115_10613_LOGO_OFF_NEW
komentarzy

Off Festival 2013 – relacja

Off w tym roku pod wieloma względami zaskoczył, pod wieloma też rozczarował. Zaskoczyła pogoda, bo jak nigdy, przez trzy dni świeciło słońce i ani kropli deszczu (no może jakaś jedna), ale kogo w sumie interesuje pogoda. Na początek najważniejsze, czyli muzyka. Z uwagi na to, że nijak nie mogliśmy dojść do porozumienia, co było koncertem festiwalu, ani nawet co było koncertem wieczoru, postanowiliśmy, że każdy zrobi swoją listę z krótkim uzasadnieniem. Dla leniwych, wytłuszczonym drukiem koncerty, które nam się podobały (w sensie każdemu z osobna), nie trzeba czytać uzasadnień.

Wybór Pauliny: 

Hera – pierwszego dnia, w największy skwar, Herze udało się zgromadzić sporą widownię w dusznym namiocie Sceny Eksperymentalnej. To właśnie na tym koncercie odbyła się premiera trzeciego już albumu Hery. Z jednej strony w namiocie panowała psychodeliczna i niepokojąca atmosfera, z drugiej zaś pojawiały się dźwięki subtelne i wyciszające. Część widowni dała się porwać tym specyficznym dźwiękom, pozostała część słuchała zahipnotyzowana. I choć na co dzień muzyki takiej u mnie nie słychać, koncert zaliczam do udanych i intrygujących. Tak, intrygujących – to zdecydowanie najlepsze określenie.

Girls Against Boys – czterech facetów grających brudny, gitarowy noise prosto z Nowego Jorku. Do tego dwie basowe gitary na scenie, co należy do rzadkości. Czego chcieć więcej? Bardzo dobry koncert, więc wybaczam im wpadkę z „OFF is ON Festival”.

Glass Animals – nienaturalnie i kuriozalnie – zupełnym przypadkiem trafiłam na ich koncert. Kompletnie nie znałam tego zespołu i jego muzyki – nie wiedziałam więc, czego się spodziewać. Jednakże zostałam mile zaskoczona, chłopcy (tak właśnie, chłopcy!) stworzyli niepowtarzalny klimat w namiocie Trójki – zmysłowy, sensualny. Bodajże jedynym minusem był wokalista i jego nienaturalne i kuriozalne ruchy drażniące oczy. Ale wystarczyło przymknąć powieki i było jak należy. Aplauz publiki chyba zadziwił zespół, który zwrócił się do nas słowami: „you’re supercool, guys” i, jak można przeczytać na facebookowym profilu zespołu, najchętniej zapakowałby nas do swoich walizek i zabrał ze sobą. Obiecali, że wrócą.

„Solange” – występ tej „indie Beyonce” był hitem całego OFF Festivalu. Jej koncert został odwołany parę dni przed rozpoczęciem festiwalu, stąd powstał niemały zamęt i chaos wśród festiwalowiczów. Jakież było zdziwienie niektórych, kiedy na scenie zamiast siostry Beyonce, pojawili się… tajscy muzycy! The Paradise Bangkok Molam International Band stanął jednak na wysokości zadania i porwał cały tłum do tańca. Przez wielu występ ten okrzyknięty został koncertem OFF Festivalu.

Nathalie And The Loners – piękna i skromna dziewczyna z gitarą i o czarującym głosie. Przyjemne kompozycje, idealne do leżenia w upalny dzień na trawie, jak i również do radosnego podrygiwania (bujająca się i klaszcząca mała dziewczynka na barkach taty świadkiem!)

Japandroids – o koncertach tej dwójki z Vancouver można pisać dużo, przede wszystkim człowiek wychodzi po nich spocony, szczęśliwy i spełniony. Panowie mają niespożyte pokłady energii, co udziela się innym. Jest żywiołowo, radośnie, a wszystko to zasługa jednej gitary i perkusji. I oczywiście „ooooh!” wykrzykiwanego przez tłum. Jak zwykle Brianowi nie zamykała się buzia między utworami (choć na początku uprzedzał, że nie chce marnować czasu i zagrać jak najwięcej). To nic, chyba zdążyłam się przyzwyczaić. Widziałam Japandroids po raz drugi i mam nadzieję, że nie ostatni.

