonic Youth otworzyli mi oczy na muzykę, gdy mialam 14 lat. To raczej Jamesa Browna, Betty Davis, Afrobeatu i HipHopu Def Jux, Beastie Boys i Public Enemy najczęściej słucham. Inspirują mnie także filmy Braci Marx, Woody Allena, Kubricka etc. To wszystko pochodzi z Nowego Jorku. Natomiast po koncertach w Berlinie często słyszałam: To brzmi tak dziwnie po londyńsku, wcale nie jak Berlin. Ten Londyn to pewnie wpływy karaibskie, Worldbeat i Junlge. Szczerze mówiąc, lubię nawet bardziej muzykę elektroniczną z Anglii niż z Niemiec.

Jak radzisz sobie ze stresem podczas występów? W programie i na Twoich koncertach nie widać żadnej tremy, jak to robisz?

Mmmm….ogólnie nie mam tremy. Pamiętam nawet, że gdy śpiewałam I Should Be So Lucky na Dzień Matki w przedszkolu, albo tańczyłam na przedstawieniu w szkole, nigdy nie miałam tremy. Natomiast gdy po raz pierwszy w życiu brałam udział w castingu (do MBTM) byłam tak zdenerwowana jak nigdy. Może, bo kojarzyło mi się to z egzaminem do szkoły filmowej. Może, bo bardziej stresowała mnie cała ta atmosfera, niż samo granie. Ledwo zjadłam śniadanie i było mi niedobrze – pierwszy raz w życiu! W takim przypadku jedynym wyjściem jest wyrzucenie z siebie stresu śpiewając.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Dominika Czapska