Musicians_from_Zliten_mosaic
komentarzy

Muzyka pisana światłem III

Bartolomeo-Veneto-lute

Muzyka pisana światłem III – O doświadczeniu pośrednim i bezpośrednim

Dzisiejszy odcinek felietonu, pisany po bardzo długiej przerwie, będzie zupełnie odmienny od poprzednich dwóch. Słucham właśnie płyty Astigmatic Krzysztofa Komedy.  Za oknem ciemność zimowego wieczoru. Przed oknem hermetycznie ukryty mały pokój, w którym toczą się tajemne boje między szalejącym z dionizyjską pasją Zbyszkiem, a atonalnym potokiem duszy Krzysztofa. Czasami pojawia się chwila wytchnienia – zapaśnicy wyciszając się delikatnie, spoczywają w  cieniu własnego talentu. Wszakże wirtuozeria genialnego kwintetu wymaga ogromnych pokładów potęgi nie tylko fizycznej, ale przede wszystkim psychicznej. Pośród tych wysokich amplitud polskiego jazzu klasy najwyższej, moje myśli odłączają się od niewidzialnej esencji, którą nasycona jest ta tymczasowa czworościenna świątynia dźwięku. Ich pragnieniem jest przedostanie się do innego, piękniejszego i bardziej pradawnego wymiaru doświadczenia estetycznego. Nie są to tęsknoty nieuzasadnione.

Uwielbiam wspominać lekcje przyrody w szkole podstawowej. Jest we mnie nieokreślona tęsknota do dalekich, egzotycznych krajów. W dzieciństwie często siadywałem na szerokim parapecie w pokoju z widokiem na zachodnią stronę świata. Przez okno można było dostrzec rozległą łąkę i zagajnik na horyzoncie. Najpiękniej było tam w momencie udawania się słońca na spoczynek. Niezwykła synteza gasnących promieni, unoszących się mgieł, delikatnego wiatru i rozśpiewanych ptaków. Wtedy moje myśli odrywały się od rzeczywistości i peregrynowały do afrykańskiego buszu lub aborygeńskich osad. Wyobrażałem sobie skąpane w blasku zachodzącego słońca terytoria rdzennych plemion żyjących w zgodzie z naturą. Imaginację podsycały nagrania zespołów takich jak Enigma, Era i Deep Forest. W owych zamierzchłych czasach chętnie eksplorowałem glob na stronicach atlasu geograficznego. Fascynowały mnie zawsze miejsca wywołujące nostalgię za podwieczorkowym ciepłem słońca, długimi cieniami drzew i wolno płynącą wodą. Z niecierpliwością oczekiwałem na pierwszą lekcję przyrody. Żyłem w przeświadczeniu, że na zajęciach zgłębiać będziemy barwne środowisko naturalne odległych zakątków świata. Z wielkim optymizmem oczekiwałem na lekcje o zwierzętach i roślinach Afryki czy Ameryki Południowej.

W końcu nadszedł ten moment. Po schodach wychodziło się na najwyższe piętro. Sala znajdowała się prawie na samym końcu korytarza. Drewniana podłoga wzbudziła nieskończoną w swojej rozciągłości tęsknotę za inną, egzotyczną przestrzenią. Zajęcia odbywały się zazwyczaj późnym popołudniem, co wzmagało efekt niesamowitości. Przez okna widoczna była ściana górskiego lasu oraz pola i zagajniki. Słońce wlewało się delikatnie do środka i rozświetlało drobinki kurzu unoszące się nad skrzypiącą podłogą, aby osiąść na starych meblach. Atmosfera cudowności uniemożliwiała mi skupienie się na zajęciach. Prowadzący, kawaler w starszym wieku nosił zawsze szare sweterki w paski. Wyglądał jakby pochodził z innej, piękniejszej epoki. Kończąc zajęcia pakował rzeczy do dużej, czarnej altówki i zakładał starodawną kurtkę. Wychodził ze szkoły żwawym krokiem i kierował się na przystanek autobusowy. Pozdrawiał mijających go uczniów skinieniem głowy. Ten codzienny rytuał miał w sobie coś z magii dawnych lat. Później okazało się, że program nauczania przyrody był zupełnym przeciwieństwem moich oczekiwań. Uczyliśmy się zagadnień bardzo ścisłych: skala, obliczanie kąta padania promieni słonecznych czy gęstości zaludnienia. Nie było za wiele miejsca na poznawanie różnorodności biologiczno-geograficznej wszystkich kontynentów. Jednak moje wspomnienie tych zajęć pozostało nieskażone rozczarowaniem. Z nostalgią wracam do lekcji przyrody, które stanowiły dla mnie obraz ginącego świata. Później coraz częściej rozczarowywali mnie ludzie. Barwny świat poznany na kartach atlasów geograficznych (a później w literaturze pięknej) uległ rozmyciu, a szarość pokryła codzienną egzystencję. Przyczyną tych zjawisk jest nie tylko mój wyidealizowany obraz rzeczywistości (który stworzyłem wiodąc pustelniczy żywot).