Veronica Falls – dwie dziewczyny i dwóch chłopaków z angielskiej ziemi. Dokonali czegoś, według mnie, niesamowicie trudnego – mianowicie zebrali publiczność zaraz po wykraczającym poza wszelkie ramy koncercie My Bloody Valentine. Zadanie trudne, ale im się udało. Mało tego, wszyscy świetnie się bawili i domagali się bisu. Zagrali mocniej i bardziej gitarowo, niż na longplayach, za co jeszcze większy plus! Ich występ znajduje się w mojej ścisłej czołówce najlepszych koncertów OFF 2013.

My Bloody Valentine – nie ma co się oszukiwać, koncert MBV był najważniejszym koncertem całego festiwalu. Zobaczyć i usłyszeć na żywo legendę muzyki, twórców shoegaze, to było coś! Koncert przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, muzycy stworzyli piękny hałas. Nie ma sensu się tutaj rozwodzić. Majstersztyk i profesjonalizm w jednym.

Fucked Up – szybkie, noisowe, gitarowe granie i… potężny frontman bez koszulki i z owłosionymi plecami wybiegający z Trójkowego namiotu, a za nim zgraja ludzi… coś niesamowitego. Dla tego widoku warto było przyjść i posłuchać. Zatyczki do uszu okazały się niezbędne, był to jeden z głośniejszych koncertów całego festiwalu.

zawody:

UL/KR – liczyłam na ich występ bardzo. Cieszyłam się, że usłyszę te dźwięki na żywo. Jestem oczarowana tym, co wychodzi spod rąk Bartka Króla. Jednakże, UL/KR okazał się zespołem niefestiwalowym. Pomysł był dobry – podzielić koncert na dwie części, zrobić dwa długie utwory, gdzie umiejętnie jeden kawałek przechodzi w drugi, jednakże pora dnia (godz. 17:00), jak i scena – Scena Leśna, nie okazały się strzałem w dziesiątkę. A szkoda. Liczę, że spotkam się jeszcze z muzyką UL/KR w bardziej kameralnych warunkach.

The Smashing Pumpkins – koncert jednego z ważniejszych zespołów lat 90. niestety nie zapisze się na długo w mojej pamięci. Choć pojawiły się sztandarowe utwory, wybrzmiewał hit za hitem, to czegoś brakowało, coś nie współgrało. Było za cicho, bez emocji, bez wzruszeń. Koncert ratował jedynie głos Corgana i … basistka (tutaj na pewno zgodzi się ze mną męska część publiczności). Szkoda.

 

Wybór Sebastiana:

Stara Rzeka/1926 – Żałuję, ale widziałem po kilkanaście minut koncertów, jedno co mogę powiedzieć to: dobra muzyka w złym czasie.

Zbigniew Wodecki with Mitch&Mitch – Bardzo dobrze, że takie inicjatywy mają miejsce na tego typu imprezach, przypomina nam to nie tyle o tym, że Pan Zbigniew jest OFFowy ile o tym, że przybywają na ten festiwal ludzie szukający niekoniecznie nowych, niezależnych brzmień. Nie moja bajka, ale podobno fajne.

Guardian Alien – Scena eksperymentalna, przez pierwsze dwa dni, była miejscem, w którym spędzałem większość czasu. A oglądanie dzieci szatana, sprawiało nie lada frajdę. Przypomniał mi się koncert, z której z poprzednich edycji, gdzie dokładnie w tym miejscu wystąpiło Liturgy. Polecam zobaczyć, gdzieś, kiedyś, jeśli nie mieliście okazji.

