Let The Boy Decide
komentarzy

Let The Boy Decide – Róż, czerń i małe miasteczka

Ostrzeszowska grupa Let The Boy Decide była jedną z gwiazd kolejnej edycji Niepokornych. Oderwaliśmy ich na chwilę od ładowania sprzętu i poprosiliśmy o krótką  rozmowę. O nowej płycie zatytułowanej Like The Earth, Like The Sun, Like The Ocean In The Night, wzajemnych relacjach i czeskiej scenie grind-core’owej rozmawiamy z wokalistką Magdaleną Nowetą i perkusistą Krystianem Pilarczykiem.

Marcin Niewiedział: Inspiracje muzyką amerykańską można usłyszeć niemal w każdej kompozycji Let The Boy Decide. Jak narodził się pomysł, aby tego rodzaju klimat przenieść nad Wisłę? 

Krystian Pilarczyk: Stworzenie takiego klimatu nie było zamierzone, po prostu najczęściej słuchamy muzyki, która jest w takiej właśnie stylistyce. Ktoś przynosi coś na próbę i prezentuje zespołowi. Jeśli się podoba, to reszta pomysłów i rozwiązań wynika już ze wspólnego grania. Tak po prostu, chyba jak w większości kapel.

Zainspirowany zdjęciem z okładki zastanawiam się, jak róż, czyli pierwiastek kobiecy, dogaduje się z czernią, czyli pierwiastkiem męskim. Z fotografii wynika, że to dziewczyna bierze górę nad chłopcami. 

Magda: Okładka nowej płyty miała wyglądać zupełnie inaczej, ale sesja, którą  wcześniej robiliśmy, wydała nam się na tyle udana, że postanowiliśmy ją wykorzystać do oprawy graficznej albumu. Na początku sukienka, w której miałam pozozwać do zdjęcia, miała być czarna, ale kazano mi ją przebrać, choć bałam się pokazać w tej różowej. Ostatecznie jednak podoba mi się ten kontrast.

Krystian: Istniała też  pewna obawa, że okładka będzie przypominała jakieś piosenki z bieszczadzkiego traktu, albo poezję śpiewaną przy ognisku, a tego byśmy bardzo nie chcieli (śmiech).

Pytam o relacje pierwiastków męskiego i żeńskiego na okładce, ale interesuje mnie też, jak dogadujecie się w zespole? 

Magda: Nasze relacje zmieniały się na przestrzeni czasu. Wcześniej zdarzały się kłótnie, trzaskanie drzwiami i tym podobne akjce. Były to jednak problemy pozamuzyczne, wynikające raczej z różnic płciowych. Teraz jest dużo lepiej, może dlatego, że właściwie jesteśmy już jak sześciu chłopaków (śmiech). Po prostu  przestałam zwracać uwagę na pewne rzeczy, zaakceptowałam je i chyba wszyscy się teraz dobrze bawimy wspólnym graniem.

Pierwsza płyta zatytułowana Counting The Red Stars przeszła jakby bez echa. 

Magda: Wtedy byliśmy trochę  młodsi i to było nasze pierwsze spotkanie z muzyką. Materiał zrobiliśmy dość szybko, po czym równie szybko przeszliśmy z nim przez studio. Trzeba przyznać, że tamte utwory były mocno niedopracowane przed nagraniem. Być może dlatego wyszły tak, jak wyszły: surowo, może trochę niestarannie i młodzieńczo. Później mieliśmy przerwę, spotkaliśmy na naszych drogach nowe osoby, które przyniosły ze sobą nowe fascynacje muzyczne.

Krystian: Do płyty Like The Earth, Like The Sun, Like The Ocean przyłożyliśmy się dużo bardziej. Ten materiał jest porządnie przećwiczony i przemyślany. Zaczęliśmy się również obracać w środowisku nieco innych ludzi. Dzięki ich pomocy, lepszej promocji, wreszcie możemy powiedzieć, że jesteśmy zadowoleni z tego, co się dzieje. Bardzo pomocny okazał się też bagaż doświadczeń związany z pierwszą płytą.

Wybrałem sobie jeden utwór z aktualnego albumu, który najbardziej zwrócił moją uwagę tj. Moira’s Hero. O czym opowiadacie w Waszych tekstach? 

Magda: Ten kawałek był bardzo szczegółowo dopracowywany na próbie, układany fragment po fragmencie. Bez problemu można by wyodrębnić z niego trzy różne utwory. Teksty są inspirowane w większości historiami z mojego życia i opowiadają głównie o kontaktach personalnych z innymi ludźmi. Zaznaczam jednak, że nie są w całości autobiograficzne. Nigdy nikogo nie zabiłam dźgając nożem w serce, jak śpiewam w jednym z kawałków. Część tekstów to tylko moje zapędy myślowe.

A ten konkretny – Moira’s Hero?

Magda: To opowieść o małym miasteczku, dokładnie takim samym jak nasz rodzinny Ostrzeszów. Bardzo przydałby się tam właśnie taki bohater, który wyrwałby ludzi z marazmu. Niestety, jak to zwykle bywa, kończy się na dobrych chęciach i pobożnych życzeniach.
Macie jakiś ulubiony fragment z nowej płyty, taką perełkę, którą moglibyście grać w nieskończoność? Krystian: Mam już tę  płytę tak osłuchaną, że rzadko wkładam ją do odtwarzacza, ale muszę przyznać, że jest tam wiele dobrych momentów. Mój ulubiony utwór (przede wszystkim do grania) to Ghost On The Road. Bardzo mi podszedł i gra się go naprawdę świetnie. Zresztą Moira’s Hero też. Chyba dla każdego z nas te dwa kawałki są najmocniejszymi fragmentami płyty.Magda: Całkiem inaczej traktuję  nasze utwory nagrane na płycie w porównaniu z ich koncertowymi wcieleniami. Im szybszy jest utwór, im więcej dźwięków zderza się w nim ze sobą, tym lepiej i łatwiej gra się go na żywo. Utwory jak Closer i Western świetnie brzmią na płycie, ale bardzo trudno jest utrzymać ten klimat na scenie.

Krystian: Poza tym w naszym przypadku trudno mówić o jakimś improwizowaniu, czy graniu na scenie z wielkim rozmachem. Jesteśmy zespołem, który jest dość statyczny w formie, ale moment taki, jak na przykład końcówka Moira’s Hero jest w porównaniu do reszty bardzo energetyczny.

Wspomniałaś już o Czechach, a ja jako że byłem tam niedawno na małym weekendowym wypadzie, spacerując po miasteczku studenckim w Pradze, miałem okazję podsłuchać próbę jakiejś kapeli, a czy wy macie tam jakieś znajome zespoły? 

Magda: Od kilku lat mamy tam znajomą grupę, która gra taki mroczny emo hard-core, straszną rzeźnię. To naprawdę świetni ludzie, polubiliśmy się. Występowaliśmy tam też z Blue Raincoat – zespołem, w którym wcześniej graliśmy z Krystianem.

Według mnie w Czechach koncertuje się wyjątkowo dobrze, szczególnie ze względu na publiczność. Choć zawsze kiedy dawaliśmy tam koncerty, towarzyszyły nam kapele z zupełnie innych klimatów – zwykle związane ze sceną punkową, crustową czy grind-core’ową. Mimo że wyróżnialiśmy się na ich tle, wszyscy dzielnie słuchali i nawet się podobało. Co ciekawe, bardzo dobrze sprzedawały się nasze płyty.

Planujecie powrót w tamte okolice przy okazji nowej płyty?

Magda: Mieliśmy jechać do Czech zimą, ale musieliśmy odwołać trasę ze względów osobistych. Mam nadzieję, że wreszcie wybierzemy się do tego kraju ponownie. Nękały nas choroby. Powiem ci, że starość  nie radość – po 26. roku życia, a przed trzydziestką jest chyba najgorzej (śmiech).

Czy macie poczucie tworzenia się w Polsce pewnego rodzaju sceny z muzyką podobną do tej, którą wykonujecie? W Polsce to raczej nowa fala i można chyba powiedzieć, że takie granie zapoczątkował zespół Iowa Super Soccer. 

Magda: Iowa jest jednak bardziej akustyczna.

