off-festival-2015
komentarzy

OFF Festival 2015 – relacja na dwa głosy

[GŁOS PIERWSZY Agnieszka Drabik]

Trzeci Off w moim życiu, chyba najbardziej intensywny i niesamowity (w sobotę zdążyłam jeszcze zaliczyć świetne wesele, żeby wrócić na niedzielę i spędzić ją głównie czekając na Patti Smith – najpierw w kolejce do namiotu Kawiarni Literackiej, potem pod sceną). Sporo dobrego mnie ominęło, ale za to piątkowy line-up przyniósł ze sobą dużo zaskakujących smaczków.

Olivia Anna Livki – najbardziej zaskakująco pozytywne otwarcie Off Festivalu, jakie dane mi było oglądać. Samej wokalistce wściekle zazdroszczę chyba wszystkiego, począwszy od świetnej figury po sprawność posługiwania się gitarą basową. Olivia robi to, o czym ja sama marzyłam od czasów podstawówki – ubrana w koronę-pióropusz śpiewa zabójczo melodyjne piosenki o dyskryminacji kobiet, byciu nielubianym dzieciakiem i hipokryzji religijnej.Tylko jeden niewielki minus, za „lewa strona śpiewa, prawa strona śpiewa”. Jak ktoś zauważył, godzina 15 na Offie to w zasadzie poranek i publiczność nieszczególnie tłumna; zresztą zawsze jakoś się obawiałam tego typu akcji, sama nie wiem czemu. Poza tym niuansem – rewelacja.

Pablopavo i Ludziki – słuchałam ich wcześniej, jak dotąd – nigdy na żywo, i trochę innego koncertu się spodziewałam. Otrzymałam za to zdrową dawkę nostalgii zaprawionej goryczą. Była to zdecydowanie przyjazna gorycz, oswojona; bliskie mi uczucie zrezygnowania, które – gdy już się pojawia – przynosi ze sobą słodką tęsknotę i generalnie przypomina trochę owinięcie się starym, wytartym kocykiem w chłodny listopadowy dzień. Godzina wytchnienia w to ociekające żarem popołudnie, moim zdaniem – jeden z najlepszych występów pierwszego dnia na Offie.

Kristen – muszę przyznać, szłam na ten koncert z lekkimi obawami. Do zespołu zdążyła przylgnąć łatka niedocenionej wspaniałości polskiego niezalu, a to z miejsca wywiera pewną presję, coby się słuchacz takim wykonawcą zachwycił. Presji nie lubię w żadnej postaci, niemniej zostałam w namiocie Sceny Eksperymentalnej. Było warto. Kompozycje Kristen okazały się być noise’owe w mój ulubiony sposób, lekko organiczne i poprzedzone hipnotyzującym wstępem. To jest ten koncert, który niewątpliwie zapamiętam jako doświadczenie synestezyjne, to jest ten rodzaj muzyki, który bez słów i oczywistych konstrukcji buduje nastrój. Który kumuluje w sobie niewyrażone werbalnie napięcia. Soundtrack na chwile, gdy ma się ochotę tylko biec i zostawiać za sobą wszystkie zobowiązania. Chyba wolałabym się z Kristen zapoznać w innych okolicznościach, w kameralnym klubie lub własnym pokoju. Mimo wszystko, zdecydowanie nie żałuję.

Ho99o9 – miazga. Koncert, o który zahaczyłam w zasadzie przypadkowo pomiędzy Leśną a Główną, okazał się być chyba najmocniejszym przeżyciem piątkowego wieczoru. Ten minispektakl dwojga aktorów odbył się jako tak zwany pop-up show, na scenie skleconej naprędce z kilku niewielkich podestów. Sprawne splecenie z sobą hardcore’u, rapu spod znaku Death Grips i horrorpunkowego wkurwu z miejsca wywołało dziki entuzjazm publiczności; czwarta ściana została przełamana niedługo po rozpoczęciu i jeden z wokalistów rzucił się w tłum, wydostając się z niego tylko dzięki szybkiej interwencji kilku ochroniarzy. Krótki, intensywny show na wyciągnięcie ręki. Na następny koncert udałam się mocno zmemłana, ze szczęką gdzieś w okolicy kolan. Chapeau bas.