Wiele dziesiątek tysięcy lat temu między człowiekiem, a przyrodą można było postawić znak równości. W moich słowach umieszczanych w różnych przestrzeniach internetowych często poruszam temat związany z relacją kultura-natura. Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach, kiedy ten stosunek uległ zapomnieniu (gdyż proces całkowitego zniszczenia natury przez człowieka wydaje się być coraz bardziej nieuchronny), naczelnym zadaniem ludzkości powinno być odnowienie dyskursu, o którym cały czas wspominam. Niestety, daleki jestem od optymistycznych prognoz dla naszego gatunku. Zanurzamy się coraz głębiej w ruchome piaski postępu technologicznego, który kusi rzekomą wizją raju pełnego szczęśliwości dla każdego. Coraz mniej osób dostrzega, że dalsza automatyzacja i technicyzacja życia grozi śmiercią człowieka jako niepowtarzalnej i wspaniałej jednostki. Transhumaniści chcą w pełni zintegrować nasze ciało z rozmaitymi wynalazkami. Twierdzą, że w ten sposób pozbędziemy się naturalnych, biologicznych ograniczeń i wydłużymy własną witalność. Rozmaite korporacje snują już plany wypełnienia współczesnych domostw elektronicznymi wspomagaczami, mającymi rzekomo ułatwić nam życie. Jest w tym oczywiście ziarno prawdy, być może wydajność naszego codziennego bytowania ulegnie poprawie. Jednak koryfeusze postępu nie biorą pod uwagę kilku niezwykle ważnych założeń. Od niepamiętnych czasów przyroda regulowała funkcjonowanie królestwa roślin, zwierząt, drobniejszych tworów, a w dodatku sprawowała pieczę nad pięcioma nieożywionymi elementami. W momencie gdy człowiek przywłaszczył sobie prawo do rządzenia wszechświatem, stało się jasne, że Matka Ziemia zemści się za niewybaczalną zniewagę wobec pradawnej siły kreującej i niszczącej istnienie. U starożytnych stoików (a także wielu innych filozofów starożytności) naczelną zasadą rozsądnego i owocnego życia była zgodność z naturą. Współczesny człowiek, odwracając się plecami do swoich korzeni, przemienia się w coraz bardziej słabą (fizycznie i psychicznie), leniwą, rozpieszczoną, niesamodzielną i zdegenerowaną istotę. Dowody? Myślę, że to zbyteczne – polecam odwiedzenie domu przeciętnej amerykańskiej rodziny. Najgorsze jest to, że przeciętna europejska (w tym polska) familia nie odbiega już zbytnio od wzorca zza Atlantyku. Oto owoce globalizacji! Ale nie tylko tego – dlaczego kondycja człowieka stała się aż tak opłakana w dwudziestym wieku?

W epoce prehistorycznej człowiek odczuwał całe piękno wszechświata wyłącznie za pomocą swoich zmysłów. Nie było żadnych pośredników w rodzaju książek, obrazów, nagrań, czy ekranów. Inaczej mówiąc – doświadczano bezpośrednio. U zarania dziejów logiczne, racjonalne myślenie nie było na porządku dziennym, choć niewątpliwie przejawiało się w czynnościach mających na celu zaspokojenie elementarnych potrzeb człowieka (polowanie, zapewnienie schronienia, odzienia, ciepła, podział obowiązków w grupie plemiennej itp.). Jednak zdecydowanie przeważało myślenie intuicyjne – komunikacja przebiegała przy pomocy niewielu wyrazów, a partnerzy dobierali się prawdopodobnie wyczuwając osobników podobnych genetycznie. Później jednak, w wyniku mieszania się ras (najwcześniejszym przykładem takiego zjawiska jest łączenie się neandertalczyków z przybywającym z Afryki homo sapiens), geny człowieka paleolitu uległy osłabieniu. Wtedy rozpoczyna się postęp technologiczny na szerszą skalę – nowe wynalazki stopniowo zastępują utracone przez nas dawne umiejętności. Pojawia się także sztuka, początkowo mimetyczna – ma za zadanie naśladować rzeczywistość, której człowiek nie przeżywa już aż tak silnie, jak przedtem. Jej funkcją jest także przybliżyć śmiertelnika do poziomu transcendencji – w poprzedniej części felietonu opisywałem związek szamanizmu z pierwotną muzyką.