Krystian: Ciężko powiedzieć, ale chyba nie chciałbym, żebyśmy tworzyli specyficzną, zamkniętą scenę. Wyrosłem na scenie punkowej, gdzie wszyscy ze sobą grali, znali się i utożsamiali z konkretnymi miejscami i grupami. Nie chciałbym, żeby teraz powstała jakaś taka scena zespołów grających stricte alt-country, bo to byłoby  po prostu sztuczne.

Magda: Fajnie jednak byłoby spotkać się z zespołami w podobnym klimacie na jednym koncercie, stworzyć specyficzny nastrój, który jest potrzebny przy odbiorze naszej muzyki. Niestety, pewnie nieprędko będzie ku temu okazja.

Krystian: Prawda jest taka, że ten gatunek nawet w Stanach Zjednoczonych powoli zamiera.

Czy macie plany, żeby z płytą anglojęzyczną  uderzyć gdzieś dalej niż Polska, czy nasi południowi sąsiedzi? 

Magda: Tak, najlepszym miejscem byłaby Ameryka. Chcielibyśmy nawiązać współpracę z wydawnictwami pokroju Secretly Canadian czy Gliter House, w których wydaje się takie zespoły jak Wilco, czy Magnolia Electric Co. Tam istnieje największa szansa, że kogoś zainteresuje nasze granie, bo w Europie stawia się na zupełnie inne klimaty. Z drugiej strony zdajemy sobie sprawę, że wybić się tam jest bardzo trudno.

Na naszym rynku jest teraz kilka kapel, które niedawno zaliczyły właśnie małe epizody w USA: nagrywały, produkowały, koncertowały, a teraz mogą  się tym chwalić… Wiecie, jak się to robi? 

Magda: Jeśli jest kasa, możesz wszystko. Wtedy można pozwolić sobie na pracę w dobrym studio i z odpowiednimi ludźmi. Tak właśnie się to robi. Ale my nie narzekamy!

Krystian: George Dorn Screams nagrali płytę w Stanach i poza tym, że została nagrana za Oceanem, nic specjalnego się nie wydarzyło. Moim zdaniem nie do końca wykorzystali dane im możliwości. Mieliśmy taki epizod z naszym zespołem Blue Raincoat. Wysłaliśmy płytę do masteringu Jackowi Endino i to się jakoś bardzo naturalnie rozegrało. Krótka wymiana maili i album szlifował nam producent Nirvany. Ale co z tego? (śmiech) Ten mastering wcale nie był jakiś wyśmienity.

Czy szykujecie już  następny album?

Magda: Możliwe, że kolejna płyta będzie bardziej gitarowa, ale wciąż w klimacie Let The Boy Decide. Cały czas koncertujemy, będziemy na jednym z najważniejszych w Polsce festiwali (na razie nie możemy zdradzić na którym). To na pewno ważne doświadczenie ze względu na możliwość pokazania się przed szerszą publicznością. Cały czas próbujemy.

Czego ostatnio namiętnie słuchacie, co Was inspiruje muzycznie?

Krystian: Czytam teraz książkę  o narodzinach grind-core’u, death metalu i innych szatanów, a do tego napierdzielam Napalm Death. Ten zespół mnie rozwala! Powracam do korzeni, bo chyba każdy kiedyś siedział w takich klimatach, a jak już nie mogę i się zmęczę, to puszczam sobie jakiegoś Lambchopa, czy inne Calexico.

Magda: Przez znajomego zahaczyłam ostatnio o jazzik, funky i big bandy, nawet nasz polski Big Band Katowice i odkryłam, że to bardzo dobra rzecz.

Krystian:  W moich słuchawkach gości ostatnio jeszcze Jerzy Milian.

Kto to jest Jerzy Milian? 

Krystian: Wibrafonista, który w latach sześciesiątych i siedemdziesiątych nagrywał z bandami jazzowymi i teraz nakładem Obuh Records ukazały się jego stare rzeczy, powyciągane gdzieś z archiwów Polskiego Radia. On w studiu nagrywał takie „kwaśne” rzeczy: minimale na wibrafonie, butelkach i jakichś dziwnych przedmiotach. Grywał z Komedą i Ptaszynem Wróblewskim, to już starszy pan. Polecam – Jerzy Milian.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Marcin Niewiedział