Sunn O))) – zespół zastosował tę samą taktykę, którą kontrowersyjny reżyser Gaspar Noe wykorzystał podczas premiery Nieodwracalnego. Artysta, wplatając do filmu jednostajny hałas o częstotliwości przypominającej trzęsienie ziemi, z premedytacją wypędził z sali kilkadziesiąt co bardziej wrażliwych osób. Stojąc z samego tyłu, przez pierwsze 20 minut obserwowałam pospieszną ewakuację. Sama zostałam, zahipnotyzowana narastającym hałasem. Trafnie to ujęli organizatorzy Offa – Sunn O))) zrobili nam wstęp do apokalipsy. Błękitne światła i dym, to kryjące, to odsłaniające złowrogie sylwetki muzyków, z miejsca przywiodły mi na myśl drugą połowę Melancholii von Triera, kiedy już wiadomo, że katastrofa nastąpi, można jedynie stać i wsłuchiwać się w coraz głośniejszy szum zbliżającej się nieuchronnie planety, która zetrze nas w proch… Jednak im dłużej się tak czeka, tym bardziej drone’owa jednostajność uspokaja, oczyszcza umysł z nadmiaru wrażeń. Koncert przełomowy, niezwykły, zmieniający spojrzenie na szeroko pojęty noise.

The Residents – hm. Przyznam, ciężko było. Trochę dlatego, że zaprezentowany przez grupę performance nawiązywał do Shadowland, materiału, który budzi we mnie mieszane uczucia. Zarówno ze względów czysto muzycznych, jak i wizualnych. Na plus – wyświetlane na kulistym ekranie projekcje z gadającymi trupkami i konceptualna spójność, na minus – mimo wszystko – wszechogarniający kicz i dźwiękowa monotonia.

[GŁOS DRUGI Sebastian Brzózka]

Kolejny Off za nami, dziesiąty, więc jubileuszowy. Choć zestaw artystów nie wyróżniał się specjalnie na tle poprzednich edycji, to było jak co roku dobrze. Momentami lepiej, momentami gorzej, ale podsumowując warto było się zjawić. Plany jakie miałem na te trzy dni nie uległy znacząco zmianie, obejrzałem to co zaplanowałem, i o dziwo nie rozczarowałem się prawie niczym. Organizacyjnie widać pewne rozluźnienie obyczajów, pod naciskiem (chyba) uczestników oddano do użytku beczki z wodą pitną, z regulaminu zniknęły zapisy o zakazie wnoszenia jedzenia (chyba). Poza tym wszystko po staremu, poruszam się na pamięć, wiem gdzie co, wiem gdzie kto. Te same twarze, wydawcy, sprzedawcy, lokalni twórcy wszystkiego. Do tego pogoda. Wspaniała, jak nigdy dotąd, i mówię to ja, miłośnik pogody raczej skandynawskiej. Jeśli wszystko jest na miejscu, pora zająć się muzyką. Piątek jednak okazał się mało rozrywkowy, ale to chyba standard, dosłownie kilka pozycji zwraca uwagę, reszta raczej z braku laku.

Kristen – choć bardzo chciałem zobaczyć Kwadrofonik, to jednak słowiański post-rock i trochę niechęć do przemieszczania w upale zadecydowały o pozostaniu na scenie eksperymentalnej. Kristen na żywo miałem już okazję widzieć, ale za cholerę nie pamiętam jak było. A z uwagi na to, że piszę relację dwa tygodnie po zakończeniu festiwalu, niestety muszę to samo powiedzieć o tym występie. Kristen jednak bardziej do mnie przemawia płytowo.

Songhoy Blues – bardzo miłe dla ucha, cholernie pozytywne, ale zespół sprawiał wrażenie niezbyt pewnego tego co robi. Odniosłem wrażenie, że widownia, która się zebrała, oczekiwała „czegoś”, a zespół jakby nie był w stanie odczytać tych oczekiwań. Mnie na dłużej zatrzymało to, że na support zabierał ich Damon Albarn, a że nie znałem ich wcześniej mimo wszystko wpisałem na listę rzeczy do rozpoznania.

