juliaholt
komentarzy

Julia Holter – Have You in My Wilderness (Domino; 2015)

Trudno bez sporej dozy odpowiedzialności wygłosić tezę, że dane osiągnięcie fonograficzne to właśnie swoiste opus magnum w karierze artysty czy muzyka. Bohaterka recenzji ma już na swoim koncie głośne single i doskonale przyjęte na Świecie albumy, ale wsłuchując się w to czego dokonała na krążku Have You in My Wilderness, trudno o jakiekolwiek opory przed wygłaszaniem odważnych sądów. Najnowsze dzieło Juli Holter to bez wątpienia pop, ale nie ten pokroju Adele, który od kilku dni przekręca youtubeowe liczniki, ale znacznie bardziej wymagający, podszyty awangardową wrażliwością i całą paletą barwnych stylistyk. Muzyka pop, która nie wabi jedynie spragnionych lifestylowych uciech – poszukiwaczy muzycznych wypełniaczy, to dzieło skierowane do świadomych odbiorców, którym doskonale znana jest twórczość artystek pokroju Laury Nyro czy Joni Mitchell. Mamy do czynienia z popem przekraczającym folkowe i alternatywne horyzonty.

Wracając do wcześniejszych dokonań artystki, zarówno tych zgromadzonych na albumie Loud City Song jak i na Ekstasis, doświadczamy przepięknych podróży, z potężną dawką tajemniczości i eteryczności, a wszystko wywodzące się gdzieś z korzeni ambientalnych. Kompozycje bywały mniej oczywiste i przez znaczący udział pogłosów na wokalach rozmywały się jak poranne, jesienne mgły. Tym razem jest o wiele bardziej konkretnie, Holter sporo manipuluje przy tempach i nierównościach rytmicznych (Silhouette, Everytime Boots), sięga po zbliżone instrumentarium, a więc znów możemy usłyszeć sporo smyczków, kontrabas czy klawesyn, jednak celowość kompozycji jest inna. Każdy z utworów na Have You in My Wilderness to odrębna i spełniona podróż. Aranżacje są niezwykle zagęszczone, kolejne partie instrumentów zdają się podporządkowywać sobie wszystkie pozostałe (Vasquez), a harmonii smyczkowych pilnuje wyrazisty i lekko wyobcowany na etapie produkcji, wokal Holter.

Nowy album amerykańskiej wokalistki ugruntowuje jej pozycję doświadczonego muzyka, ale udowadnia także, że awangardową wrażliwość z łatwością przekuć można w doskonale wpadające w ucho, popowe melodie. Takowych na krążku nie brakuje, choćby drugi singiel – zwiewny „Sea Calls Me Home” – gdzie półminutowa partia saksofonu odbiera jakiekolwiek złudzenia dotyczące banalności kompozycji. Porównań i komplementów bez przeszkód prawić można wiele, z łatwością wyszukiwać najszlachetniejsze inspiracje, które znalazły się u podstaw Have You in My Wilderness, najtrudniej jest jednak po prostu przestać słuchać nowego krążka Juli Holter. Sprawdźcie sami.