Wieki mijają, a ludzie coraz bardziej zatracają związek z naturą – przełom stanowi wiek dziewiętnasty, w którym stworzono podwaliny pod nowoczesność. Jednostka w sztucznej, industrialnej przestrzeni miejskiej odczuwa wieczny niepokój, który przeradza się w nerwicę i zaburzenia osobowości. Wreszcie sztuka przestaje naśladować rzeczywistość – jej celem jest już tylko uspokojenie rozkołysanych nerwów mieszkańca wielkich metropolii. Artyści nie odwołują się już do harmonii czy zasady decorum. Ich twory polegają najczęściej na dekonstrukcji zastanego porządku, są abstrakcyjne (malarstwo), atonalne/nieharmonijne (muzyka), postdramatyczne (teatr). Tylko poprzez estetykę groteski, szoku, hałasu i hiperboli są w stanie wywołać w widzach katharsis. Ostatnim stadium doświadczenia pośredniego stał się ekran, który można określić jako heterotropię. Jest to pojęcie wprowadzone przez Michela Foucaulta, oznaczające przestrzeń, której esencjonalną cechą jest obrazowanie innej przestrzeni. Kino wyszło naprzeciw potrzebom znerwicowanego przedstawiciela nowoczesności i podało mu na tacy gotowe wyobrażenia. W kolejnych dekadach przejęły to inne dziedziny sztuki. Współczesny teatr coraz bardziej oddala się od antycznej, pierwotnej formy, która była integralnie złączona z kultem. W starożytnej greckiej tragedii o wydarzeniach drastycznych lub niemożliwych do scenicznego przedstawienia informował posłaniec. Obecnie takie rozwiązanie wywołałoby protest widza, jest on przecież przyzwyczajony do tego, że całe wydarzenie wyświetli się przed jego oczyma na ekranie. Nagość i brutalność nie wywołuje od wielu lat skandalów. Tak naprawdę doświadczanie bezpośrednie jest już praktycznie niemożliwe do zaobserwowania. Serwisy społecznościowe takie jak Facebook, Instagram czy Twitter zachęcają ludzi do eksponowania własnego życia w przestrzeni publicznej. Spróbujmy wyobrazić sobie dzień przeciętnego przedstawiciela klasy średniej w naszych czasach.

Jego dzień wcale nie zaczyna się od ćwiczeń fizycznych przy otwartym oknie, czy choćby zjedzenia śniadania. Zanim wstanie z łóżka sprawdza w przenośnym urządzeniu aktualności w serwisach społecznościowych. Zajmuje mu to sporo czasu, więc nie zawsze zdąży zjeść poranny posiłek. Jeśli jedzie do pracy własnym samochodem, to często włącza GPS – nie kieruje nim intuicja lub pamięć, tylko obca maszyna. Czasami to rozwiązanie może być faktycznie przydatne, gdyż miasto jest przestrzenią sztuczną, w której wrodzone człowiekowi umiejętności odnajdywania drogi w terenie nie mają aż takiego zastosowania. Wszakże już dla Joyce’a Dublin był jednym wielkim labiryntem. Jednak – jak zostanie wykazane w dalszej części wywodu – nawigacja samochodowa nie zawsze jest błogosławieństwem. Jeśli nasz bohater przemieszcza się za pomocą komunikacji miejskiej, rzadko kiedy odzywa się do współpasażerów. Najczęściej odizolowuje się od innych, słuchając muzyki przez słuchawki lub (ponownie!) przeglądając Internet w telefonie. Sytuacja dotychczas niespotykana w historii – wystarczy przypomnieć sobie Idiotę Fiodora Dostojewskiego lub Lochy Watykanu Gide’a. Jeszcze pół wieku temu w pociągu mogło dojść do zawiązania bardzo trwałych znajomości, a długi czas podróży umilany był rozmowami, grą w karty i innymi rozrywkami wymagającymi bezpośredniego kontaktu między ludźmi. Obecnie pasażerowie są zwykłymi członkami anonimowego tłumu. Po dotarciu na miejsce pracy opisywana osoba (jeśli jest to pracownik umysłowy) zasiada za biurkiem, gdzie włączony jest komputer. Coraz rzadziej w procesie komunikacji biznesowej stosuje się połączenia telefoniczne czy rozmowę w cztery oczy – najczęściej do przekazywania informacji używa się poczty elektronicznej, w której kodem porozumiewawczym jest wyłącznie pismo. Nawet podczas rozmaitych imprez i spotkań towarzyskich w niewielkim gronie nie ma już miejsca na doświadczenia bezpośrednie. Uczestnicy zabawy robią sobie mnóstwo zdjęć, które od razu zamieszczają na swoich profilach w portalach społecznościowych. Po chwili pojawiają się w sieci pierwsze reakcje – komentarze i „polubienia”. Bawiący się więcej czasu spędzają na obserwowaniu procesu upubliczniania się ich spotkania, niż na rzeczywistej integracji między sobą. Czyżby ponowoczesny śmiertelnik był aż tak niepewny własnego Ja, że musi nieustannie szukać jego potwierdzenia w zwierciadle społecznym? Wygląda na to, że jest w tym dużo prawdy.