Mick Harvey – ta sama ciekawość popchała mnie na leśną, chciałem posłuchać interpretacji klasyka, bo duszno, gorąco, aż się prosiło żeby MH wykorzystał te dodatkowe elementy i stworzył Gainsburgową atmosferę, ale niestety nie dało się tego słuchać, jałowość przebiła się na pierwszy plan i nie ustąpiła aż do końca.

Sunn O))) – Wszystko co przeczytacie na temat występów Sunn O))) jest prawdą. Bez względu czy, ktoś stara się pisać o nich dobrze, czy źle. Każde słowo tak naprawdę zachęca do obejrzenia apokalipsy na żywo. Nawet narzekania mieszkańców Katowic na buczenie, jest dla mnie piękną recenzją występu. Nie boje się końca świata, jeśli będzie taki jak ta godzina. Jeden z moich faworytów tego festiwalu.

The Residents – na koniec było jeszcze The Residents, które było doskonałym momentem aby napić się kawy przed podróżą do domu, pożegnać się ze znajomymi, i poopowiadać o tym jak bardzo dobry był występ sunn O))).

Jak wracałem do domu drugiego dnia, pomyślałem sobie, że ten kto kupił bilet tylko na ten dzień wygrał wszystko. Nie pamiętam kiedy ostatnio miałem tak napchany dzień festiwalowy, od sceny do sceny, z mikro przerwami.

Kortez – O piętnastej zacząłem od Korteza. Jestem jedną z tych osób, którym „Zostań” jednak coś zrobiło, po przesłuchaniu debiutanckiej EP, byłem raczej rozczarowany. Bardzo ciekawiło mnie czy koncertowo będzie to tak samo nierówne i nijakie. Otóż nie, Kortez pokazał, że powoli znajduje pomysł na to jak ma wyglądać jego twórczość. I dobrze.

King Khan & The Shrines – oh jak miło się to oglądało, jak miło się gibało, jak dobrze to brzmiało. Przypomniał mi się występujący na tej scenie kilka lat wstecz Charles Bradley. Może to nie to samo, ale energię wyzwalali podobną.

Hun Hur Tu – które po kilku utworach zmieniłem na Mesa, ponieważ w środku jest zbyt duszno a na zewnątrz nic nie słychać. Jedno co wiem na pewno, to że marze nadal o tym aby ich zobaczyć, ale jednak w cywilizowanych warunkach, ta muzyka zasługuje na głębsze skupienie, a próby z głównej w żaden sposób temu nie pomagają.

Ten Typ Mes – kto zna nie był rozczarowany, kto nie zna być może zostanie z tymi dźwiękami na dłużej. Obecność hip-hopu na offie to w sumie żadna nowość, a to że Mesa zaproszono dopiero teraz uważam za pewne niedopatrzenie. Sam występ raczej poprawny, odniosłem wrażenie, że i Mes i Stasiak, nie byli za bardzo pewni tego czy mogą sobie pozwolić na więcej, no bo publiczność przypadkowa, nie ich.

Sun Kil Moon – zbliżamy się do czołówki dnia drugiego. Bardzo chciałem zobaczyć Ilovemakonnen, ale w tym samym czasie na trójkowej grał Mark Kozelek z Sun Kil Moon. Obok Sunn O))) to właśnie SKM było moim faworytem. No i mimo iż pretensjonalne zachowanie Marka, do którego zdążył już przyzwyczaić swoich fanów i wrogów nie robiło już tak dużego wrażenia, występ nabierał tempa właściwie z każdym kolejnym słowem. Kozelek jakby budził się do życia, po to by w finale pokazać, że jemu wolno być bucem, bo i tak będziesz żałował że to koniec, nawet jeśli Cię zwyzywał i tak na koniec uznasz, że go uwielbiasz. Piękny występ.

Sun Ra Arkestra – nie wyobrażam sobie, żebym mógł to przeoczyć, choć podobnie jak wiele innych osób z którymi rozmawiałem po, liczyłem jednak na Sun Ra jazzowe. No ale swing w wykonaniu emerytów, robił mimo wszystko wrażenie. Piękne solówki, popisy wokalne, wspaniałe stroje, światła zabawa. Niby można się było tego spodziewać, ale biorąc pod uwagę wiek występujących, jednak robi wrażenie.

