L.Stadt
komentarzy

L.Stadt – Kiedyś graliśmy jako dj’e

L.Stadt nie spoczęli na laurach. Po wydaniu świetnie przyjętego debiutu L.Stadt z 2008 roku, nagrywają właśnie drugą płytę. O zagranicznych wojażach i ulubionych miejscach  z Adamem Lewartowskim i Andrzejem Sieczkowskim rozmawiała Dominika Czapska.

EPka już jest. Kiedy planujecie wydanie całej płyty i jaka ona będzie? Fani czekają! 

Andrzej: W tej chwili poświęcamy czas na dopracowanie płyty – mamy nadzieję, że już niedługo  znajdziemy się na mecie. Chcielibyśmy wydać krążek z pierwszym dniem lata, ale to może się przeciągnąć jeszcze do września… Różnie bywa, chcemy ten materiał jeszcze dopieścić, dlatego prace nadal trwają. Koncerty spowodowały, że ciągle musimy przesuwać termin premiery.

Adam: Płyta będzie psychodeliczna i bluesowa. Będzie też oparta na emocjach związanych z naszym życiem.

Jak znajdujecie czas na życie grając tyle koncertów?

Adam i Andrzej chórem: To jest właśnie nasze życie!:)

Chcielibyście jeszcze ewoluować w swojej twórczości?

Adam: Cały czas mamy mnóstwo projektów na tapecie i bierzemy udział w wielu różnych wydarzeniach. Niestety nie na wszystko mamy czas. Najwięcej wciąż poświęcamy dla L.Stadt.

Andrzej: Kiedyś graliśmy jako dj’e…

Co graliście?

Adam: Nazwaliśmy to „eclecto” :).

Jak było w Stanach? Czy „alternatywa” w polskim wydaniu podobała się  publiczności? Graliście tam 13 koncertów. Jak przyjęła was tam polska publiczność? 

Andrzej: Wszędzie było  świetnie.

Adam: Muzyka podobała się. Jeśli chodzi o publiczność polonijną, to trafiliśmy na bardzo fajną ekipę, zostaliśmy ciepło przyjęci. Większość ludzi na koncertach była jednak narodowości amerykańskiej. Koncertowaliśmy w barach i nie tylko.

Andrzej: Tam jest tak, że jak w barze gra jakiś wykonawca, to ludzie słuchają, oceniają, biją brawo. Bezpośredni kontakt z widzem jest utrzymywany w trakcie i po koncercie. Dużo rozmawialiśmy z ludźmi, czuliśmy zainteresowanie z ich strony, że jesteśmy zza „Wielkiej Wody”.

Adam: Nam się wydawało, że gramy po amerykańsku, a w Stanach okazało się, że gramy po europejsku :).

Graliście ostatnio w Katowicach na Maj Music Festiwal. Jakie wrażenia?

Andrzej: Fajnie było. Ludzie dopisali, chociaż pogoda nie była za ciekawa. Atmosfera przyjemna. To był taki alternatywny piknik muzyczny.

Adam: To było bardzo miłe zaskoczenie. Dobrze nas tam przyjęli. Na nasz koncert przyszło bardzo dużo ludzi. Grało nam się znakomicie, organizacja profesjonalna, wszystko było na swoim miejscu.

Czytałam gdzieś,  że lubicie grać na wschodzie… 

Andrzej: Tak, Białystok!

Zdarzył  się w Waszej karierze taki dzień  lub taki koncert, który był  zupełnie pechowy?

Andrzej, Adam: Nie!

Adam: Mam nadzieję, że nieprzyjemności będą nas omijać. Czasami zdarzają się jakieś  techniczne problemy, to struna pęknie, któryś z nas się  przewróci na scenie. Wolę o tym nie myśleć.

W takim razie, jaki był Wasz najlepszy koncert? Będąc w trasie, tęsknicie czasem za Łodzią?  

Adam: Wydaje mi się,  że najlepszy koncert to zawsze ten, który graliśmy jako ostatni. Za każdym razem dajemy z siebie wszystko.

Andrzej: Jak jesteśmy w Łodzi, to mówimy o niej źle, jak z niej wyjeżdżamy, to mówimy o niej w samych superlatywach.

Adam: Wszyscy jesteśmy z Łodzi. To nasze miasto, choć słyszałem, że migracja z Łodzi jest największa w całej Polsce. Szkoda.

Czy możecie dać  jakąś radę młodym, początkującym wykonawcom, jako starsi koledzy po fachu? :) 

Andrzej: Pierwsza rada to grać jak najwięcej. My zawsze wychodziliśmy z takiego założenia. W Stanach graliśmy z mało popularnymi zespołami. Właściwie to równie nieznanymi jak my tam. Zespoły łączyły się ze sobą w tzw. koncertowe wieczory. Na tych wieczorach grało ok. 4-5 zespołów. Nie było mowy o pieniądzach, czy jakimkolwiek wynagrodzeniu. Akustyk przychodził pracować, realizował koncert, publiczność przychodziła i słuchała. Od tego wychodzimy. Trzeba grać.

Adam: Trzeba tworzyć, grać  i podróżować. Np. Festiwal South by South West był nietypowy. Nie było dużych scen, całość odbywała się w wielu klubach – małych, dużych, średnich. Zagrało na nim ok.2000 kapel w ciągu 4 dni. Wszędzie trzeba szukać swojej szansy. Niestety możliwość znalezienia się na takich koncertach kosztuje, ale jak ktoś tę szansę dobrze wykorzysta, to może mu się to opłacić.

Skąd bierzecie pomysły na teledyski? 

Andrzej: Ostatni klip jest pomysłem Marcela. Robił nam także wcześniejszy teledysk. To Polak mieszkający w Ameryce, który skontaktował się z nami przez Myspace. Człowiek ten jest zakochany w dawnej Polsce, nie był tu dłuższy czas i fascynuje go to, co było kiedyś. Właśnie on był pomysłodawcą teledysku do kawałka Death od a surfer girl.

Nie nudzi Wam się  granie? Nie chcielibyście mieć  takiego typowego, spokojnego życia? 

Andrzej: Ja pracuję od 8 do 16, hehe.

Adam: Nie chciałbym  tak żyć: obiad, książka, kapcie. Cieszę się z tego, co teraz mam.

Rozmawiała Dominika Czapska

 

Tags: