dead-can-dance-within-the-realm-of-a-dying-sun-front
komentarzy

Muzyka pisana światłem – wprowadzenie + Dead Can Dance – Within The Realm of A Dying Sun

Muzyka pisana światłem – wprowadzenie

Było to nagłym objawieniem, było jak rumieniec, który staramy się opanować, a potem, gdy oblewa nam twarz, poddajemy mu się, uciekamy na najdalesze krańce i tam drżymy, wiedząc, że świat zbliża się do nas nabrzmiały zdumiewającym znaczeniem, nabrzmiały zachwyceniem, które rozdziera jego cienką skorupę i bucha, wylewa niezwykły balsam na rany i pęknięcia. Wtedy, w takich chwilach, widziała błysk świateł; zapałkę płonącą w krokusie, ukryte znaczenie niemal jasno wyłożone. Potem to, co było bliskie, oddalało się; to, co było dojmujące, łagodniało. Było już po wszystkim, chwila mijała.

Virginia Woolf, Pani Dalloway

Zatrzymać chwilę – oto jedno z wielu zadań sztuki, najpełniej wyrażone w impresjonizmie. Chciałbym zapoznać czytelników z moją koncepcją estetyczną, będącą wynikiem wieloletnich obserwacji świata, ściśle mówiąc – jego kontemplacji. Jest to teoria wysoce introwertyczna, najbardziej zrozumiała dla osobników, którzy stronią od wiru i huku życia towarzyskiego, skłaniając się chętniej ku sztuce i instrospekcji.

Otóż czym jest w ogóle chwila? Najprościej rzecz ujmując, to ograniczona subiektywnymi zazwyczaj ramami krótka przestrzeń czasowa, podczas której zachodzi jakieś zdarzenie, proces myślowy lub spostrzeżenie zmysłowe jednostki. Ramy czasowe chwili mogą ulec częściowej obiektywizacji w przypadku poszerzonego grona osób, będących jej odbiorcami, czy też uczestnikami. Dzieje się tak na przykład podczas koncertu muzycznego, gdy pianista wykonuje fragment utworu, czemu przysłuchuje się publiczność. Ramy czasowe kompozycji (chwili) są takie same dla każdego obecnego słuchacza, chociaż uczucia towarzyszące indywidualnemu odbiorcy mogą być różne. Wprowadzę teraz pewien prosty podział. W moim mniemaniu momenty można podzielić ze względów kwantyfikacyjnych oraz kwalitatywnych. Pierwsze ze zróżnicowań:

  • pospolite
  • rzadkie

Przez chwile pospolite rozumiem takie, które zdarzają się dosyć często, na tyle często, że jednostka przyzwyczaja się do nich lub przestaje je postrzegać w sensie intelektualnym. Momentów tego typu jest najwięcej, trafiają się codziennie. Chwile rzadkie, natomiast, jak sama nazwa wskazuje – nie zdarzają się często, a umysł ludzki przykłada do nich większą wagę (choć nie jest to regułą – gdy spotykamy na ulicy osobę, którą widujemy kilka razy w roku, a nie mamy z nią żadnej więzi emocjonalnej, wtedy najczęściej szybko zapominamy o całym zdarzeniu).

Na początku należy zaznaczyć, że nie ma dwóch takich samych chwili, co w pewien sposób ilustruje myśl Heraklita z Efezu:

Nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, bo już inne napłynęły w nią wody.

Złudzeniem jest jakoby dany moment mógł mieć lustrzane odbicie w przeszłości. Dlatego wyraz chwila nie powinien mieć liczby mnogiej, jednak w niniejszym artykule poczynione zostanie uproszczenie – zostanie ona użyta dla oznaczenia momentów do siebie podobnych, lecz nie identycznych.

Podział kwalitatywny:

  • neutralne
  • estetyczne
  • ekstatyczne

AD 1: Są to momenty, które w minimalnym stopniu wpływają na nasze emocje i psychikę. Siedzimy na tarasie i nagle obok nas przelatuje mucha. Jeśli owad nie zabzyczał nam tuż obok ucha, poruszając wrażliwy zmysł słuchu, to owe kilkusekundowe spostrzeżenie zostaje przez nas szybko zapomniane, nie wywołując żadnych poważniejszych uczuć i przemyśleń.

AD 2: Są to momenty, które w znacznym stopniu wpływają na nasze emocje i psychikę. Siedzimy na tarasie i nagle słyszymy dźwięk trąbki. Ktoś gra znaną nam melodię. Po chwili domyślamy się, że to Summertime Gershwina. Lubimy ten utwór, zatem spędzamy z przyjemnością tę chwilę. Uczucia estetyczne mogą spotęgować dodatkowe spostrzeżenia zmysłowe, takie jak zapach ogrodowych kwiatów lub pieszczotliwy w dotyku kot, który właśnie przemknął w pobliżu. A jeśli przypomniemy sobie, że w młodości byliśmy na koncercie Milesa Davisa, który wykonał jazzową aranżację utworu; chwila ta nabieta dla nas wielkiego znaczenia i pozostanie na długo w pamięci.

AD 3: Są to momenty, które w najznaczniejszym stopniu wpływają na nasze emocje i psychikę, a co więcej wywołują poczucie niesamowitości, nierealności czasu i przestrzeni oraz sprzyjają doświadczeniom mistycznym. Wierny klęczy w świątyni i nagle przez witraże wlewają się do środka promienie zachodzącego słońca. Organista gra właśnie fragment Oratorium Haendla, co w połączeniu z oszałamiającym zapachem kadzideł wywołuje w tej jednostce poczucie obcowania z bóstwem. Człowiek ten ma wrażenie obcości własnego ciała, oczy mu zachodzą mgłą, a śpiew kapłana i innych wiernych jest przez niego odbierany jako chór aniołów. Po kilku minutach wszystko wraca do normy, lecz chwila ta będzie prawdopodobnie jednym z najcudowniejszych doznań w życiu tej jednostki.

W moim mniemaniu życie jednostki wrażliwej, odczuwającej potrzebę zbliżenia się do prawdy, jednostki, której egzystencja targana jest tragiczną dychotomią między własnym ideałem, a oczekiwaniami społeczeństwa; życie takiej osoby winno być poświęcone następującemu celowi: wyzwoleniu duszy z więzienia ciała, co pozwoli stworzyć człowiekowi bezpieczny przytułek w niedoskonałym świecie. Wyzwolenie to nie uda się bez ćwiczenia silnej woli, opanowywania popędów i zniwelowania uzależnień. W dzisiejszym świecie staje się to coraz trudniejsze – gwałtowny postęp technologiczny oraz zwiększająca się presja społecznego przystosowania i uniformizacji (jak mawiał Schopenhauer, na nietuzinkowe jednostki napiera tłum wrogich istot heterogennych); te czynniki przeszkadzają w pracowaniu nad własnym charakterem.

Wracając do mojej teorii chwil, uważam także, że wyzwoleniu duszy sprzyja nagromadzenie przeżywanych chwil estetycznych i ekstatycznych. Katalizatorami takich momentów są przede wszystkim piękno natury i sztuka. Zatem jednostka, która dąży do doskonałości, powinna jak najczęściej skupiać swą uwagę na zjawiskach przyrodniczych zachodzących we wszechświecie oraz obcować ze sztuką wysoką: literaturą, muzyką i sztukami plastycznymi, których celem nie jest zaspokojenie prymitywnych instynktów (co wyraźnie widać we współczesnej muzyce pop), lecz wywołanie w odbiorcy przeżyć niezwykłych, pobudzających do przemyśleń na temat Tajemnicy Istnienia.

Właśnie w tym celu powstał niniejszy felieton. Pragnę zapoznać czytelników z najpiękniejszymi dziełami muzyki współczesnej, których przesłuchania będą momentami estetycznymi i ekstatycznymi. W tym celu udzielę także wskazówek, w jaki sposób zmaksymalizować wrażenia dźwiękowe, poprzez synestezyjne łączenie wszystkich zmysłów.

dead-can-dance-within-the-realm-of-a-dying-sun-front

Część I: Dead Can Dance – Within The Realm Of A Dying Sun

Twórczość Dead Can Dance można wyraźnie podzielić na kilka okresów. Debiutancki album to muzyka będąca mieszaniną rocka gotyckiego i post-punku oraz elementów etnicznych. Niesamowita jest transowość tych dźwięków,  przypominających obrzęd haitańskiego voodoo. Na drugiej płycie mamy kontynuację tej stylizacji, chociaż pojawiają się elementy „neoklasyczne”, co jest zapowiedzią kolejnego wydawnictwa, które chciałbym opisać w niniejszym artykule. W kolejnych latach wykształciło się klasyczne brzmienie zespołu, magiczny amalgamat muzyki średniowiecznej, renesansowej i etnicznej z różnych zakątków świata. Wydany tuż przed rozpadem grupy Spiritchaser, w całości nasycony jest tym ostatnim gatunkiem muzyki. Kilka lat temu Lisa Gerrard i Brian Perry ponownie skrzyżowali swoje ścieżki, czego rezultatem była płyta Anastasis, stylistycznie zbliżona do Spiritchaser.

