no-joy-more-faithful
komentarzy

No Joy – More Faithful [Mexican Summer Records; 2015]

No Joy? Bez radości? A i owszem, w końcu, po dwóch płytach w dyskograficznej rozpisce, trzecia nareszcie wchodzi w pewną konotację z nazwą tego wdzięcznego wizualnie i dźwiękowo bandu. Zacznijmy jednak od samego początku, cofnijmy się zatem gdzieś do roku 2009, kiedy w kronikach muzycznych całego globu zaczyna pojawiać się dwuwyrazowa nazwa wówczas jeszcze nikomu nic nie mówiącego zespołu – No Joy. Na tamten moment tworzą go Jasamine White-Gluz i Laura Lloyd, z czasem powiększy się o Garlanda Hastingsa na bębnach i Michaela Farsky’ego na baśce – na długo jednak do NJ przylgnie łatka „dwóch lasek rżnących ostre garażowe granie”. Problem polegał jednak na tym, że owe garażowe granie wyglądało z początku całkiem nieźle jeśli chodzi o połączenie go z dwoma niewinnymi osobnikami płci żeńskiej, same utwory też były całkiem przyzwoicie skonstruowane, ale panie dość szybko wystrzelały się z asów, co objawiło się najnowszą płytą. Wahające się oceny poprzednich płyt przyniosły skutek, który z największą przyjemnością (wbrew nazwie) określę jako pozytywny.

Jeden z ciekawiej ewoluujących ostatnio gatunków muzyki gitarowej jakim jest shoegaze i tutaj wtrącił swoje trzy grosze – More Faithful żegna się na dobre z ostrzejszym łojeniem na kilku akordach i dziko-punkowych biciach na rzecz eterycznego, oprawionego echem sennego grania, które jakby nie zważając na poprzednią inkarnację No Joy, sprawdza się tutaj doskonale. Teraz to już nie są „jakieśtam dwie laski grające rockopodobne stworki” tylko jedno z kolejnych i rzetelnie nawiązujących wcieleń którejkolwiek z legend gatunku. Poza tym, uświadczycie tu trochę naprawdę specyficznej, repetatywnej mieszanki spod znaku psychodelii/dream popu/shoegaze’u/lo-fi/fuzzu, czego przykładem może być senne, ciągnące się niczym rozgrzana krówka Moon in my Mouth – efekt ten nie wziął się z księżyca (ha!), bowiem w More Faithful raczył umoczyć swoje palce Jorge Elbrecht, człowiek, dla którego pojęcie dziwności nie istnieje, zwłaszcza gdy regularnie współpracuje się z osobnikami takimi jak Ariel Pink. Interwencja wyżej wymienionego producenta sprawiła, że More Faithful nie ma na celu trafienia tylko do młodocianego undergroundu shoegazowego, który w snach widzi Neila Halsteada, w szafie ma ukrytą kapliczkę poświęconą Kevinowi Shieldsowi, a także koniecznie uczy się gry na instrumencie, niewątpliwie Fenderze Jaguarze – nic z tych rzeczy. More Faithful w dość subtelny sposób zahacza o muzykę popularną, tak jak Ariel Pink o disco/retro pop (co innego, że jest to pastisz tych gatunków), by w swej wyjątkowości uczynić tę twórczość bardziej przystępną. Jeśli chodzi o shoegazową część tej płyty, to nie ma w niej żadnych, ale to żadnych złudzeń w kwestii tożsamości bandów, które zainspirowały No Joy. Otwarciem jest prawdziwa bomba, która nie tylko nie gaśnie w połowie, ale i trzyma równą temperaturę przez całość utworu – to zaskakujące Remember Nothing, które nie daje nawet chwili, by przygotować się na obcowanie z tą płytą – No Joy doskonale wie czego chce, a dodatkowo umie to bezbłędnie sprzedać już pierwszym utworem. Klasyczne shoegazowe „pojękiwania” dodatkowo przeciągnięte echem, fuzzujące gitary, szybkie tempo perki, dość jednolity bas z automatu cofają nas w przeszłość. Bliźniaczo podobnym jest Corpo Daemon, które przynajmniej nie usypia bezpłciowym wokalem, a raczej hipnotyzuje refrenem powtarzanym niczym mantra i gitarami uzbrojonymi w efekty, co ostatecznie daje iluzję legendarnej „ściany” hałasu. Całość albumu trzyma dość jednakowe tempo, które nie pozwala się zanudzić, jednakże przeplata także utwory gatunkowo – ta bardziej „radiowe” za standardowym gitarowym graniem odzianym w skórę szugejzu – taka konstrukcja sprawia, że od pierwszej minuty do ostatniej znajdujemy w utworach coś interesującego, zanurzamy się w jeden klimat, by kolejny utwór całkowicie nam go zburzył i pokazał zupełnie nowy, czasami budzący skrajnie inne uczucia. I Am An Eye Machine jest jakby symbolem tego rozwiązania – to znacznie bardziej pesymistyczny utwór, spokojny, leniwy, senny, ale w jakiś sposób również hałaśliwy, będący idealnym kompromisem między tym, w czym No Joy się do tej pory specjalizowało, a w czym może się specjalizować w przyszłości. To doskonała quasi-końcówka płyty, która dowodzi, że warto skupiać się na płycie do ostatnich minut, bo zawsze i w nich może nas coś zaskoczyć.

No Joy zaczyna eksperymentować ze swoim wizerunkiem i tym co sobą prezentują – zarówno na papierze, jak i w praktyce. Pierwotnie band ten kojarzono z rockiem garażowym jakich wiele, który – owszem – technicznie nie miał zbyt wielu ubytków, jednak na dłuższą metę nudził, a także nie wróżył owocnej przyszłości. W końcu jednak More Faithful ujrzało światło dzienne, co nie oznaczało jedynie kolejnych momentów z naprawdę dobrą muzyką, a coś większego – dla nas małą, dla Kanadyjczyków z No Joy wielką rewolucję, która w przyszłości może przynieść jeszcze więcej. Ważne, że NJ uczy się od najlepszych i z najlepszymi współpracuje. Być może z premierą kolejnego albumu uznamy More Faithful za mało znaczące preludium?