Jazzpospolita
komentarzy

Jazzpospolita – Zawód muzyk

Stołeczny kwartet Jazzpospolita w zeszły czwartek po raz kolejny zawitał do Krakowa. Przed koncertem w Harrisie udało się ukraść kilkanaście minut czasu zespołowi i zapytać o to i owo. Muzycy opowiedzieli o swoich inspiracjach, planach ekspansji zagranicznej, a także o trip-jazzie, cygańskim taborze i o tym dlaczego ich płyta jest Almost Splendid, a nie Splendid.

Magnetoffon: Nawiązując do słowa jazz w waszej nazwie, ile jest jazzu w Jazzpospolitej?

Stefan Nowakowski: Na pewno więcej jazzu niż pospolitości, ale mniej niż innych wpływów muzycznych.

Wojtek Oleksiak: Jest jazz, ale jest on bardzo mocno okiełznany i kontrolowany, żeby się to nie przerodziło w jedną wielką improwizację.

A co oprócz jazzu?

W: Dużo wpływów muzyki elektronicznej różnej maści, a także muzyki producenckiej. Szczególnie od strony brzmieniowej. Jest dużo Dubu i drum’n’bassu, przynajmniej jeśli chodzi o grę sekcji rytmicznej.

S: Post-rock to jest takie pojęcie, które się pojawia często. Może dlatego, że są pewnego rodzaju podobieństwa do Tortoise. Przyznam się, że ja wcześniej tego zespołu w ogóle nie słuchałem. Wiedziałem, że jest, ale kiedy zacząłem go słuchać to już byliśmy na dosyć zaawansowanym etapie budowania naszego stylu i dopiero post factum wyszło, że jest trochę podobnie. Więc to nie jest żadne naśladownictwo. Natomiast termin, który mi się najbardziej spodobał, to trip-jazz. Pojęcie, które dosyć dobrze oddaje to czym jest nasza muzyka. Trochę odnosi się do trip-hopu, ale z drugiej określa jazz z elementami transowości, z dodatkiem elektroniki, smaczkami i wpływami muzyki alternatywnej robionej po roku 1990.

Oprócz Tortoise ja jeszcze słyszę Jaga Jazzist, Portico Quartet, Mouse on the Keys. Jak to wygląda od waszej strony? Czego wy słuchacie?

S: To jest temat rzeka. Moglibyśmy odpowiadać na to pytanie zamiast grać koncert. My jak mantrę powtarzamy, że nasze zainteresowania muzyczne są bardzo zróżnicowane. Ale chyba mi i Wojtkowi najbliżej jest do tych nazw, które wymieniłeś. Ale też nie ograniczamy się tylko do tego. Ja równie mocno cenię The Clash jak i wczesny Kult. I wiele innych najróżniejszych rzeczy.

Michał Przerwa-Tetmajer: Ja bardzo dużo słucham współczesnego nowojorskiego jazzu …

S: Snob!

M: [śmiech] No nie wiem, może. Bardzo lubię Kurta Rosenwinkla, Jima Blacka, ale też bliskie są mi korzenie bluesa. Zwłaszcza bluesa z delty.

Jak wygląda to w studiu? Jest demokracja i wspólnie jamujecie i wymieniacie myśli, czy ktoś ma funkcję dyktatorską w zespole i narzuca pewne rzeczy.

W: W studiu materiał jest już bardzo dobrze wcześniej zaplanowany. To nie jest tak, że my wchodzimy do studia jak Metallica na pół roku…

S: Albo jak Budka Suflera.

W: …i dopiero myślimy co chcielibyśmy nagrać, jaki kierunek chcielibyśmy obrać. To wszystko dzieje się na próbach. A na próbach jest demokracja kontrolowana. My ze Stefanem dbamy o to, aby kierunek zespołu był jedyny właściwy [śmiech]. A panowie próbują często skręcać w rejony niebezpiecznie improwizowanego jazzu nowojorskiego czy warszawskiego. Chyba właśnie dzięki temu tworzy się coś ciekawego.

S: Ja nawet ostatnio nad tym myślałem, bo pytanie o rządy w zespole pojawia się często. Z Wojtkiem obraliśmy kierunek, który jest dość surowy i nawiązywał bardziej do klimatów klubowych, do transu, groove’u i tym podobnych. A ci oto dwaj młodzieńcy nas okiełznali i trochę uwrażliwili.

M: Z mojej perspektywy to wygląda tak, że w naszym zespole obowiązuje demokracja, ale czasami zwycięża siła mocnych argumentów.

Dla dobra wspólnego.

S: Lubimy się i działamy na rzecz Jazzpospolitej.

M: Niech zwycięży Jazzpospolita![śmiech]

Mówicie, że materiał przed sesją nagraniową był już mocno ograny na koncertach. Faktycznie zagraliście dosyć dużo koncertów w ciągu ostatnich dwóch lat. Planowaliście już wcześniej wejść do studia czy współpraca z Ampersandem była czymś w rodzaju motora napędowego?

S: Wcześniej nagraliśmy jeszcze dwie epki. Jedna z nich się ukazała i można ją nawet jeszcze od nas kupić. A drugą nagraliśmy, natomiast się nie ukazała się bo podpisaliśmy kontrakt i wydaliśmy płytę. Nie było sensu wydawać drugiej epki skoro wyszła płyta. Natomiast utwory z tej drugiej epki częściowo trafiły na płytę, a częściowo są grane na koncertach, tak więc materiał nie przepadł.