Kolejnym zadziwiającym przykładem współczesnego doświadczenia pośredniego są wycieczki w tereny wiejskie lub niezamieszkałe. Idąc górskim szlakiem coraz częściej można spotkać turystów gapiących się w ekran przyrządu do nawigacji. Ktoś zapyta – co w tym dziwnego, przecież GPS jest ekwiwalentem papierowej mapy. Otóż nie do końca – używając komputerowej nawigacji zdajemy się całkowicie na łaskę urządzenia i nie musimy wysilać szarych komórek w celu analizowania mapy. Co jeśli urządzenie nagle rozładuje się lub niespodziewanie ulegnie uszkodzeniu? Nie ulega wątpliwości, że miłośnik nowych technologii zgubi się, gdyż zapewne nie zna się na orientacji w terenie. Prawdopodobnie nie wie nic o położeniu najważniejszych gwiazd, ani nie widzi żadnego zastosowania mchu. Zatracił te pradawne umiejętności zakochując się w cywilizacji, zapominając jednocześnie o własnych korzeniach. Także w sferze rozrywki widać degenerację – gry sieciowe wyjaławiają zdolności empatii, podczas gdy dawne, planszowe były świetną okazją do wzmocnienia jedności między ludźmi. Co ważne – w grach pierwszego typu rezygnuje się z rozwijania wyobraźni, serwując nam piękną, realistyczną grafikę i oszałamiające efekty specjalne. Redukowanie tej niezwykle cennej sfery umysłowości człowieka odbywa się jednak przede wszystkim w systemie edukacji. Szkoły dążą do wykorzenienia indywidualizmu w jednostce, zrównując ją do poziomu masy. Pomocne w tym procesie są wszelkie punktowe testy (zamiast ocen opisowych), wzmagające w młodych ludziach chęć konkurowania, także w późniejszym życiu zawodowym – niezła paralela z systemem kapitalistycznym! Pedagog przestaje być kimś w rodzaju mentora, przewodnika młodych ludzi po świecie nauki. Spada jego autorytet, uczniowie traktują zajęcia wyłącznie jako przymus. Po skończeniu edukacji mogą być jedynie doskonałymi maszynami, pionkami w systemie, a na pewno nie osobami wykonującymi swój zawód z pasją. Obecnie wszelkie problemy na świecie próbuje się rozwiązać za pomocą nowych technologii. Czymś niewiarygodnym są na przykład pomysły drukowania mięsa w celu nakarmienia głodnych obywateli Trzeciego Świata. Wiele niedogodności zdrowotnych likwiduje się już naszpikowanymi elektroniką protezami. Co jeśli nagle zabraknie na całym świecie prądu, w wyniku jakiejś katastrofy naturalnej? Będziemy zgubieni.

Jeźdźcy zachodniej cywilizacji zapewne teraz zakrzykną: „co w tym złego, przecież naturalną cechą organizmów jest dążenie do ewolucji, a człowiek także się zmienia, więc zatrzymywanie postępu to głupstwo!” Przepraszam bardzo, ale ja nie zamierzam żyć w świecie, w którym wrażliwość w relacjach międzyludzkich spłyca się do poziomu kamienia, nic nie doświadcza się bezpośrednio, wszechobecne ekrany ogłupiają ludzi swoim orwellowskim barbarzyństwem (a w dodatku szpiegują, na co sami zgadzamy się – por. ostatnia książka Zygmunta Baumana o inwigilacji!), je się sztuczne mięso, drukuje domy (sic!),  nasze ciało naszpikowane jest elektroniką monitorującą zdrowie, sztuka stanowi jeden wielki amalgamat szumów i trzasków (a dla mniej inteligentnych – sztucznych popowych laleczek), całkowicie zapomniano zastosowania ziół występujących w przyrodzie, drzewa stanowią coś w rodzaju oazy na pustyni, a koncerny farmaceutyczne inkasują olbrzymie zyski ze sprzedawanych antydepresantów.