Płyta Within The Realm Of A Dying Sun podzielona jest na dwie części. W pierwszej śpiewa Brendan Perry, nastomiast w tej drugiej słyszymy głos Lisy Gerrard. Już pierwsze dźwięki brzmią co najmniej magicznie. Nazwa początkowej kompozycji została zaczerpnięta z twórczości francuskiego symbolisty Charlesa Baudelaire’a. Inspiracje tym wybitnym poetą fin-de-sieclu można zauważyć także w tytule poprzeniego longplaya (Spleen i Ideał). Brendan i Lisa zapraszają nas w muzyczną podróż do korzeni kultury europejskiej.

W muzyce na tej płycie pełno jest mistycznego światła, które emanuje z dźwięków, stylizowanych na muzykę średniowiecza z wpływami orientalnymi. Brendan Perry swoim tajemniczym, patetycznym głosem wyśpiewuje melancholijne skargi, które osnute są mgiełką organów, cymbałów i instrumentów smyczkowych. Pełno w tym wszystkim jakiegoś niewysłowionego do końca bólu, być może po stracie bliskiej osoby. Najlepiej jest to słyszalne w warstwie tekstowej. Jednak prawdziwa uczta muzyczna rozpoczyna się od utworu czwartego. Dawn Of The Iconoclast zawiera podniosłą introdukcję, wygrywaną na trąbkach i trombitach. Po chwili odzywa się przejmująco piękny głos Lisy Gerrard, intonującej pieśń w fikcyjnym języku (co jest charakterystyczną cechą wokalnej twórczości tej niezwykłej artystki), pulsującym efemerycznością drobinek kurzu, które osadzają się na pękniętej antycznej rzeźbie, zdobiącej mauzoleum ukryte gdzieś na cmentarzu Père-Lachaise (okładka płyty to zdjęcie wykonane właśnie na tym słynnym miejscu pochówku Chopina oraz Piotra Abelarda i Heloizy). Następny utwór to grywana na każdym koncercie Cantara, niezwykle dynamiczna kompozycja pokazująca pełnię możliwości wokalnych Lisy. Jej eteryczny, unoszący się jakby spoza granic świata materialnego kontralt okraszony jest bardzo silnie zaakcentowanymi instrumentami perkusyjnymi. Emocjonalny finał to jeden z najpiękniejszych momentów w całym albumie. Dodam, że na płycie koncertowej Toward The Within zawarte jest jescze doskonalsze wykonanie tego utworu – polecam posłuchać.

Dwie kompozycje wieńczące płytę to hymny stworzone przez aniołów, nie przez człowieka. W szczególności Persephone.

Słuchając tego nagrania łatwo wyobrazić sobie opuszczony gotycki kościół, do którego wejście znaleźć jest dosyć trudno, jako że bujna roślinność porasta otoczenie pustostanu. Jednego z ostatnich dni jesieni, gdy blade słońce głaszcze szare lica ludzkie, a ostatnie szatańskie tanga zeschłych liści zapowiadają śmierć Persefony, udajemy się na wyprawę do tego miejsca. Przedzierając się przez kępy pokrzyw, łopianu, poprzez rumowiska cegiel i luźnych desek, docieramy do bocznego wejścia. Skrzypnięcie wrót wpuszcza do świątyni świeże powietrze, które wchodzi w konflikt z pokładami stęchlizny, kurzu i rozkładu, od wielu dekad królujących w tym siedlisku bóstwa. Pajęczynowi cesarze dekadencji oślepieni nagłymi odwiedzinami są niby ranny krete, które nie mogą schować się pod ziemię. Jakaś bluźniercza woń napełnia cały kościół, niby wspomnienie najazdu barbarzyńców, wyrosłych z europejskiego łona ludów – Skandynawii. Od czwartej minuty utworu słychać dźwięki, które na pewno nie zostały wytworzone na naszym świecie. Zbudzone bóstwo odzywa się nagle zza skłębionych chmur, wysyłając strumień sacrum, który wlewa się lento przez kolorowe witraże, zdających się teraz zmieniać swoją konsystencję na płynną – postacie świętych wylewają się z barwionego szkła, ustępując przed Lugiem, Heliosem, a być może zwykłym mirażem Absolutu, który powstaje czasami w umysłach ludzkich spragnionych ikaryjskiego lotu.  Światłość spływa na Lisę, uświęcając jej arkadyjski śpiew, zawierający kwintesencję najwyższego piękna Wszechświata.

Chyba nie muszę dodawać, że Within The Realm Of A Dying Sun jest arcydziełem.