A jak doszło do współpracy z Marcinem Cichym ze Skalpela? Zwykle za takimi sytuacjami stoi jakaś prozaiczna historia, ale może tym razem jest inaczej?

S: To dosyć dobrze się kojarzy – Jazzpospolita, debiut około-jazzowy, Cichy, Skalpel. To wszystko układa się w jedną całość. Natomiast wytłumaczenie jest prozaiczne. Potrzebowaliśmy osoby do masteringu materiału już nagranego i zarejestrowanego, no i wytwórnia zaproponowała Marcina Cichego, który jest z Ampersandem zaprzyjaźniony. Współpraca układała się nam bardzo dobrze.

Wszystkie tytuły na waszej płycie są anglojęzyczne, nie śpiewacie po polsku, ani w ogóle, album jest wyprodukowany na międzynarodowym poziomie. Planujecie ekspansję zagraniczną?

S: Planujemy.

M: Planować to możemy nawet ekspedycję na Księżyc.

S: To rodzaj zabiegu marketingowego, żeby pokazać się ze swoja muzyką i dotrzeć do szerszego grona słuchaczy. Plany koncertowe owszem są, ale na razie na etapie negocjacji więc żadnych konkretnych terminów nie możemy jeszcze podać. Jednak na nowy rok planujemy koncerty za granicą.

Często zdarza się, że zespoły takie jak wy, które brzmią „zachodnio”, zdobywają większą popularność za granicą niż w Polsce.

W: Ja bym nie miał nic przeciwko temu. Jestem zadowolony z tempa rozwoju zespołu na polskim rynku. Widać, że praca, jaką wykonaliśmy w ciągu ostatnich dwóch lat, z dnia na dzień przynosi coraz bardziej widoczne efekty. Jeśli bylibyśmy za granicą bardziej popularni niż tutaj, to bardzo bym się z tego cieszył. Polska nie jest wielkim krajem. Bardzo ją lubię, ale ciągnie nas gdzieś dalej.

S: Staramy się poważnie traktować to, co robimy. Jazzpospolita nie jest, mam nadzieję, efemerydą, która uderzy jak meteoryt, a potem zniknie. Ja bym sobie życzył tego, żeby zespół był naszym głównym zajęciem. Czytałem ostatnio krótki wywiad z zespołem Stop Mi!. Taka Indie-rockowa kapela z Warszawy. Któryś z muzyków z zespołu zapytany o plany na przyszłość odpowiedział, że chciałby sobie w dowodzie osobistym, czy w notce na Wikipedii móc wpisać zawód: muzyk. I tego bym sobie też życzył, żebym mógł wraz z Jazzpospolitą być zawodowym muzykiem.

Tylko u nas z tym niestety ciężko.

S: Stąd właśnie plany uderzenia na zachód.

Zawsze mnie ciekawiło jak wymyślane są tytuły utworów instrumentalnych. Czasami mają się kojarzyć z klimatem utworu, ale takie np. Laszlo and Cousins nie kojarzy się słuchaczowi z niczym.

W: Kiedyś jechaliśmy w krótką, chyba pięciodniową trasę, i wpakowaliśmy się do jednego samochodu osobowego. Wyglądaliśmy trochę jak cygański tabor no i pojawiły się żarty dotyczące Cyganów i Romów…

S: Coś tam jeszcze z Transylwanią wyszło…

W: No i ktoś pomyślał, że Laszlo to jest romskie imię, choć chyba wcale nie jest. Taka totalna głupota jak to zwykle u nas. Tak chyba powstają tytuły większości naszych utworów.

S: Ale czasami tytuły faktycznie oddają muzyczną stronę utworu, np. Patrzę przez ambient, oddycham przez dub. Moda na Orient w latach 70-tych też jakoś kojarzy się z klimatem utworu. Z kolei np. Tribute to Aerobit wiąże się z tym, że kiedyś wraz z muzykami zespołów DagaDana i Excessive Machine tworzyłem zespół o nazwie Aerobit i to jeden z utworów napisanych w tamtym okresie. Więc czasami jest tak, że te tytuły faktycznie coś znaczą, a nie tylko są dobierane z czapy, żeby było śmiesznie. Coś tam się kryje za nimi kryje.

Jakieś inne anegdoty?

S: Nie no, my jesteśmy nudnym zespołem [śmiech]…

A tytuł płyty? Almost Splendid – dlatego, że jesteście skromni, czy może najlepsze zostawiacie na później?

S: Nasz album miał się pierwotnie nazywać Over the Hype. Ponieważ chcieliśmy się odnieść w ten sposób do tzw. hype’owania w mediach, które z jednej strony jest bardzo miłe, ale z drugiej strony chcieliśmy pokazać, że nie jesteśmy jak napuszony paw, który raz pochwalony, potem się już zawsze nosi się wysoko. Podchodzimy do tego dosyć swobodnie i jak Artur Partyka przeskakujemy nad poprzeczką hype’u.[śmiech] Teraz będzie chwila powagi. Słyszałem w programie drugim polskiego radia audycję o przedwojennym kinie Splendid. Słowo splendid brzmi bardzo ładnie, międzynarodowo, jest łatwiejsze do wymówienia niż nazwa zespołu. Jednak nazywanie płyty Splendid byłoby chyba jeszcze gorsze niż nagranie płyty pod tytułem powiedzmy… Along the Hype. Dlatego uznaliśmy, że ten przedrostek almost będzie dobry. A czy tak jest w rzeczywistości to można się przekonać na koncertach.

M: I na płycie.

S: Na koncertach jest bardziej Splendid niż Almost [śmiech].

Rozmawiał Krzysiek Sokalla