https://www.youtube.com/watch?v=jo6c58lt7KQ

Co zatem można uczynić? Jedynym rozwiązaniem jest stopniowy powrót do korzeni. Przywrócenie najważniejszej roli doświadczeniom bezpośrednim. Utopią są niestety pomysły anarchoprymitywistów (pomimo całego szacunku jaki żywię dla szlachetności podobnych zamiarów), którzy chcą dokonać rewolucyjnej (jeśli chodzi o tempo zmian) negacji całej cywilizacji. Należałoby utworzyć wpierw niewielkie grupy, które zdecydowałyby się żyć na przekór modelom lansowanym przez większość. Myślę, że nie ma potrzeby zakładania czegoś w rodzaju komun hipisowskich. Jak pokazuje historia, społeczności alternatywne tego rodzaju nigdy nie przetrwały długo. Duńska Christiania szybko stała się siedliskiem degeneracji – handlu nielegalnymi używkami. Lars von Trier w filmie Idioci pokazuje grupę, która postanawia żyć poza wszelkimi konwenansami i umowami społecznymi. Idea ciekawa, lecz jak pokazuje reżyser – niemożliwa do realizacji. Dlatego jestem zdania, że proponowane przeze mnie mikrospołeczności powinni być stosunkowo nieformalne, niewielkie i nie odcinające się całkiem od nowoczesności. Kluczowym zamiarem zwolenników bezpośredniości i tradycji, byłoby uświadomienie ludziom, że istnieje alternatywa dla bezdusznej cywilizacji techniki. Drobnymi krokami należy zbudować zalążek czegoś Nowego, a jednocześnie brzmiącego Znajomo.

Stadia powrotu do naturalności w sztuce:

  • sztuka abstrakcyjna (plastyka), atonalna/nieharmonijna (muzyka), modernistyczna/postmodernistyczna (literatura), postdramatyczna (teatr) [cywilizacja europejska od początków XX wieku, w przypadku teatru – od połowy XX wieku].
  • sztuka mimetyczna (plastyka), tonalna/harmonijna (muzyka), konwencjonalna (literatura), dramatyczna (teatr) [cywilizacja europejska od średniowiecza do początków XX wieku].
  • sztuka mityczna/etniczna/rytualna (muzyka, teatr, literatura, plastyka) [cywilizacje przedchrześcijańskie].
  • bezpośrednie doświadczanie przyrody [prehistoryczne wspólnoty plemienne].

W kolejnych odcinkach felietonu chciałbym objaśnić, w jaki sposób współczesny człowiek może dokonać stopniowego przejścia od doświadczenia pośredniego do bezpośredniego. Oczywiście na przykładzie muzyki.[divider]

Słowo o muzyce noise i ambient

sunlight-and-shadows

Nie potrafię opisywać zachodów słońca. Czuję się wtedy okropnie nieszczęśliwy, ponieważ nie jestem w stanie zatrzymać gasnącego piękna. Gniecie mnie coś w środku, myśli popełniają samobójstwo, jestem rozdarty na tysiąc kawałków, gdy tylko patrzę na nieboskłon ściemniający się w różanokremowy budyń. Delikatne, pierzaste piórka ocierają się o błękit. Wiatr rozrywa je, wygina, przeżuwa i wypluwa odkształcone, wydając na żer abstrakcji. Trąby niebiańskich korsarzy zwiastują Szoah trzeszczących na wietrze limf, które wpadną w szpony trupiogłowej, niewidzialnej siły.

Jak już wspomniałem w pierwszej części felietonu, jednym z najważniejszych zadań wrażliwego człowieka powinno być gromadzenie doświadczeń estetycznych i ekstatycznych. Nadal podtrzymuję moje twierdzenie, jednak chciałbym je uzupełnić o pojęcie doświadczenia bezpośredniego. Zabiegani i zestresowani ludzie doby ponowoczesnej potrzebują bardzo silnych stymulatorów wzruszeń. Nie powinna nikogo dziwić popularność gatunków noise, drone czy power electronics. Jeszcze kilkanaście lat temu takie dźwięki gościły prawie wyłącznie w muzycznym podziemiu. Obecnie czołowi wykonawcy pojawiają się na popularnych festiwalach, co dowodzi wzrostu zainteresowania wspomnianymi gatunkami. Sam cenię bardzo wielu artystów z tych kręgów i zdarza mi się chodzić na ich koncerty, które wywołują we mnie silne (i pozytywne) emocje. Dochodzenie do katharsis poprzez ściany gitarowego/elektronicznego hałaśliwego szumu jest bardzo łatwą metodą wejścia w stan ekstazy, bezpośredniego doświadczania świata. W ekstazie umysł jednostki zlewa się całkowicie z przyczyną wywołującą bycie poza sobą. Po przeżyciu takiej chwili przez kilka godzin, dni, a nawet tygodni zostają odsączone od naszej świadomości elementy przykre i budzące niepokój. Doświadczyłem owego stanu po koncertach  Swans, Vadera czy Bena Frosta. Dlatego nie potępiam ludzi, którzy tak czynią. Jednak ciągłe narkotyzowanie się hałasem ostatecznie nie przynosi dobrych skutków zdrowotnych, a sama forma muzyki oddala człowieka od natury.