Dillinger Escape Plan – mocny akcent offa. Nie widziałem ich wcześniej na żywo, więc nie jestem w stanie potwierdzić ich „stale pikującej wspaniałości”, ale mnie się gęba uśmiechała, było głośno, było pierdolnięcie, no i niech ktoś powie że nie miał obaw o życie gitarzysty solenizanta.

Xiu Xiu – nie spodziewałem się niczego po tym występie, bo takie eksperymenty rzadko kiedy wychodzą dobrze. I to, że nie miałem oczekiwań, uratowało trochę ten koncert. Oczywiście w moim mniemaniu, bo wszystko docierało do mnie trochę przez sen, ale to chyba był właściwy sposób odbioru. To co mnie nie przekonuje to niestety wokal Jamie’go Stewarta. Nigdy za nim nie przepadałem, teraz zdania nie zmienię, za to sposób przebudowania muzyki Badalamentiego naprawdę robił wrażenie.

Ride – kolejni po mbv i slowdive, starsi Panowie, którzy w czasach gdy było to modne troszkę dobrego shoogazeu światu zaprezentowali, a teraz przypominają o tym jak kiedyś grali. Koncert chyba przeszedł bez echa, nie kojarzę, żeby ktoś się nad tym występem rozpływał. Niemniej jak to powiedział kiedyś znajomy „trochę dobrego shoogazu nie jest złe”.

Niedziela. Dla wielu tego dnia miały miejsce najważniejsze występy. Ale po drodze działo się niewiele, choć jeśli już to działo się ładnie.

Małe Miasta – No ja nie wiem jak to działa, ale lubię. Naprawdę fajne chłopaki, robią coś co koło hip-hopu może i stało, ale krótko i jeszcze nie przesiąknęło nim do reszty, bardziej pasowaliby pewie na TNMF, ale tam wystąpi Taco, który wpisuje się w ten sam nurt, rurkowych rapów, na niehiphopowych podkładach. Zresztą nie wiem, dla mnie zajebiście.

Decapitated – oh wspaniały koncert, godzina bez ziewania. Prezentowana nowa płyta wymieszana ze starszymi rzeczami, w wersji live wypadła wyśmienicie. Śmiem przypuszczać, że po tym występie zespół zyskał kilka lajków na fb.

Patti Smith – Horses zna każdy, kto na koncert poszedł świadomie. Zaangażowana politycznie Patti Smith, mimo upływu lat obroniła i siebie i album z którym przyjechała do Katowic. Koncert można zaliczyć do najważniejszych na tegorocznej edycji festiwalu i to nie dlatego, że tak wypada, po prostu w prawie każdym calu był idealny. Jedyny minus, coś co nie pasowało mi do tego występu to finał. Nie chodzi nawet o szlagiery zagrane na koniec, po odegraniu Horses. Chodzi o „spontaniczne” zrywanie strun, jakoś nie pasuje mi to do starszej Pani, bez względu na to jak bardzo jest rokendrolowa.

Run The Jewels – doskonały finał festiwalu, pod każdym względem. Killer Mike i El-P w doskonałej formie, poruszyli kilka ważnych kwestii, uczcili pamięć Michaela Browna, pokazali, że potrafią rozjebać system tylko słowami, bo muzyka koncertowo wydaje się być jeszcze mniej istotna niż na płycie.

Jeszcze jedno spostrzeżenie na koniec. Festiwal od kilku lat prezentuje coraz większą różnorodność gatunkową, obok szeroko rozumianej alternatywy mamy hiphop, potem punk, potem wszelkie odmiany metalu, potem znowu folk i tak sobie myślę (bez urazy), że to artyści występujący na tym festiwau mają z tym największy problem. Bo raz z ust Mesa, potem od Decapitated, słychać było, że dziwnie się czują grając na Offie. Szanowni Artyści, pora dopuścić do świadomości, że odbiorca słuchający Patti Smith, może bardzo chcieć posłuchać Małych Miast, Dillinger Escape Plany Czy Hun Hur Tu. Tyle.