km-baner-2
komentarzy

Magiczny Fort

Występ projektu  Karpat Magicznych (aka The Magic Carpathians) dane mi było widzieć live raz na mysłowickim Offie. Wówczas w pamięć zapadły mi psychodeliczne, kwaśne dźwięki niesione w eter oraz widownia rozwleczona leniwie na festiwalowym piachu, sącząca zimny browar. Były sample, fujary, smyki i plumki, było bosko i festiwalowo.  

Tym razem powodem do ponownego stawienia czoła z dokonaniami grupy, określanej jako jednej z najpłodniejszych polskich formacji environment avangarda, była promocja 12-ej płyty Acousmatic Psychogeography (pierwsza płyta wydana sumptem ich własnej wytwórni World Flag Records), a ta zaś zwieńczeniem 10-letniej działalności zespołu. Koncert miał być podrasowany slajdami fotografii z podróży grupy za Koło Polarne, połączony z eksploracjami tubylczych rytuałów i technik wokalnych (lapońskie joiku), tak charakterystycznych w dokonaniach zespołu. Perspektywa wieczoru wydawała się bardzo podniecająca, podkreślając fakt, że koncert miał odbyć się w debiutującym na scenie muzycznej Krakowa, Forcie Kleparz. 

Gdy po półgodzinnym opóźnieniu (ujma dla zawodu dziennikarza!) wtargnęłam wreszcie w mury krakowskiej fortecy, pierwsze wrażenie było piorunujące – znalazłam się w muzycznych ekstatycznych szponach całej czwórki: charakterystycznych manipulacji sonicznych rdzenia zespołu Anny Nacher, multiinstrumentalisty jakich niewielu – Marka Styczyńskiego, schowanej w cieniu Urszuli Stosio na gitarze oraz dosłownie modlącego się na klęczkach nad swym samplerem Andrzeja Widoty z mojego ulubionego The Band of Endless Noise. 

Bez problemu znalazłam dogodne miejsce wśród widowni, dość szczątkowej, siedzącej dziwnie sztywno, czy to będącej w fazie muzycznego transu, czy też bojącej  pozwolić sobie na drobne nudne  zgarbienie.  

Mnie on zaczął się udzielać w regularnych odstępach – początkowo dałam się ponieść psychodelicznej przypowieści o Laponii, w której synchronizacja obrazu i dźwięku oraz naprzemienna melorecytacja i szepty wokalistki przyprawiały o gęsią skórkę, dając zalążek mroźnej krainy. Wyselekcjonowane na potrzeby koncertu tradycyjne instrumenty: gajdica, bęben uchiwa-daiko, czy też multum elektrycznych modyfikatorów brzmienia (generator Badoog) i innych przeszkadzajek oraz warsztat muzyczny członków zespołu fascynował. Bardzo dobry był zamysł przeplatania nowych trudniejszych do odbioru utworów z bardziej melodyjnymi gitarowymi z poprzednich dokonań zespołu. W nich główny wokal nie brzmiał tak pompatycznie i dawał słuchaczom chwilę odpoczynku od kakofonii Karpatów. Te ostatnie nawet wprowadziły niektórych w łagodne kołysanie, ruchy szyją, a może to po prostu naturalna zmiana pozycji zastałych na swych siedzeniach słuchaczy. 

Zespół jak zawsze był w profesjonalnej formie, porozumiewając się ze sobą bez słów (do stage freaków nie należą!), promieniował naturalnym ciepłem i euforią w tym, co robi. Widownia reagowała pozytywnie i wymusiła nawet encore. Riposta wokalistki była słuszna – „ A teraz zrobimy to, co lubimy najbardziej”. Zrobili słusznie – spokojny bis wydawał się dobrym kontrapunktem dla energicznego początku koncertu, który mnie ominął:). 

Pomimo zbalansowanego równania formy i treści, koncert jednak momentami nudził, a maniera wokalna Anny Nacher stawała się trudna w odbiorze. Jakkolwiek, znając całokształt zespołu oraz ich eksperymentalne psychogeograficzne ścieżki, można było się tego spodziewać. Psychodeliczny zastrzyk Karpatów zadziała na jakiś czas, bez konieczności regularnego jego powtarzania. 

Magdalena Szubert