Znacznie lepszym rozwiązaniem jest słuchanie muzyki spokojniejszej i mniej nasyconej hałasem. Z pomocą przychodzi ambient. Moje uszy natrafiły na ten gatunek już w dzieciństwie, ponieważ wspomniane na początku zespoły new age zawierały w warstwie brzmieniowej liczne elementy muzyki tła. Natomiast nieco później poznałem artystów bardziej związanych z opisywanym nurtem. W niniejszym felietonie przedstawię czytelnikom sylwetkę Briana Eno – jednego z najwybitniejszych artystów we współczesnej muzyce rockowej i elektronicznej, twórcę określenia ambient.

Początków jego kariery muzycznej należy wiązać z zespołem art rockowym Roxy Music, gdzie grał na syntezatorze VCS3. Muzyka tworzona przez grupę oscylowała na granicy rocka progresywnego, glam rocka i popu. W bardzo zbliżonej stylistyce tworzył w tym czasie David Bowie, co nie pozostało bez wpływu na późniejszą współpracę tych wybitnych muzyków. Po kilku latach owocnych występów z Roxy Music (polecam serdecznie przesłuchać album For Your Pleasure – piękny przykład łączenia awangardowych rozwiązań z przystępną, popową stylistyką), Brian Eno opuszcza grupę aby poświęcić się karierze solowej.

Pierwsze płyty artysty kontynuują wątki poprzednio poruszane w Roxy Music. Znów mamy do czynienia z art rockiem, balansującym na granicy przystępnych melodii i wysokiej klasy eksperymentów dźwiękowych (z naciskiem na instrumenty klawiszowe). O ile na debiucie Here Come The Warm Jets znajduje się więcej (nie zawsze – moim zdaniem – trafionych) rozwiązań pierwszego typu, to już kolejna płyta – Taking Tiger Mountain (By Strategy) – jest absolutnie rewelacyjną miksturą alchemiczną. Od strony budowy kompozycji nie ma nic do zarzucenia – wszystkie elementy składowe są bardzo dobrze przemyślane. Eno zgrabnie przeplata ostre hard rockowe (określane też jako proto punkowe) popisy gitarowe ze spokojnymi, refleksyjnymi melodiami. Utwór Third Uncle powinien być dobrze znany fanom zespołu Bauhaus, ponieważ Peter Murphy i spółka zrobili świetny cover, który przyćmił trochę oryginał. Do nagrywania obu płyt zostało zaproszonych wielu genialnych muzyków takich jak: Phil Manzarea, Robert Fripp, John Wetton, Robert Wyatt czy Phil Collins (wszyscy Ci wykonawcy wzajemnie sobie pomagali i występowali gościnnie na własnych produkcjach). Z takim składem po prostu niemożliwe było stworzenie słabych kompozycji. Należy także dodać, że przy produkcji albumu brał udział Peter Schmidt. Wybitny brytyjski akwarelista, grafik i artysta multimedialny razem z Brianem Eno stworzył system Oblique Strategies, oparty na talii kart, na których umieszczono sentencje wspomagające pracę twórczą. W przypadku momentów niemocy artystycznej losowano jedną z kart i stosowano się do przeczytanego napisu.

Kolejne dzieło Briana – Another Green World – prezentuje odmienną estetykę dźwiękową. Aby zrozumieć korzenie tej zmiany, cofnijmy się do roku 1972.

Właśnie w tym roku doszło do współpracy między wspomnianym już Robertem Frippem, a bohaterem niniejszego felietonu. We wrześniu artyści spotkali się w celu stworzenia muzyki, którą nagrano metodą nazwaną później Frippertronics. Wikipedia definiuje to następująco:

Frippertronics polega na sprzęgnięciu gitary z dwoma magnetofonami połączonymi jedną pętlą taśmy. Dźwięk jest nagrywany na pierwszym z nich a następnie odtwarzany, z pewnym opóźnieniem, na drugim. Długość opóźnienia może być regulowana przez zwiększenie odległości między magnetofonami.

