a3041488504_10
komentarzy

Manta Birostris – Tasamouh (Self-release; 2014)

Nie siedzę w takich brzmieniach na co dzień, dlatego też pierwsza wymiana spojrzeń z Manta Birostris była raczej chłodna, zimna, nie oceniająca od razu, ale trzymana na dystans. Miałem w końcu doczynienia z diabłem morskim, idąc za tłumaczeniem z łaciny.
Spoglądające z okładki dziecko robi bardzo silne wrażenie, interesująco korespondujące z otwartością – jak można przetłumaczyć tytuł płyty. Co do niej samej – tutaj można by ukłonić się warstwie tekstowej, będącej jakgdyby relacją doświadczeń podmiotu (lirycznego?).
Adam Sokół pływa po kilku płaszczyznach wokalnych, od standardowego krzyku HC/punk, przez niemalże melorecytacje, zaśpiewy (Dwa Królestwa) czy złowieszcze szepty (Serce).
Ciekawie brzmi walcowato-dronowy, wspomniany już Dwa Królestwa, z mocnym akcentem wschodnim za sprawą saksofonu. Tworzy to kolaż naprawde dusznej, gęstej kompozycji z wyraziście zaznaczoną transowością. Efekt najsilniejszy z całego materiału na spółkę z instrumentalną Mantą.
W międzyczasie podczas osłuchiwania się z płytą, odpaliłem także inny utwór Manty, a mianowicie Boga Odrzuconego, co wywołało niemała konsternację, Jedyną klamrą spinającą przeszłość z przyszłością okazał się wokalista. Brzmienie, tempo, praca perkusji i gitar – wszystko tak bardzo inne od aktualnej Manty. Chm.
Krew za Krew cz.2 rozrywa powątpiewającymi zapytaniami – Przebaczenie? Pojednanie? – które to co wrażliwszych mogą wpędzić w lawinę rozmyślań nad stanem faktycznym rzekomego dobra. Dobra świata, czy też tego bijącego z twarzy dziecka z okładki. Ze niby zasłona, za którą mają miejsce obrazy i sytuacje dla dziecka niewskazane?

Bardzo konceptualna to płyta, nieraz oszczędna (skandowanie Manta Manta Manta w utworze o tym samym tytule, proste w konstrukcji, ale robiące wrażenie Serce), nieraz przeładowana i rozjeżdżająca się (pętla pętli w Manta; kakofonia w synchronach (Trędowaty), zapewne celowa, ale jednak drażniąca, mimo bardzo dobrego tekstu) czy przytłaczająca (cholernie długi, monotonny Ps 50 śpiewany prze chór z kościoła syryjskiego).

Żal trochę, że materiał nie brzmi tak jakby się chciało. Z jednej strony mamy brud garażowy, będący swoistym pewniakiem w przypadku albumów HC/punk, nie daje jednak spokoju rzecz, która człowieka nachodzi w momencie gdy przedziera się przez płytę. Jest nią uczucie obcowania z czymś, co wyróżnia się i to w taki nieoczywisty sposób (mówiłem przecież, że pierwszy kontakt był nie do końca zachęcający) – dlatego przystanę jednak na twierdzeniu, że brzmieć to powinno jak krwisty befsztyk a nie jak schabowy, pomimo ogólnego zadowolenia.