The Smashing Pumpkins – zrewidowali moje postrzeganie muzyki, która w latach młodzieńczych powodowała ciarki na plecach. Przez wzgląd na cudowne chwile, które spędziłem słuchając Corgana kiedyś, wymarzę ten występ z pamięci.

Blondes – Pierwszy dobrze nagłośniony koncert pierwszego dnia (to nie jest tylko moje zdanie). Tanecznie, pozytywnie, po wyżej wspomnianej porażce, powrócił uśmiech i chęć powrotu na festiwal kolejnego dnia.

Bisz – Płyta HH ubiegłego roku (tak, tak pewnie to tylko moje zdanie). A na festiwalu, mam wrażenie chłopak nie do końca się odnalazł. Niby były „hity”, ale zabrzmiało to trochę jak reklama mniej lotnych utworów B.O.K.

UL/KR – Obiekt westchnień szanującego się hipstera. Nie powiem, płyty tego duetu zabrały mi wiele godzin życia, ale niedopuszczalne jest wrzucanie takiej muzyki na godzinę 17:00, kiedy po twarzy bije słońce.

KTL – Oj tak, zdecydowanie tak, i jeszcze raz TAK. Słuchanie w dusznym namiocie post-apokaliptycznych dronów, które momentami doprowadzały do dziwnego stanu, kiedy miałem ochotę wyjść, a coś mówiło mi: jest dobrze zostań. Jeden z trzech najważniejszych koncertów tego dnia, a może nawet całego festiwalu.

Bohren Und Der Club Of Gore – Tutaj chciałbym napisać naprawdę dużo, ale brak mi słów. Ścieżka dźwiękowa do umierania, myślę, że tak właśnie wygląda czyściec. Czy coś innego co może nas czeka, po drodze do lepszego/gorszego świata. Jedni wychodzili z koncertu zapłakani, inni całą drogę do ogródka nic się nie odzywali. Drugi najważniejszy koncert OFF.

Godspeed You! Black Emperor – Number One! Po tym koncercie trzeci dzień OFF’a był już zbędny. Fakt, że zespół się reaktywował, że brzmi świetnie, że zagrał na tym festiwalu, to już wystarczająco dużo, żeby się cieszyć. Kto był wie o czym mówię, kto nie był, no cóż, może się okazać za dwa miesiące, że zespół znowu nie istnieje.

John Grant – Przez wzgląd na ogromny sentyment do tego Pana, powiem że mi się podobało. Chociaż tym, co nie mieli okazji oglądać go na pełnowymiarowym własnym show, polecam szukać występów solo.

Fire! – Jest jazz, jest moc! Niesamowicie dobra rzecz. Momentami, czułem się jakby na scenie występował ktoś z ekipy Zorna.

Goat – Ładnie, kolorowo, tańczące Panie, cały czas tańczące Panie, przez pełną godzinę tańczące Panie. A muzycznie? Muzyka świata, czyli afrykańskie rytmy prosto ze Szwecji.

My Bloody Valentine – Są ojcami albo matkami (?!) shoogaze. To trochę tak jakby wielbić twórcę Daewoo Lanos, za to że stworzył auto którym jeździ połowa polaków. Niby zrobił coś dobrego, ale żeby to było ładne? Tyle w temacie.

 

PS.

Jedno z czym nie mieliśmy problemu to ze wskazaniem minusów organizacyjnych:

1 – rozumiemy, że firma/sponsor od zbliżeniówek musi zarobić, ale żeby zmuszać ludzi do kombinowania (kupowanie po 19 kuponów bo za 20 to już karta), a potem uniemożliwić im jeszcze płacenie bo terminale nie działają?

2 – piwo 0,33 za 7,5 – FAIL!

3 – bankomat – cisną mi się na usta pewne epitety, ale postaram się delikatnie. Gdzie ktoś miał głowę, żeby na 12 tysięcy ludzi dać 1 (słownie JEDEN) bankomat?

Jest tego jeszcze trochę, ale wyjdzie, że przyszliśmy tylko narzekać więc damy sobie już spokój

A tutaj FOTORELACJA