Ostatecznie na kolaboracyjnym albumie No Pussyfooting znalazły się dwie rozbudowane kompozycje. Przypominają trochę minimalizm pierwszych płyt Terry’ego Rileya, którym zresztą duet mocno się inspirował. Maksymalnie rozciągnięte gitarowe fantazje Frippa wywołują niezwykle sugestywne wizje krajobrazu z gasnącym słońcem na horyzoncie, o czym wspominałem nieco wyżej. Korzeni ambientu należy bezsprzecznie szukać na opisywanym albumie, jednak pełne rozwinięcie gatunkowej stylistyki nastąpi kilka lat później.

https://www.youtube.com/watch?v=JZIl9DKmcrQ

Osiemnastego stycznia 1975 roku Brian Eno właśnie wychodził ze studia nagraniowego, gdy nagle nawiedziły go dziwne myśli o zbliżającej się śmierci. Właściwie już od tygodnia miał niepokojące przeczucia. Chwilę później wpadł pod rozpędzoną taksówkę. Trafił do szpitala. Pewnego dnia chorego odwiedziła przyjaciółka, przynosząc płytę z osiemnastowieczną muzyką na harfę. Gdy wyszła, Brian z trudem podciągnął się aby włączyć nagranie. Wkrótce okazało się, że jeden z kanałów dźwiękowych nie działa, a muzyka gra zbyt cicho. Artysta był w zbyt złym stanie, aby wstać z łóżka i naprawić usterki, zatem był skazany na taki odsłuch. Pokój pogrążony był w półmroku, a za oknem padał deszcz. Nagle mężczyzna zaczął słyszeć muzykę w sposób zupełnie inny niż kiedyś. Delikatnie trącane struny harfy, odtwarzane na granicy słyszalności z adaptera, wtopiły się w tło – doszło do niezwykłej syntezy ze światłem wpadającym do pomieszczenia i kaskadami deszczu. Dźwięki z nagrania co jakiś czas wznosiły się ponad szumiącą za oknem ulewę, aby znów schować się za nią. Przeżycia tego dnia zainspirowały Briana do zmiany kierunku w tworzonej przez siebie muzyce. Narodziny ambientu w pełni zainicjowała wydana jeszcze w tym samym roku płyta Discreet Music.

https://www.youtube.com/watch?v=oIVn3ItPfYU

Pierwszą część albumu stanowi trwający ponad trzydzieści minut utwór, który złożony jest z łagodnego syntezatorowego tła, powtarzającego się nieustannie. Ktoś mógłby zarzucić Eno, że w ten sposób przeciętny słuchacz umrze z nudów zanim minie pół godziny. Chciałbym oddalić tego rodzaju zarzuty. Polecam każdemu zaopatrzyć się w kopię Discreet Music i poczekać na pogodę, podczas której niebo pokryte jest chmurami pierzasto-warstwowymi, pierzasto-kłębiastymi (tzw. baranki) lub innymi majestatycznie wyglądającymi drobinkami pary wodnej. Odtwarzając nagranie (należy pamiętać o obniżeniu poziomu głośności) i spoglądając na horyzont doznaję nieokreślonego uczucia błogości. Często wyobrażam sobie, że okładka płyty przedstawia wiejską okolicę z kilkoma budynkami i iglicą kościoła, nad którymi widnieje armia postrzępionych obłoków. To obraz rodem z lat sześćdziesiątych lub siedemdziesiątych – wtedy to bowiem postęp nie dotarł jeszcze całkiem do niektórych rustykalnych terenów. Lokalne wspólnoty dobrze się znały, czuły także silny związek z ziemią. Do miasta jeździło się rzadko, wyłącznie w celu załatwienia ważniejszych sprawunków. Odnajduję się w takiej rzeczywistości.  To wizja utraconego dzieciństwa, które zostało wyidealizowane w kontraście do czasu teraźniejszego. Obłoki płynące wraz z delikatną i kojącą muzyką zbliżają do doświadczenia bezpośredniego – celem muzyki Eno jest nie tylko wprowadzenie słuchacza w stan przyjemnego odprężenia. To przede wszystkim portal do dawnego świata. Druga część płyty zawiera trzy wariacje na temat Kanonu D-dur Pachelbela. Zostały one wykonane przez orkiestrę pod batutą Gavina Bryarsa. W dosyć ciekawy sposób spowolniono tempo i dodano inne zmiany w formie utworu. Wszystko w konwencji ambientowej.

