my-dying-bride-feel-the-misery
komentarzy

My Dying Bride – Feel the Misery (2015; Peaceville)

Ugryzienie najnowszej płyty MDB sprawiło więcej satysfakcji, niż można by przypuszczać. Nie dość, że z wierzchu danie było chrupkie, to nadzieniem podsycało wrażenie obcowania z produktem w pełni dojrzałym i pretendującym do miana najlepszego albumu brytoli. Zanim jednak przejdę do przedstawienia konkretów – garść zrzędzenia.

Od momentu wydania For Lies I Sire w 2009r. obóz umierającej panny młodej zaczął kombinować w kwestii wydawnictw. Najpierw przyszła Evinta – do wyboru mieliśmy wydanie jedno, dwu bądź trzypłytowe, zawierające przearanżowane utwory albo też luźne ich interpretacje. Na przestrzeni lat materiał wydaje się być bardzo ambitny, wymagający, nieprzyswajalny całościowo, a jedynie za sprawą tych utworów, które dobitnie świadczyły o powrocie do przeszłości. Świadectwem tego niech będzie doskonały pierwszy krążek z monumentalnym In Your Dark Pavilion jako kompozycją rozpoczynająca album. Wydawnictwo wydane z okazji jubileuszu dwudziestolecia, przyjęte zostało dwojako. Momentami spotkało się nawet z niezrozumieniem przez fanów, przyzwyczajonych do zupełnie innego natężenia mocy (tu generowanej przez patos instrumentów dętych, smyczkowych).

Kontrą do rozmarzonej Evinty była jednoutwórowa EP konceptualna – The Barghest O’ Whitby, która przynosiła ciężar porównywalny z pierwszymi albumami brytyjczyków. Było w tym materiale dużo z estetyki horroru, całość była bardzo rozbudowana i wielopłaszcyznowa pod względem tempa czy też samej treści. Jedni wierzyli w powrót do korzeni, inni wyczekiwali pełnoprawnego albumu. Mimo dość ryzykownego zabiegu (utwór zawarty na EP miał ponad 27 minut), został on przyjęty entuzjastycznie.

W roku 2012 nadeszła pora na A Map Of All Our Failures, który okazał się naprawdę dobrym materiałem. Gwiazda panny młodej rozświetlona została jeszcze kilkakrotnie do roku 2015, między innymi za sprawą kompilacji. The Vaulted Shadows (bo o niej mowa) zebrało The Barghest oraz wydany w 2013r. kolejny EP Manuscript (znacznie lżejszy niż jego poprzednik) i wydane zostało w formie jednego CD, pod nową szatą graficzną. Chwilę wcześniej Peaceville postanowiło zrobić skok na kasę i wydać piątą (!) kompilację pod nazwą Introducing My Dying Bride.

Rzecz zaczęła irytować. Nastąpiły kolejne zmiany w składzie oraz zapewnienia nagrywania pełnoprawnego albumu. Domysłom nie było końca. The Manuscript dawał jako taki obraz sytuacji, ale mając na uwadze zabiegi zespołu (Evinta, EP, składane EP, kompilacja), należało oczekiwać nieoczekiwanego. No i stało się. W wakacje zespół wypuścił utwór promujący nowy album.

And My Father Left Forever zamknął usta niedowiarkom, którzy z przerażeniem w oczach czytali doniesienia Aarona, który stwierdził, że materiał jest najbardziej komercyjnym dziełem MDB.
Zacznijmy od tego, że chłop ma po prostu racje. Malowany wieloma kolorami otwieracz jest kwintesencją tego co wywoływało tupanie nóżką przy genialnym The Dreadful Hours. Pełne spektrum fantastycznych rozwiązań aranżacyjnych spotykamy na każdym kroku. Mamy skrzypce, fortepian, wielobarwne wokale Aarona przechodzące od jego charakterystycznego zawodzacego wokalu przez krzyk po niski growl. Jest też bardzo dużo mrugnięć okiem do fanów zespołu w postaci nawiązań do przeszłości – To Shiver in Empty Faces brzmi momentami jakby wyjęty został z procentowej płyty (zwłaszcza w zwolnieniu), podobnie dzieje się w A Cold New Curse (okolice trzeciej minuty to powiew przeboju z The Angel…The Cry of Mankind).
Tytułowy utwór ma cholernie piosenkowy charakter i potencjał na koncertowy przebój, zresztą jak kolejny na liście – A Thorn of Wisdom. Przepięknie wydłużony wstęp, który ma coś w sobie z Two Winters Only, złamany zagęszczeniem około pierwszej minuty i jednym z ciekawszych popisów wokalnych Aarona. Przepiękny, niemalże transowy utwór emanujący spokojem nie zburzonym nawet przez wchodzące późno gitary, budowanie na planie ambientowych teł i perkusji. Wspominałem o nawiązaniach? I Almost Loved You to jakby wyciągnięty z Evinty majstersztyk ambientowy, jako jedyny na liście pozbawiony perkusji, gitary i basu – i powiem jedno – sprawdza się to doskonale.
Na koniec mamy coś z wolnych rejonów, w których MDB pławi się od zawsze – i wychodzi mu to wyśmienicie, zwłaszcza kiedy nadciąga kraniec płyty i okazuje się on totalną destrukcją doomową, pełną opętanych blackowych ryków, zwolnioną do maksimum.
Oczekiwania zostały spełnione. Błyszczy oko na stwierdzenie, że wkrótce wyjdzie winyl z Feel the Misery. Kto ustawia się ze mną w kolejce?