spiritchaseryf01
komentarzy

Muzyka pisana światłem: Dead Can Dance – Spiritchaser

Nie szumi liść, nie szumi gaj,
Jakie niebo, jaki kraj!
Z cegieł stoją wielkie góry,
A na cegłach leżą chmury.

I jam cierpiał i jam żył,       
Jam w letejskich wodach pił,
Dziś w Nilowe fale mętne
Patrzą oczy moje smętne.

Patrzę smutny, patrzę w dół,
Czy kto moje serce struł,       
Że śpi teraz jak łabędzie,
Że mu wszystko jedno wszędzie...

Juliusz Słowacki, Pieśń na Nilu

Jedną z codziennych praktyk hinduskich joginów jest obserwacja procesów zachodzących w przyrodzie. Sprzyja to uspokojeniu myśli i wypogodzeniu wewnętrznego oblicza. Nawet zwykły deszcz – pradawna siła użyźniająca ziemię – może służyć wyciszeniu duszy. W dzisiejszym odcinku Muzyki pisanej światłem udamy się w muzyczną podróż do miejsc, gdzie narodziły się pierwsze cywilizacje, a dokładniej – do Egiptu i Indii. W naszej wyprawie będziemy świadkami ulewnego monsunowego deszczu na ulicach Varanasi, spływającego kaskadami po ghatach. Powędrujemy także przez palący piasek Sahary, by dotrzeć do świętej rzeki kraju faraonów. Wyruszymy również na tratwie Kon-Tiki w kierunku Nowego Świata.

spiritchaseryf01

Część II: Dead Can Dance – Spiritchaser

Dzisiaj przyjrzymy się płycie Spiritchaser, ostatniej wydanej przed rozwiązaniem grupy w 1998 roku. Jak już pisałem w poprzednim odcinku felietonu, począwszy od schyłku lat osiemdziesiątych, Lisa i Brendan coraz częściej wplatali w swe kompozycje elementy pochodzące z muzyki etnicznej całego świata. Kwintesencją tych pomysłów był album Into the Labyrinth oraz opisywany Spiritchaser.

Pierwszy utwór to znakomite wprowadzenie w mistyczno-etniczny klimat wykreowany przez Dead Can Dance. Nierika (lub z hiszpańskiego Ojos de Dios) to w kulturze wielu plemion indiańskich rytualny artefakt w kształcie spiralnego oka, symbolizujący kontakt ze światem nadprzyrodzonym i łączność z przodkami. W tej kompozycji została użyta czurynga. To jeden z najstarszych aerofonów świata, używany między innymi wśród australijskich Aborygenów, Indian z obu Ameryk, ale także przez ludy bliskie naszej szerokości geograficznej. Starożytni Grecy wykorzystywali czuryngi w misteriach ku czci Kybele, bogini płodności, której kult sprowadzono do Hellady z Frygii. W folklorze Szkocji instrument ten był amuletem, służącym do odstraszania piorunów. Jak wynika z badań archeologicznych, znały go także ludy Skandynawii w okresie wczesnego neolitu. Należy dodać, że w Nierice czurynga jest wspomagana samplingiem, który zostanie wykorzystany w kilku innych utworach.

Słuchając późniejszych dokonań Dead Can Dance i solowych osiągnięć Lisy, zawsze mam przed oczyma kadry z filmów Rona Frickego – amerykańskiego reżysera awangardowego, znanego między innymi z kilku niezwykłych posunięć pędzlem kinematografu, które na trwałe zagościły w wielkim pejzażu (kina poświęconego dychotomii: Duch – Materia) współtworzonym przez takich twórców jak Tarkowski, Bergman czy Dreyer. Skojarzenie bardzo chyba zresztą słuszne – do najsłynniejszych dzieł Frickego: Baraka i Samsara, powstały ścieżki dźwiękowe, na których pojawia się sama pani Gerrard.


Wracając do Spiritchaser, trzeba nadmienić, że do pomocy przy tworzeniu szamańskich dźwięków Orientu, zostało przysłanych aż pięciu muzyków, zajmujących się instrumentami perkusyjnymi. Zaiste, imponująca jest owa mikstura idiofonów i membranofonów. Druga kompozycja, Song of The Stars, jest jednym z dwóch utworów, które zawierają wyraźnie śpiewany tekst. W warstwie lirycznej zawarto fragment hymnu Indian algonkińskich oraz inwokację stosowaną w haitańskich obrzędach voodoo. Pojawiaja się tutaj wyraz outó, oznaczający bęben. Aby w pełni wczuć się w klimat szamańskich misteriów, powinniśmy teraz oddać głos autorytetowi w tej sprawie, a mianowicie Jerzemu Sławomirowi Wasilewskiemu:

Nieodzowny dla szamańskich podróży bębenek jest kolejnym przykładem transformacji idei Osi Kosmicznej. Pełni tę rolę nie tylko dzięki jej wyobrażeniom na wymalowanej mapie świata. Jest zrobiony ze specjalnego, miłego duchom drzewa, wskazanego szamanowi w widzeniu sennym i pokryty skórą podobnie wyznaczonego renifera – zwierzęcia należącego do jasnej, niebiańskiej strefy. W specjalnej ceremonii „ożywienia bębna” ałtajski szaman musiał m.in. powtórzyć sceny wycinania drzewa, co odbywało się bez jego udziału. Stąd wysłani w tajgę współrodowcy wyczyniali tam najnieprzyzwoitsze brewerie, jakoby licząc na to, że zostaną one odtworzone w pierwszym seansie. Zostaje też złożona krwawa ofiara – krew zabitego oswojonego renifera służy nie tyle do wyświęcenia bębna, ile ściśle do jego ożywienia. Spryskana nią skóra jakby na powrót staje się upolowanym dzikim renem, ożywia ją też trochę rozlanej wódki. W sumie obrzęd „ożywiania bębna” przywracał życie – a więc i potencjał mediacyjny, zdolność pośredniczenia między ziemią a niebem – obu wykorzystanym obiektom: niebiańskiemu – niegdyś może totemicznemu – zwierzęciu i drzewu.

Jerzy Sławomir Wasilewski, Podróże do piekieł

W nieożywione instrumenty wykorzystywane przez zespół, wtłaczana jest witalna siła pochodząca z zaświatów. Dźwięki bębnów i grzechotek są jednym wielkim totemicznym chórem duchów przodków. Tym samym zrozumiała staje się nazwa Dead Can Dance. W utworze Indus ciekawą innowacją jest wprowadzenie klarnetu tureckiego. W połowie kompozycji słychać także melancholijne brzdąkanie na gitarze basowej, które może wywoływać niezwykle sugestywne wizje. Łatwo sobie wtedy wyobrazić tętniące życiem ulice hinduskiego miasta nad Gangesem lub Indusem. Promienie słoneczne przetaczają się przez stragany z żywnością, zaglądają do warsztatów rzemieślniczych, przemykają niezauważalnie po twarzach bawiących się w skwarze dzieci. Po chwili na niebie pojawiają się pierwsze chmury. Flotylla obłoków wkrótce dopływa do nadbrzeżnych ghatów, cień pada na rozgrzane schody, wypełnione wiernymi udającymi się wykąpać w świętej rzece. Nagle rozrywają się niebiosa, a na ziemię spada gwałtowna ulewa. Monsunowy władca zszedł wreszcie z tronów Kajlasu i Czomolungmy, aby zimową porą nawiedzić lud hinduski. Deszcz użyźni ziemię, przypominając o cyklicznym czasie prac rolniczych.

Wspomniane niskotonowe, gitarowe brzdąkanie jest w moim mniemaniu dźwiękiem, który może być świetnym katalizatorem wspomnień z przeszłości – niby Proustowska magdalenka maczana w herbacie. To także po prostu dobry sposób na wywołanie chwil estetycznych, które wpędzą nas w refleksyjny nastrój. Podobne brzmienie zostało nagrane na Silence Teaches You How to Sing, minialbumie norweskiego zespołu awangardowego Ulver.

Środkowa część płyty wypada niezbyt ciekawie w porównaniu z jej początkiem i końcem, chociaż. Następny utwór, Song of The Dispossessed, jest śpiewany przez Brendana z manierą bardzo…Stingowską. Tak, moje pierwsze skojarzenie po odpaleniu tego kawałka powiązane było właśnie z wokalistą The Police. Jest to także utwór, w którym najmniej słyszalne są elementy etniczne (przynajmniej w warstwie instrumentalnej). Niemniej ciekawie wypada tutaj pianino, nadające dziełu charakter ballady. Dalej mamy krótki przerywnik wypełniony aż po brzegi energicznym bębnieniem i grzechotaniem. Wąż i Księżyc to kontynuacja wątków gitarowych, osnuta zawodzącym z lekka kontraltem Lisy oraz powracającą niby bumerang czuryngą.

Wraz z przedostatnim utworem przenosimy się do słonecznej Afryki, gdzieś nad środkowy bieg Nilu. Właśnie następuje najbardziej wyczekiwany przez fellahów moment – pierwsze w roku opady deszczu. Wywołane (piszczałki i okrzyk nas o tym zapewniają) prawdopodobnie dzięki wstawiennictwu Hapy, bóstwa uważanego za uosobienie dynamicznych sił Nilu, wypływającego z wód praoceanu Nun. W dalszej części kompozycji przepięknym dodatkiem jest melodia wygrywana na cymbałach – jedyny taki fragment w całym Spiritchaser. Zawieszona jest ona gdzieś w barwach wieczoru, pomiędzy cykającymi w tle świerszczami.

Końcówka – odległa zapowiedź ścieżki dźwiękowej z filmu Gladiator, największego komercyjnego sukcesu Lisy Gerrard. Melancholijne outro, w którym pobrzmiewa sitar (szkoda, że nie ma tego indyjskiego instrumentu w innych utworach), wycisza słuchacza po wyczerpujących podróżach do gwiazd i piekieł w rytmie szamańskiej muzyki. Podsumowując, Spiritchaser to płyta bardzo udana, jedna z najlepszych Dead Can Dance. Co ciekawe, nie zebrała specjalnie pozytywnych recenzji, nawet niektórzy uważają, że to najsłabsze osiągnięcie duetu Perry i Gerrard. Ja sądzę całkiem przeciwnie – to album, w którym neoklasyczne, średniowieczne i renesansowe inspiracje (wprowadzane z wielkim powodzeniem w poprzednich wydawnictwach) ustępują bardzo szeroko pojętej muzyce etnicznej z całego świata, co w żadnym wypadku nie jest wadą, gdyż dźwiękowe podróże do korzeni cywilizacji pozaeuropejskich są równie frapujące jak wizyty w katedrze Notre-Dame, czy też w Kaplicy Sykstyńskiej.