Szpitalne doznania Briana i ich konsekwencja, czyli Discreet Music, wywarły wielki wpływ na dalszą karierę muzyka. Na kolejnym albumie Another Green World z trudem można doszukać się pozostałości art-pop-rockowego stylu debiutanckich płyt. Przeważają krótkie kompozycje instrumentalne, potraktowane solidną dawką eksperymentalnych dodatków. Dominują syntezatorowe pejzaże nasycone marzycielskim i efemerycznym nastrojem. Znów do współpracy zostało zaproszonych kilku genialnych artystów takich jak John Cale, Robert Fripp i Phil Collins. Muzyka (a także okładka) wywołuje we mnie niezwykłe skojarzenia z niepokojącym malarstwem Giorgia de Chirico. Wspaniałe, doskonale wyważone dzieło.

4168021071_cc6af30434_b

Pod koniec 1975 roku zostaje wydana kolejna bardzo istotna dla historii ambientu płyta. Mowa o Evening Star – drugim owocu współpracy Frippa i Eno. Spójrzcie na okładkę:

https://www.youtube.com/watch?v=exNPo_GMkVI

Przepiękna, prawda? Obraz namalował Peter Schmidt, o którym wspominałem wcześniej. Evening Star jest moim zdaniem jednym z najpiękniejszych dzieł muzyki współczesnej. Wszystko rozpoczyna się wielowarstwowym syntezatorowym tłem. To niezwykłe wprowadzenie, nazwane Wind on Water, wywołuje we mnie skojarzenia z poruszającym albumem fotograficznym, który oglądałem w dzieciństwie. Jest w zachodniej Alasce rzeka zwana Delta. Płynie ona wśród arktycznej tundry, wypełnionej polodowcowymi tworami geologicznymi. Wiosną, w pobliżu sadzawek wytopiskowych można często dostrzec wędrujące stada karibu. Niedźwiedzie udają się na polowanie nad rzekę, przedzierając się przez kępy trawy, niewysokich krzewinek i brzóz karłowatych. Późnym popołudniem, kiedy słońce bliskie jest zniknięciu za otulonymi mgłą szczytami, zrywa się wiatr i zdaje się przyspieszać bieg Delty, rozkładając swoją niematerialność szeroko na wodzie. Gasnące promienie świetlistości rozproszone przez eoliczne pojękiwania, nurkują w chłodnych głębinach, tworząc odbicie wieczornego nieba.

Duet płynnie przechodzi do następnej, tytułowej kompozycji. Eno wytwarza dźwiękami wczesnowieczorny krajobraz o łagodnym obliczu. Fripp włącza się co chwilę z rozległymi gitarowymi impresjami, domalowując na nieboskłonie Hesperosa oraz smugi pozostałe po przejeździe rydwanu Heliosa. Słuchając tej kompozycji, wracam znów do czasów dzieciństwa. Zwykłem był wówczas siadywać na balkonie i kontemplować agonię dnia. Różnokolorowe chmury szybowały ponad widnokręgiem, uciekając przed podmuchami nieustępliwego wiatru, którego chłodną obecność czułem na policzkach. W oddali poszczekiwały psy, a śpiew ptaków zwiastował nadejście odwiecznego, cyklicznego rytuału przejścia. Na pobliskim pastwisku pasły się krowy, poszukując smaczniejszych kęp trawy. Gdy w wiejskim kościele uderzono w dzwon, zauważyłem jak wieczór nasącza się magią sfery sacrum. Pewnego razu zrozumiałem. Zrozumiałem, że atmosfera poprzedzająca zaśnięcie słońca jest najpiękniejszą okazją do doświadczenia przeżyć bezpośrednich. Przyczyną jest niezwykła, synestezyjna mikstura, którą człowiek wypija w takich chwilach. Bajeczna wielokolorowość chmur łączy się z muzyką wiatru, psów i ptaków, a delikatne światło głaszcze ściany budynków, kościelne witraże i korony drzew. Słońce i Księżyc są jedynymi świadkami czasów, gdy wszystkiego doświadczało się bezpośrednio. Należy próbować zbliżyć się do tych ciał niebieskich (w sensie metaforycznym) i spróbować pojąć istotę wszechświata, co czynili ludzie pierwotni tysiące lat temu. Pomocna tutaj będzie muzyka pisana światłem, czyli dźwięki wzmagające siłę obcowania z zachodami i wschodami słońca.

W kolejnym odcinku felietonu dokończę opis Evening Star oraz przejdę do analizy kolejnych płyt Briana Eno, równie frapujących i kunsztownie nagranych.