LowerDensEscapeFromEvilCover2400-press_1_zpsefgrlqyo
komentarzy

Lower Dens – Escape From Evil [Ribbon Music; 2015]

Czasami przychodzi taki dzień w życiu człowieka (choćby za oknem nie było wiosny, czterdziestostopniowy żar nie roztapiałby nam słuchawek na uszach, ptaszki by nie ćwierkały, tu-wstaw-jakiś-inny-synonim-pięknych-okoliczności-przyrody), w którym pomimo całego zbioru zjawisk zawartych w sąsiadującym temu wyrażeniu nawiasie, chciałby sobie posłuchać jakiejś smutnej i melancholijnej muzyki. Spoglądasz na playlistę. Lycia zbyt chłodzi i jest dobra na przydługie zimowe wieczory. MBV się przejadło. Nawet Slowdive, który z MBV wygrywa w warstwie „płaczogennej”, nie wymusza już na naszej twarzy niczego poza niemalże niewidoczną zmianą kształtu ust na parabolę o ramionach skierowanych ku dołowi. Czyżbym był już na zawsze radosny i nie mógł znaleźć naprawdę zwiewnej i nostalgicznej kompozycji? A może nowe Lower Dens? Tak. Escape From Evil zdecydowanie wychodzi nam naprzeciw.

Muzycy z Beach House stworzyli naprawdę dobrą płytę… Ups. Chyba posklejały mi się kartki. A teraz kompletnie na serio – porównania najnowszego wydawnictwa Lower Dens do całokształtu twórczości BH przychodzą mi niemalże równie naturalnie i łatwo jak oddychanie. Dziewięć kompozycji zawartych na Escape From Evil ostro zahacza o dream pop spod znaku BH, jednakże tutaj większy akcent położono na instrumentalia, przy czym i one zostały wzbogacone mnóstwem elektronicznych ozdobników, mających ostatecznie niemały wpływ na dość ulotny i melancholijny wydźwięk całości. Weźcie sobie takie Sucker’s Shangri-La. No od pierwszych partii wokalnych jesteście skłonni wmówić sobie, że to Vicky Legrand na Bloomie. W tym też utworze pojawia się zasadnicza różnica, na bazie której łatwo rozgraniczyć muzykę tych bliźniaczo (zwłaszcza ostatnio) podobnych zespołów. Podczas gdy Legrand i Scally tworzą utwory dość jednolite, a jednak smutne i charakterystyczne w swej monotonii, kwartet z Lower Dens nie boi się większej ilości odcieni tych samych barw – mam na myśli jaskrawość i melodyjność ich kompozycji. Pomimo wokalu, który jednoznacznie opisuje i określa nastrój dominujący, instrumentalnie to wyborny twór z pogranicza dream-popu i bardzo łagodnej wersji indie-rocka.

Quo Vadis to nie tylko wyrażenie-klucz potrzebne do interpretacji tej płyty. To także tytuł jednego z utworów. Jednego z bardziej tanecznych (ale nie prostacko skomponowanych), jakie miałem okazję usłyszeć w tym roku. Świetnie sprawdza się praca perkusji (na całej płycie, przy czym ten utwór jest jedynie pretekstem do pochwały), gitara w tle czaruje, ale nie kradnie całej chwały, a wokal Jany Hunter błyszczy z klasą i stanowi źródło przekazu całego stosu niejednoznacznych emocji. A już w ogóle wszystkie pozytywne odczucia i wrażenie podsumowuje druga część klamry spinającej całość. Epilog tej dekadenckiej, popowej kolor-opowiastki – Société Anonyme. Gdyby Escape From Evil było równaniem matematycznym, to ten właśnie utwór byłby sumą najbardziej interesujących nas składników. Naprawdę, ma wszystko czego potrzeba, by pokazywać go młodocianym dream-pop/rockowcom i mówić dumnie: „patrzcie, do tego ostatecznie chcecie dojść”. Ma zabójcze tempo, mglisty wokal, tętniący bas, barwny motyw gitary i mnóstwo elektronicznych połysków. Cu-do.

Ach, będę wracał do Escape From Evil z pewnym rozrzewnieniem. To nie tylko płyta, którą ocenia się biorąc pod uwagę jej aspekt techniczny. Z nim, ramię w ramię, podąża merytoryczny, a ten jest tu niebywale silny. To naprawdę muzyka do kontemplacji siebie, jakkolwiek barwna i dźwięczna nie byłaby w warstwie melodii. Lower Dens zmaterializowało w mojej jaźni niesamowity paradoks między tymi aspektami ich twórczości. Zależnie od nastroju w momencie odsłuchu, na ten właśnie sposób będzie postrzegana. Eat this, Beach House.